środa, 30 listopada 2016

Język miłości

Czasami ludzie są ze sobą tak długo, że ich związek wydaje im się czymś oczywistym i nie pamiętają już, że miłość należy ciągle pielęgnować. Bo nic nie jest dane raz na zawsze.

Uważam, że bez okazywania miłości daleko nie zajedziemy. Nasz związek pozbawiony czułych gestów, dotyku, uśmiechu, czasu tylko dla siebie - po pewnym czasie (jego długość zależy od wytrzymałości partnerów) zacznie usychać jak nie podlewana roślina. 

I nie chodzi mi tutaj o interpretowanie pewnych zachowań jako sposobu okazywania uczuć, dajmy na to: partner chętnie wyrzuca śmieci, więc pewnie kocha, bo przecież gdyby nie kochał, to palcem w bucie by nie kiwnął, by pomóc kobiecie. Mam tu na myśli wyraźne gesty i słowa świadczące o wciąż żywym uczuciu. 

To bardzo ważne, by w tej całej codzienności nie zapomnieć się, nie zacząć traktować swego związku wyłącznie jak dobrze działającej firmy. Kiedy zabraknie między partnerami chemii, wkrótce zapragną oni urlopu od codziennych wyzwań, zaczną marzyć o chwili zapomnienia - tylko czy ze sobą, czy też może z kimś innym...?

Miłość napełnia nas poczuciem własnej wartości, spokojem i dobrym samopoczuciem. Jeśli czujemy się kochani, życie staje się łatwiejsze. Przypomnijmy sobie jak jeszcze - oprócz słów "kocham Cię" - możemy wyrazić swoją miłość, tak aby druga strona dobrze to zrozumiała:

1. Dotyk. Wszyscy go potrzebujemy, a szczególnie cenny jest ten, podarowany przez osobę, którą darzymy uczuciem. Zazwyczaj "świeża" para bardzo chętnie dotyka się i przytula, spaceruje trzymając się za ręce. Z biegiem lat, po wielu wojnach domowych, zapominamy o dotyku, a stąd już blisko do poluzowania więzi łączących partnerów, do unikania seksu i traktowania się jak starzy dobrzy znajomi. Zawsze bardzo  wzruszają mnie starsi ludzie trzymający się za ręce, myślę, że dla nich starość wydaje się mniej straszna, niż dla tych samotnych. 

2. Czas. Potrzebujemy dla siebie czasu jakościowo najlepszego, może to być jedna godzina, ale godzina poświęcona tylko dla siebie, bez rozpraszania uwagi. Warto wyciszyć telefon, zamknąć laptopa, wyłączyć telewizor (jeśli odrywa nas od bycia razem) i po prostu pobyć ze sobą.

3. Prezenty. Nie tylko podarunki z okazji świąt i urodzin, ale też drobne codzienne niespodzianki, świadczące o tym, że o partnerze ciepło myślimy. Jak często kobiety marzą o tym przysłowiowym kwiatku od partnera, a przecież nie jest jakimś problemem dla mężczyzny, by wracając z pracy zatrzymać się w kwiaciarni i kupić tego wyczekiwanego kwiatka. Kobieta może na kolację przyrządzić ulubione danie partnera (jeśli to ona gotuje, jeśli nie, będzie to jeszcze bardziej rozczulające!) i zaserwować ukochanemu ze słowami: zrobiłam to specjalnie dla Ciebie. To tylko przykłady wymyślone na potrzeby posta, każdy zna swoją drugą połówkę i wie (albo domyśli się), jak ją miło zaskoczyć.

4. Słowa. Oczywiście wyznania miłości nic nie pobije, ale ponadto dobrze działają pochwały, komplementy i tzw. czułe słówka. Natomiast wystrzegajmy się niespójności, ta - często niezamierzona - po cichu rujnuje nasz związek. Jeśli przez cały dzień krzyczymy na siebie, denerwujemy się, wzrokiem, gestem czy słowem wyrażamy swoją dezaprobatę dla partnera, to jak ma on uwierzyć, że go kochamy? Nawet jeśli mleko się już rozlało, to nie zostawiajmy tego tak: zawsze przeprośmy za to, co było złe i zapewnijmy o uczuciu. 

5. Gotowość do praktycznej pomocy. Jak zaznaczyłam na wstępie, może to i mało wyraźny przekaz, to jednak lata praktyki podpowiadają mi, że partner, który ma nas w tzw. "wysokim poważaniu", rzeczywiście nie wyrywa się do pomocy. Kobieta może padać na twarz z przemęczenia, a ten będzie beztrosko przełączał przyciski na pilocie. Kobiety z kolei zupełnie nie przejmują się niedbałym wyglądem partnera, nie pomogą mu w sprawach "garderobianych", których on sam nie ogarnia, bo nie zależy im, żeby ten atrakcyjnie się prezentował. To tylko wyrwane przykłady, ale chyba dobrze obrazują, co miałam na myśli.


I mały bonus - niezwykłe są zwyczaje "samców", którzy przez cały dzień burczą do swojej partnerki, traktują ją jak pomoc domową i generalnie są niemili, a wieczorem... pomalutku, po cichutku włażą pod naszą kołdrę, bo im się przecież należy!

Właśnie! Nie traktujmy niczego ani nikogo tak nonszalancko, jakby nam się należało. Należy nam się więc bierzemy, a tymczasem do pełni harmonii potrzebna jest równowaga w dawaniu i braniu. CO DAJESZ, WRACA DO CIEBIE (JAK MAWIAJĄ CZAROWNICE) - WRACA PO SIEDMIOKROĆ.

Za oknem "szaleje" jesień, życzę więc Wam moi drodzy pięknej miłości ładnie okazywanej, rozgrzewającej Wasze serca i domy w ten mroczny czas!

piątek, 25 listopada 2016

Tego nie róbmy swoim dzieciom!

Wiele razy podkreślałam w swoich postach, jak bardzo niszczy nas długotrwałe odczuwanie strachu czy lęku, jest jednak jeszcze jedna emocja, której nadmiar pustoszy naszą psychikę i wstrzymuje rozwój osobisty - wstyd. Niestety, wstyd części z nas towarzyszy od najmłodszych lat, a to stąd, że wychowywanie dzieci poprzez ich zawstydzanie było i jest ciągle popularne.

Wiele rodziców uważa, że karanie i zawstydzanie (a czasami klaps), są najbardziej skutecznymi metodami na "niewłaściwe" zachowania dzieci. Oczywiście jest to nieprawda - istnieją   zdrowsze i bardziej skuteczne metody, jak chociażby: 
  • ustalanie jasnych zasad i granic, 
  • traktowanie dzieci z szacunkiem,
  • traktowanie poważnie uczuć i potrzeb dziecka,
  • bycie konsekwentnym,
  • uczenie odpowiedzialności w odpowiednim dla danego wieku zakresie.
Dzieci najlepiej uczą się dyscypliny, gdy naturalnie doświadczają konsekwencji swoich zachowań. Ponadto, stosowanie wyżej wymienionych środków w procesie wychowawczym sprawia, że dzieci dorastają z silniejszym poczuciem wartości i świadomości społecznej.

Natomiast wychowywanie poprzez zawstydzanie niszczy godność małego człowieka, a godność ta może nigdy nie zostać odbudowana, bo wstyd ma siłę niszczącą!

Jest taka prawidłowość: dzieci doznające emocji wstydu czują się bezsilne. Aby poczuć się lepiej, mogą starać się odmienić po swojemu sytuację - znajdą kogoś, kogo będą mogli sami zawstydzić. Czy podobnego zachowania nie znajdziemy u dorosłych? Nie na próżno twierdzi się, że właśnie człowiek zakompleksiony chętnie atakuje innych od tyłu, krytykuje ich, żeby poczuć się lepiej.

Stale zawstydzane dzieci mają zaniżoną samoocenę. Na dodatek, jeśli przy tym notorycznie nie zauważamy potrzeb emocjonalnych dzieci, a ich doświadczenia bagatelizujemy, te dorosną w przekonaniu, że ich uczucia są nic nie warte.

Niby dorastamy, a zawstydzone dziecko ciągle w nas jest - wstyd przybiera postać wewnętrznego głosu i obrazów, które zawstydziły nas w przeszłości. Dajmy na to: chcemy powiedzieć coś interesującego w towarzystwie, a jesteśmy powstrzymywani przez przekonanie, że nie jesteśmy wystarczająco dobre, by się tak wystawiać na widok publiczny.

A więc, czy wstyd jest zły? To emocja, która uczy nas rozróżniania adekwatnych i nieadekwatnych zachowań, zgodnych z normami środowiska w którym żyjemy. Wstyd wywołuje refleksję nad własnym zachowaniem. Niewielkie nasilenie wstydu jest OK, działa mobilizująco, jednak jego nadmiar prawdopodobnie spowoduje wycofanie, chęć unikania i zahamowanie rozwoju osobistego.

Wiadomo, bywa że powielamy wzorce zachowań wyniesione z dzieciństwa, ze swoich rodzin, które często idealne nie były. Wychowujemy dzieci w taki sposób, jak nas kiedyś wychowywano. Aby to zmienić, musimy pogłębić naszą empatię wobec dzieci oraz przypomnieć sobie jak czuliśmy się w dzieciństwie. Popatrzmy na świat oczami tamtego dziecka - siebie z przeszłości - to pomoże nam zrozumieć uczucia i świat naszych dzieci.

I najważniejsze: spytacie mnie, kim jestem, że wymądrzam się niczym psycholog. Psychologiem z wykształcenia rzeczywiście nie jestem, chociaż tematyka ta dość mnie interesuje, jednak swoją wiedzę w tym temacie czerpię głównie z własnych doświadczeń - jestem córką alkoholika, więc mogę śmiało powiedzieć, że o wstydzie i długotrwałym procesie wyzwalania się z niego, wiem wszystko. Ale wiem też, że są inne niż patologia w rodzinie, sposoby na zawstydzenie dziecka: poniżanie i wyśmiewanie - ty baranie, nic nie potrafisz zrobić dobrze, wyśmiewanie lęków, słabości i zachowań dziecka, porównywanie do kolegów (w kontekście, że oni są zwykle w czymś lepsi), zmuszanie do chodzenia w ubraniach, których dziecko nie lubi i inne. 

Jeśli do wstydu dołożymy: 
  • wychowanie w krzyku, wyzwiskach, strachu
  • mówienie źle o dziecku i innych - przy dziecku,
  • zmuszanie dzieci do robienia rzeczy, przed którymi czują silny opór,
  • nie dawanie im prawa do przestrzeni, do własnego zdania,
to na jakich dorosłych dzieci tak traktowane wyrosną? 

Jako podsumowanie napiszę to proste stwierdzenie: WIĘKSZOŚĆ PROBLEMÓW DOROSŁYCH LUDZI ZACZYNA SIĘ JUŻ W DZIECIŃSTWIE. Dlatego nie róbmy krzywdy swoich dzieciom, kochajmy je mądrze.



sobota, 19 listopada 2016

Gry rodzinne

Rodzina jest dla większości z nas główną wartością, jednak bywa, że życie w niej jest okupione utratą cząstki własnego JA. By żyć w bezpiecznej i złączonej emocjonalnie grupie bliskich ludzi, być przez nich akceptowanym, często wyrzekamy się różnych rzeczy, nieraz zgrzytając przy tym zębami.

Rodzina szczęśliwa, czy nie - zawsze wytwarza mechanizmy wobec których poszczególni jej członkowie czują się bezradni. Jest systemem, w którym każdemu przypada określona rola a ci, którzy próbują się wyłamać zostają przywołani do porządku, jakby kształt który tworzy, należało za wszelką cenę zachować.

Uczy się dzieci od kołyski, by rodziców i dziadków szanować, a rodzinie pomagać. Uczy się, że rodzina zawsze trzyma się razem. I bardzo dobrze, jednak te piękne zasady są - wcale nie rzadko - przez niektórych członków rodziny wykorzystywane do osiągnięcia dominacji nad pozostałymi. Tworzy się wtedy coś na kształt małej mafii. Jak pozostać sobą w takiej rodzinie?

Kilka przykładów chorych konstelacji rodzinnych:

1. Zaborcze i apodyktyczne matki (albo i rodzice). Dla nich bycie rodzicem kojarzy się z władzą, a jej utrata z utratą szacunku dziecka. "Już nie mamy córki!" - rzucają dramatyczne okrzyki, kiedy dorosłe dziecko chce wreszcie o czymś po swojemu zdecydować. Takie uzależnione dzieci muszą bardzo uważać, by wszystko, co robią posiadało aprobatę rodziców. W pewnym momencie nie wiedzą nawet, czy mają zakładać własną rodzinę, gdyż to może okazać się zdradą.  Rodzice podczas całego procesu wychowywania nie stawiają na uczenie dzieci samodzielności, lecz tak bardzo uzależniają je od siebie, że te wkońcu nie umieją podjąć jakiejkolwiek samodzielnej decyzji.

2. Traktowanie doroslych członków rodziny, którzy nie zdecydowali się na tradycyjne małżeństwo czy urodzenie dzieci, jak kogoś niepełnowartościowego. Objawia się to nieustannym nagabywaniem dzieci o partnera, potem o ślub z partnerem, a wreszcie o ciążę. Sama ostatnio stanęłam twarzą w twarz z jedną z babć moich dzieci, która ostro ścierała się ze mną o to, że te (wiek: 20 i 22 lata), nie mają jeszcze tzw. narzeczonych. Nie pomogły grzeczne tłumaczenia, że to przecież jeszcze studenci i niech lepiej skupią sie na nauce niż na pieluchach. A co będzie jak się przyzwyczają do wolnego stanu i będzie im tak dobrze??? Mąż, żona i posiadanie dzieci - to przeznaczenie każdego człowieka, gdyż w Biblii jest powiedziane "idźcie i rozmnażajcie się", a Biblii lekceważyć nie należy. Myślę, że z takim nagabywaniem można spotkać się w wielu rodzinach, a jest to prawdę mówiąc dla młodych ludzi pewnego rodzaju tortura, z którą muszą się mierzyć wiele razu, aż do wyrzygania.


3. Siostra nieustannie podrzuca dziecko do pilnowania. Brat alkoholik prosi o pożyczkę. Czyli wykorzystywanie układów rodzinnych do własnych celów. Tutaj i rodzice mogą stać się poszkodowanymi, gdyż w naszej tradycji, rodzic to ktoś, kogo można do śmierci bezwzględnie eksploatować, zapewne w konsekwencji za to, że sprowadził nas na ten świat. Nasi polscy, starzy rodzice bez przerwy niańczą wnuki, oddają dzieciom uciułaną rentę, usuwają się do ciasnego kąta byleby młodzi mieli wygodnie. Sami zazwyczaj nie mają większych planów na starość, może poza wybudowaniem sobie grobu (i to z myślą, żeby dzieci miały w przyszłości mniejszy kłopot). O przyjemnościach też nie myślą, bo ich nie stać, a jeśli nawet mają trochę odłożonych pieniędzy, to przecież młodym pieniądze bardziej potrzebne. Tak na marginesie, ostatnio zostaliśmy delikatnie skrytykowani za robudowę domu na wsi - po co to? Przecież mamy dzieci, a te jak wiadomo, przyjmą każdą ilość pieniędzy ;-) Takie niestety jest myślenie części naszego społeczeństwa, żadne "życie zaczyna się po czterdziestce" itp. 

Tyle przykładów, a teraz wróćmy do pytania JAK POZOSTAĆ SOBĄ W RODZINIE i czy to w ogóle jest możliwe??? Osobiście uważam, że jest to możliwe i należy o to walczyć, a nawet walka ta jest naszym najświętszym obowiązkiem. Jeśli ktoś nie walczy, to znaczy, że żyje w autodestrukcyjnym, wynikającym z tradycji przekonaniu, że zawsze musimy mieć poparcie rodziców (rodziny).

A to wcale nie prawda. W końcu warto zdać sobie sprawę, że nie musimy z nikim na siłę przesiadywać i nikogo z obowiązku słuchać. Jeśli jesteśmy dorośli i ktoś nas krytykuje a my go słuchamy, to sami jesteśmy za taką sytuację odpowiedzialni. Istnieje mnóstwo kulturalnych sposobów na załatwienie trujących relacji, a jeśli druga strona nie może pogodzić się z porażką, to nic się nie dzieje - tak naprawdę nie musimy kontrolować czyichś emocji, wystarczy jeśli swoje będziemy mieli pod kontrolą.


Każdy z nas posiada prawo do własnego terytorium, przestrzeni, do wyrażania własnych myśli i obrony swoich praw. Kiedy ktoś utrudnia nam realizację tego, to mamy do czynienia ze zwykłą przemocą pod płaszczykiem troski i miłości. Możemy też zadać sobie pytanie, czy opłaca nam się bycie asertywnym w rodzinie (?). Przecież forsując własne zdanie często tracimy poparcie naszych bliskich a zyskujemy oziębienie relacji, co wydaje nam się nie do zniesienia. Z drugiej strony, miejmy świadomość tego, że zachowując uległość czujemy przecież niesmak, bycie stłamszonym i wykorzystanym. Z czasem takie sytuacje spowodują u nas zgorzknienie, a w rodzinie - fałszywe relacje (wszyscy na powitanie trącają się buźkami, a po cichu zgrzytają zębami i nie mogą na siebie patrzeć bez złości).

Dlatego zawsze należy otwarcie mówić czego nie chcemy, wyjaśniając motywy swojego postępowania, mówmy też o naszych uczuciach. Nie mamy wpływu na to, czy nas zaakceptują, jednak musimy próbować, bo życie w fałszu to więzienie. Często wkładamy energię nie w to, co trzeba - chcemy zmieniać drugą osobę, zamiast odebrać jej kontrolę nad sobą. Kiedy damy sobie prawo do decydowaniu o własnych uczuciach i reakcjach, odzyskamy siłę uwiązaną dotąd w sztywnym kształcie rodzinnego systemu. Nie będziemy już dawali się zdominować ani nie będziemy chcieli podporządkować sobie drugiej strony. Byłoby idealnie, prawda? 

wtorek, 15 listopada 2016

Myśl to potężna siła - jak wykorzystać to w praktyce

Czy dzisiaj ktoś jeszcze zaprotestuje przeciwko stwierdzeniu, że myśli to potężna siła, z której można zrobić dobry lub zły użytek? Myśli mogą nam pomóc albo zaszkodzić. "Wszystko, czym jesteśmy, jest rezultatem naszych myśli" - powiedział Budda. Pokuśmy się zatem o znalezienie kilku praktycznych przykładów na wykorzystanie potęgi myśli w życiu. Oto moje propozycje...


1. Obsesyjne myślenie. Szczęśliwy ten,kto go nigdy nie doświadczył. Jest takie porównanie obsesyjnego myślenia do trzymaniu w ręku szklanki z wodą. nieważne jest ile ona waży, ważne jak długo będziemy ją trzymać: jeśli minutę - nie ma problemu, godzinę - ręka zacznie boleć, cały dzień - ręka w końcu straci czucie. Szklanka ciągle waży tyle samo, jednak im dłużej ją trzymamy, tym cięższa się staje. Pamiętajmy by odłożyć szklankę!



2. Jeśli w naszym działaniu brakuje radości, nie róbmy tego dłużej. Niby łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać, czasami w swoim czynnościach czujemy się na tyle zniewoleni przez różne życiowe okoliczności, że trudno nam się tak po prostu wycofać. Często praca staje się naszym więzieniem, albo małżeństwo. Jeśli czujemy się jak w więzieniu, z którego nie da się uciec, to znak, że z nami źle. Musimy na siłę znaleźć chociaż małe radości w swojej codziennej, ponurej egzystencji, coś co rozjaśni mrok naszej duszy - dosłownie na siłę. Takie znalezione na siłę radości mogą -przy odrobinie zaangażowania z naszej strony - stać się odskocznią do życia lepszej jakości. Czasami wystarczy zrobić mały wyłom w murze, by zobaczyć światło dnia.





3. Życie w strachu, lęku paraliżuje nasze działania, niszczy nas. O tak, nic tak nie potrafi nas stłamsić, zniszczyć fizycznie i psychicznie, jak lata spędzone w strachu/lęku (nie będę się teraz rozwodzić nad różnicami - oba uczucia wyniszczają organizm, jeśli doświadczamy ich wystarczająco długo). Strach, lęk czasami bywają zupełnie irracjonalne, jednak my tego nie zauważamy - nasze ciało na każdy strach reaguje tak samo. A przecież niezliczona ilość rzeczy stanowi dla nas powód do strachu/lęku: praca (lęk przed utratą, przed nieudolnością w pracy, przed szefem), rodzina (lęk przed rozbiciem, chorobami, śmiercią, niepowodzeniem), samochód, podróże, ubóstwo, pogoda, przestępcy... Katalog pozostaje otwarty. Uczucia te, doświadczane w nadmiarze, potrafią sparaliżować nas, boimy się ruszyć, boimy się żyć, myślimy tylko o zachowaniu status quo. Pozbądźmy się ich - samodzielnie albo z pomocą specjalisty (to nie wstyd!), byle skutecznie.



4. Nie życz nikomu niczego złego - to może się spełnić, a w końcu wróci do nas. Nie mów: "niech to wszystko szlag", "wszystko jest do dupy". Brzmi to trochę egzotycznie, może trochę jak porady wróżki, jednak dzisiaj coraz więcej naukowców zaczyna głośno mówić o tym, że energia podąża za uwagą, a złe emocje dotykają w ostateczności samego złośliwca. Fizyka kwantowa się kłania.



Higiena umysłu. Tak jak pamiętamy o higienie ciała, powinniśmy też pamiętać o higienie umysłu, to podstawa szczęśliwego życia. Jeśli w głowie mamy chaos, to jak możemy usłyszeć głos swojej natury? Zapanujmy nad nieustannie galopującymi myślami i nauczmy się kierować właściwie swoją uwagę - na to, co dla nas najważniejsze i najpiękniejsze. Koniecznie znajdźmy coś, co daje nam radość!

W naszych czasach higiena umysłu jest bardzo ważna, a to z uwagi na ogrom informacji i bodźców, jakie codziennie do nas docierają. Myślę, że jest ich nieporównywalnie więcej niż jakieś tylko dwadzieścia lat temu, kiedy sama byłam młodą dziewczyną. Telewizja, radio, smartfon, laptop, rozmowy na żywo i inne, gwar, hałas, muzyka, reklamy, plakaty, ludzie, samochody, ulica, książki, newsy itd. Za tym wszystkim idą nasze myśli. Chwile spokoju i ciszy są nam niezbędne, a ile mamy ich w ciągu doby? Nawet noc za krótka jest na sen.

Higiena umysłu, czyli skupienie i wyciszenie to podstawowa sprawa. Jeśli będziemy tego przestrzegać, szybko nauczymy się myśleć pozytywnie i koncentrować się na pozytywach, co z kolei pozwoli nam panować nad wybujałymi emocjami.

Zdaję sobie sprawę, że to nie wszystko, co można powiedzieć o sztuce umiejętnego myślenia, jednak artykuł kiedyś musi się skończyć, a i Wam chciałam zostawić pole do popisu w komentarzach. Dodawajcie swoje sposoby, może wspólnie uda nam się stworzyć małe vademecum używania mózgu na co dzień.


czwartek, 10 listopada 2016

Czy jestem patriotką czyli refleksje przed 11.11.

"…Płacę abonament
i za bilet płacę
Chodzę na wybory
Nie jeżdżę na gapę
Tylko nie każ mi umierać
tylko nie każ, nie każ mi
Nie każ walczyć, nie każ ginąć,
nie chciej Polsko mojej krwi
Tylko nie każ mi wybierać
tylko nie każ, nie każ mi,
nie każ walczyć, nie każ ginąć
Nie chciej Polsko mojej krwi
Sorry Polsko,…

…Lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater…"

śpiewa Maria Peszek, a ja słucham tego i myślę, że w głębi duszy, chyba jakaś część nas tak myśli, bo co jest cenniejszego niż życie, niż pokój. 


I bardzo nie podoba mi się to nasze polskie potrząsanie szabelką, deklarowanie i manifestowanie swojej woli walki za ojczyznę chociaż wróg u bram nie stoi,  te marsze pełne pogróżek dla wszystkich myślących inaczej, a więc nie-patriotów, nie-Polaków. To jak modlitwa o wojnę. Boję się tego.


Szanuję naszych walecznych dziadków, oni jednak byli w innej sytuacji niż my teraz, ich wróg był realny, namacalny. My swojego tak naprawdę sobie wymyślamy. Dzisiaj, kiedy mamy pokój, powinniśmy to szanować i - mam tu głównie na myśli naszą klasę polityczną - prowadzić politykę z klasą, tak by ten pokój, który jest wartością najwyższą, zapewnić krajowi jak najdłużej. 

Jak powszechnie wiadomo, źródła wojen tkwią również w polityce, a wojny bywają narzędziem rządów, wykorzystywanym do własnych interesów. Wojny są też świetnym biznesem - broń dobrze się sprzedaje. Na wojnach korzysta wielu, ale nie zwykli obywatele. Kiedy wybuchnie wojna, to my będziemy mięsem armatnim, będziemy cierpieć strach, głód i niewygody, a politycy? Zakładam, że bardzo szybko poszukają sobie ciepłego i bezpiecznego schronienia, bo przecież elitę kraju należy zachować - po wojnie ktoś musi zaprowadzić nowy porządek. Za coś takiego nie chciałabym przelewać krwi!



Tymczasem tu i teraz nasze codzienne, bardzo małe decyzje mogą powodować wielkie skutki, np. taka popularna jazda na gapę, która jest przecież zwykłą kradzieżą, przyczynia się do likwidacji "niepotrzebnych" linii, zwolnienia pracowników, wzrostu bezrobocia. Przykłady takich decyzji można mnożyć, każdemu pewnie szybko przyjdzie na myśl, jak można być patriotą na co dzień, nie trąbiąc o tym na prawo i lewo, nie prężąc muskułów. 



Jak twierdził nieżyjący już W. Bartoszewski, patriotyzm to interes ogółu, który trzeba rozumieć jako wspólny (również naszej rodziny). To wspólne dobro i nie ma potrzeby, by ciągle zapewniać otoczenie o swoim patriotyzmie, bo patriotą się jest, a nie gada się o tym.


Zresztą do takich, bez przerwy coś deklarujących ludzi, też mam ograniczone zaufanie. Ileż to razy już zdarzyło mi się obserwować, jak ci afiszujący się swoją religijnością i moralnością, okazują się hipokrytami z całkowitym brakiem zrozumienia i empatii, zaś ci, którzy podkreślają, jak ważna jest dla nich uczciwość i prawda, okazują się kłamcami. Tymczasem osoby prawdomówne i uczciwe, o dobrym sercu, uznają swoje cechy za coś naturalnego i nie widzą potrzeby, by się tym chwalić.




A jeśli dla kogoś wojna to nic wielkiego i przerażającego, to niech obejrzy kilka dokumentów w tym temacie, poczyta wspomnienia osób, którzy przeszli przez to piekło i spróbuje się postawić w centrum podobnej historii. Wystarczy odrobina wyobraźni. Bo tylko ludzie bez wyobraźni mogą tak beztrosko chwalić się swoim bohaterstwem w czasie pokoju. Innych na to nie stać i moim zdaniem, nie ma to nic wspólnego z tchórzostwem i brakiem patriotyzmu.


Zbliża się 11 listopada, święto, w czasie którego nie zabraknie na ulicach patriotów - różnej maści...

sobota, 5 listopada 2016

Kto nam pierze mózg



Termin "pranie mózgu" jest tłumaczeniem terminu hsi nao (prać mózg) i został zaczerpnięty z języka chińskiego. Osobą odpowiedzialną za wprowadzenie tego terminu do potocznego języka jest korespondent wojenny Edward Hunter. Posłużył się nim po raz pierwszy, opisując sposoby, którymi Chińczycy doprowadzali do całkowitej zmiany poglądów i systemu wartości amerykańskich jeńców wojennych wziętych do niewoli podczas wojny w Korei. Powracający po zakończonej wojnie synowie narodu amerykańskiego nierzadko okazywali się zagorzałymi komunistami.
Źródło: http://www.psychologia.edu.pl/czytelnia/131-przemoc/1448-pranie-mozgu-tomasz-witkowski.html


Część znawców problematyki uważa, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy "praniem mózgu" a tzw. kontrolą świadomości. Różnica między tymi technikami ma dotyczyć jawności ingerencji w psychikę innych. W przypadku prania mózgu mamy do czynienia z brutalnym procesem indoktrynacji, natomiast w przypadku kontroli umysłu z zabiegami realizowanymi nie wprost. Inni podkreślają, że nie istnieje technologia trwałej zmiany postaw i poglądów, opierająca się tylko i wyłącznie na przymusie, groźbach i torturach. Zawsze nieodłącznym jej elementem będą metody łagodne, manipulacje subtelnie kontrolujące myśli.


Tyle teorii, a w praktyce pranie mózgu i próby łamania naszego charakteru mogą spotkać nas wszędzie: od szkoły poczynając, poprzez pracę zawodową, politykę, a na rozrywce kończąc. Czy to w rodzinie, czy w pracy, czy ogólnie rzecz ujmując, w społeczeństwie, zawsze znajdzie się ktoś chętny do narzucenia nam swojej ideologii, poglądów i zmanipulowania nas zgodnie ze swoimi celami. Takich właśnie zabiegów wymaga wyprodukowanie zdyscyplinowanej jednostki żyjącej tylko po to, aby pracować i konsumować. 


Główną rolę w praniu mózgu odgrywa reklama, której masowego oddziaływania doświadcza każdy z nas na co dzień, a chodzi o to, aby wpoić przekonanie, że ten kto nie gromadzi przedmiotów i usług, nie goni z najnowszymi modelami sprzętu, czuł się gorszy i nie należał do grupy wybrańców mających: najszybszy Internet, Windows 8 lub telefon, który sam gotuje, obiera ziemniaki i zabawia rodzinę opowiadaniem kawałów przy obiedzie.


Tak więc codziennie ktoś próbuje prać nasz mózg, chociaż my sami możemy tego nie zauważać. Kiedy już to sobie uświadomimy, możemy się bronić:


1) Mózg jest zawsze przez kogoś prany, rzecz w tym, komu pozwalamy to robić i tutaj warto kierować się swoim instynktem zachowawczym mimo przeżywanego lęku czy poczucia bycia w opresji. Interesy manipulatora tak naprawdę nie tożsame z naszymi, choć najczęściej chce, abyśmy tak myśleli.


2) Dobrze jest zadbać o krzepiące przemyślenia wewnętrzne. Wiktor Frankl, twórca logoterapii, w obozie koncentracyjnym rozmawiał w myślach z żoną, mimo że nie wiedział nawet, czy ona żyje.


3) Ani na pracy ani na dobrach materialnych świat się nie kończy. Bardzo pomocne jest znalezienie sobie wsparcia przyjaciół i kolegów, którzy mogą pomóc nie dać się sterroryzować przez media, nastawioną wrogo grupę, czy szefa mobbera w pracy.


4) Wyobraźnia może nam czynić różne niespodzianki więc warto czuwać nad nią i kontrolować myśli, jakie na przychodzą do głowy.


5) Najbardziej pomaga solidny system wartości na którym można się oprzeć.

Nie dajmy sobie prać mózgu, pozostańmy świadomymi w każdej sytuacji, pomimo rozlicznych pokus czyhających dzisiaj na każdym kroku. Zauważyliście, że czasami sami produkujemy swoje potrzeby tak skutecznie, że wydaje nam się niemożliwe życie bez tego czy tamtego przedmiotu? Już nie chcę nawet zagłębiać się w temat, jak bardzo manipulują nami (wpływają na nasz światopogląd) media. Co o tym myślicie? Nie dajecie się?