poniedziałek, 31 października 2016

Ryba wspina się na drzewo czyli znów o pracy życia

Od czasu do czasu nachodzą mnie myśli o pracy życia. Może dlatego, że chociaż na swoją pracę nie narzekam, to są dni, kiedy brakuje mi w niej pasji...? Z biegim czasu nauczyłam się szukać pasji gdzie indziej, a pracę lubić mimo wszystko i po prostu. 

Tak na marginesie mam realną nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy, więc cierpliwie czekam i kolekcjonuję przemyślenia na ten, jakże ważny, temat - kiedy nadejdzie czas na zmianę, nie chciałabym popełnić kolejnego błędu. Praca dla większości z nas stanowi nieodzowną część naszego życia i jeśli podejdziemy do niej nieodpowiednio, to radość uleci z nas jak powietrze z przekłutego balonika. 


PRZEMYŚLENIA:

1. W życiu trzeba znaleźć pasję i oddać się jej. Ideał, prawda? Części z nas to wychodzi, ale ta część ludzkości, która z różnych, czasami zupełnie nie zawinionych przez nią, przyczyn nie może w taki piękny sposób zarabiać na życie, powinna pamiętać, że absolutnie każdą pracę należy wykonywać z miłością i najlepiej jak się potrafi. Pokochajmy, albo chociaż polubmy swoją pracę dla własnego dobrego. Na początku spróbujmy doceniać drobne sprawy, szukać plusów nawet na siłę. Jeśli nasz szef nie okaże się psychopatą, za jakiś czas powinniśmy się przyzwyczaić do nowej postawy i życie stanie się lżejsze.

2. Wykreujmy w miejscu pracy milszą atmosferę. Postawmy w zasiegu wzroku zdjecia bliskich, ulubioną maskotkę, kwiatek w doniczce. Ulubiona tapeta na ekranie monitora (może z symbolicznym, dobrze kojarzącym się obrazem albo motywującym cytatem) za każdym razem będzie nastrajać pozytywnie, podobnie jak kawa w ulubionej filiżance. Jednym zdaniem: spersonalizujmy miejsce pracy tak bardzo, jak to możliwe.

3. W żadnym wypadku nie mówmy sobie, że nie nadajemy się i wypadamy gorzej w porównaniu z kolegami! Jeśli już musimy coś myśleć - myślmy, że jesteśmy specjalistami w danej dziedzinie, a do stawianych zadań podchodźmy bez zbędnych lęków i emocji, za to z maksymalna koncentracją.


4. Szef to też człowiek. Nie wyobrażajmy go sobie jako gromowładnego, a raczej jako człowieka, który nas akceptuje, docenia i gratuluje sukcesów. Taka zmiana podejścia do przełożonego bardzo ułatwi nam życie - przełożony prawdopodobnie wyczuje nasze wibracje i zacznie wysyłać nam podobne. 

5. Każda praca jest ważna! I sprzątaczki, i "babci klozetowej", i na stanowisku kierowniczym, praca pisarza i malarza, kucharza i kierowcy, sprzedawcy i recepcjonistki. Wszyscy odwalamy kawał dobrej roboty, jeśli odwalamy ją pogodzeni ze sobą. Człowiek wypalony, niechetny, niedopasowany, wykonując swoją pracę przekazuje otoczeniu część tej trucizny która w nim tkwi. Chyba każdy z nas spotkał nie jeden raz kogoś takiego i ręczę, że bez zdenerwowania się nie obyło. 


"Każdy jest geniuszem. Ale jeśli zaczniasz oceniać rybę pod względem jej zdolności wspinania się na drzewa, to przez całe życie będzie myślała, że jest głupia." Niestety, nie wiem, kogo cytuję (twierdzi się, że to jednak nie Albert Einstein), ale to zdanie jest "kwintesencją esencji" - jeżeli wszystko, co wyżej wymieniłam zawodzi, może to być znak, że jesteśmy taką właśnie rybą wspinającą się po drzewach i nie mam tu na myśli podskoczka mułowego. Nie porównujmy się do innych, pamietajmy o swojej unikalności i o tym, że nie ma jednej drogi do sukcesu. Jeśli ta, którą idziemy wydaje się zbyt wyboista, to może by tak zdobyć się na odwagę i rzucić to zajęcie by znaleźć coś bardziej odpowiedniego. Coś, przy czym nasze oczy na powrót nabiorą blasku?...

środa, 26 października 2016

Na drodze do sukcesu

Sukces nie jedno ma imię, dla każdego może oznaczać coś innego, jednak dzisiaj, pisząc tu o przeszkodach na drodze do sukcesu, mam na myśli coś więcej niż wychowanie wspaniałych dzieci, bycie idealną panią domu czy umiejętność znalezienia "jakiejś" pracy, pozwalającej związać koniec z końcem. A mianowicie mam na myśli POMYSŁ NA PRACĘ ŻYCIA.

Czyli, jak robić to co sie kocha i jeszcze na tym zarabiać. 

Spędziłam trochę czasu na lekturze tekstów o tzw. ludziach sukcesu, po czym sporządziłam listę zaleceń, którymi należałoby się kierować na drodze do osiągniecia sukcesu - życiowego i finansowego jednocześnie. Oto one:

1. Nie pozwalaj, by zawładnął tobą strach przed: życiem, porażką, nieuczciwymi ludźmi, wyzwaniami, przekraczniem strefy komfortu, lepszymi od siebie.

2. Pamietaj, że na sukces składa się wiele czynników, m.in.: zdolność przewidywania, upór, doświadczenie, umiejętność podejmowania ryzyka (bo przecież każde ryzyko powinno byc poprzedzone analizą szans i możliwości), wsparcie rodziny, a nawet łut szczęścia.

3. Nigdy nie poniżaj ludzi, którzy są od ciebie słabsi czy mniej znaczą w hierarchii (np. służbowej).

4. Nigdy nie przestawaj się uczyć i nie uważaj, że pozjadałaś wszystkie rozumy.

5. Staraj się nikogo nie powielać, a raczej wydepcz własną ścieżkę w dżungli życia, podążaj za swoją intuicją. Za pomocą intuicji zobacz wizję swojej przyszłości, wyznaczaj cele.

6. Do celu dąż pracowicie i z entuzjazmem, zarażając po drodze pasją innych (np. współpracowników).

7. Nie szukaj potwierdzenia u innych.

8. Koncentruj się na celu, ale nie trzymaj się kurczowo pierwotnej strategii - bądź elastyczna.

9. Cel zawodowy powinien być zgodny z naszymi indywidualnymi predyspozycjami, inaczej zamiast sukcesu czeka nas frustracja i wypalenie. 

10. Naucz się organizować życie w domu i w pracy, by nie marnować czasu.

11. Nie stój w kącie, czekając aż ktoś cię zauważy. Sama wychodź z inicjatywą.

12. Ważne jest z kim współpracujemy, uważnie dobieraj sobie sprzymierzeńców w działaniu. 





...co by tu jeszcze dodać...? Może osiagnęliście już taki sukces i macie własne prawdy? Zapraszam do podzielenia się nimi, na pewno się przydadzą!

piątek, 21 października 2016

Co z tym chlebem

Kiedy mój metabolizm zwolnił, okazało się, że muszę przede wszystkim zweryfikować swój sposób odżywiania. Jedna z rad, jakie wtedy usłyszałam brzmiała: "musisz skończyć z jedzeniem chleba, tylko wtedy zapanujesz nad swoją wagą". 

Zrezygnować z chleba? Nigdy! Wychowywałam się na wschodzie Polski, gdzie chleb stanowił podstawę niemal każdego posiłku i był uważany za główne źródło energii. Pamietam jak stara babcia powtarzała mieszaniną białoruskiego języka, coś co brzmiało mniej więcej tak: "hde chlib i woda, tam ny ma hołoda" (rozszyfrowaliście ? ;-)).

Tak mi to weszło w krew, że do dzisiaj dbam, żeby chleb w domu zawsze był, bo jeśli nie zjem go na śniadanie, to wiem, że będę czuła się komfortowo przez minimum trzy godziny. A więc chleb - TAK! Ale jak najlepszy, nie chemiczny, a na zakwasie. Część producentów chyba zauważyła wzrost prozdrowotnego trendu w społeczeństwie, bo dziś jest łatwiej kupić chleb na zakwasie niż choćby przed dwoma laty.

Twierdzi się, że dobry chleb na zakwasie jest dla nas lekiem, gdyż zawiera bakterie kwasu mlekowego, które eliminują związki rakotwórcze z pieczywa (azotany, azotyny, pleśnie). We właściwie funkcjonującym jelicie, bakterie kwasu mlekowego powinny stanowić nie mniej niż 10% ogólnej liczby drobnoustojów. 


Dzisiaj w sklepach często możemy spotkać chleb na drożdżach. Piekarnie pieką taki chleb, ponieważ proces jego produkcji jest łatwiejszy do przeproadzenia na skalę przemysłową i zdecydowanie szybszy - a czas to pieniądz! Niestety, wytwarzanie pieczywa wyłącznie na zakwasie, bez drożdży, polepszaczy i przyspieszaczy, jest bardzo czasochłonne i bardziej kosztowne.

Tylko fermentacja mlekowa (z udziałem zakwasu) trwajaca wiele godzin, powoduje rozkład kwasu fitynowego, co umożliwia powstawanie wchłanialnych form mikroelementów zawartych w ziarnach zbóż. W pozostałych przypadkach produkcji chleba tworzą się niewchłanialne związki, które są wydalane z organizmu.

Inne pozytywy zakwasu to:
  • chleb na zakwasie, z mąki razowej, ma mniej węglowodanów, niski indeks glikemiczny i nie jest tuczący;
  • zakwas naturalnie konserwuje - pieczywo na zakwasie pozostaje długo świeże.
Pieczywo razowe dłużej utrzymuje uczucie sytości oraz reguluje cukier we krwi.


Aktualnie nie mam w domu warunków do samodzielnego wypieku chleba na zakwasie (albo przynajmniej tak mi się wydaje), zresztą nigdy nie próbowałam tego robić i trudno jest mi teraz zabrać się do tej czynności w 9-metrowej kuchni w bloku. Kupuję więc taki chleb piekarniach lub w sklepach (czytam wtedy etykiety, mam nadzieję, że nie kłamią - słyszałam, że zakwas też może być oszukany, czyli fermentacja zbyt szybko przeprowadzona...). Ostatnio wypatrzyłam piekarnię internetową "Na zakwasie" i pewnie niedługo tam coś zamówię. 

A jak u Was z tym chlebem? Jesteście za, a może przeciw jedzeniu chleba? Jak rozwiązujecie problem zakupu dobrego pieczywa?

niedziela, 16 października 2016

Brzuch to nie śmietnik

Biały cukier, biała mąka, biała sól. Pamiętam z czasów dzieciństwa i młodości, że znajome kobiety tym bardziej były zadowolone im bardziej białe udało im się kupić te trzy produkty, co w tamtych czasach nie zawsze było proste. Dzisiaj jest inaczej, produkty te, nazywane "białą śmiercią" dietetycy radzą wyrzucić z codziennego jadłospisu.

Ale też dużo zmieniło się od tamtych czasów (lata 70-te, 80-te) na niekorzyść, a wszystkiemu winna jest produkcja żywności na masową skalę.

Biały cukier rafinowany (kiedyś nie tak krystalicznie biały) uważany jest za jedną z największych trucizn:
  • zaburza równowagę mineralną organizmu, przez co w końcu tracimy zęby;
  • osłabia pracę nerek;
  • karmi drożdżycę, grzybicę i inne pasożytnicze organizmy;
  • powoduje otyłość
i...
jest wszechobecny. Jeśli stawiamy na gotowe jedzenie ze sklepu, kupujemy soki i napoje, to prawdopodobnie spotkamy w nich cukier rafinowany. Ten brązowy wcale nie jest dużo lepszy, zawiera melasę (a wraz z nią, niewielkie ilości minerałów) ale to ciągle sacharoza - cukier prosty przetworzony, który zdecydowanie nie służy naszemu ciału. 

Cukier nie jedno ma imię i posiada też dobre właściwości: poprawia nastrój, dodaje energii i jest przyjemny w smaku. Szukajmy takiego cukru w owocach, miodzie, ziarnach, marchewce. Lubimy słodzone napoje? Wybierzmy do słodzenia stewię. To akurat i mój wybór, ale jest jeszcze ksylitol, miód czy melasa.

Trochę statystyki: w Polsce średnie spożycie cukru wynosi 108 g dziennie (19% zapotrzebowania kalorycznego) i jesteśmy pod tym względem w czołówce Europy, WHO zaleca spożywanie cukru w ilości mniejszej niż 10% (link).

Biała mąka - dlaczego stała się zła? Dawniej zboża uprawiane były naturalnie, bez sztucznych nawozów i oprysków. Pola nawożono obornikiem, a zwierzęta karmiono naturalnym pokarmem, a nie gotowymi paszami. Dzisiaj jest inaczej, producenci chcąc osiągnąć wysoki zysk pomagają sobie chemią. Ponadto, w sklepie kupujemy mąkę oczyszczoną z otoczki (samą skrobię), a w właśnie w otoczce znajdują się witaminy, substancje mineralne i fermenty. Zawartość otoczki biologicznej ziarna umożliwia przyswojenie skrobi, która jest dla nas bez tego trudna do strawienia - nasz organizm, żeby strawić skrobię, pobiera minerały ze swoich zasobów. Istnieje też temat nie/szkodliwości glutenu, o którym nie wypowiem się w żaden sposób, gdyż po prostu nie mam zdania, jednak na wszelki wypadek rzadko jadam pszenne wypieki.

Jeśli chcemy jeść chleb i inne produkty z mąki, możemy wybrać te z mąki z pełnego przemiału i na zakwasie. Jest też wiele innych mąk niż pszenna, więc jest z czego wybierać. Myślę, że lepiej dokonać takiego wyboru niż całkowicie z mąki zrezygnować. Słyszałam już opinie, że mąka to samo zło, a przecież mąka to węglowodany, które dostarczają nam energii (niczym tak się nie nasycę jak razowym chlebem na zakwasie), a ta z pełnego przemiału to także błonnik.

Biała sól czyli sól przemysłowo oczyszczona (rafinowana i przetwarzana - podgrzana do 584 stopni C, przybiera formę soli chemicznej czyli chlorku sodu, wzbogaconego związkami jodu i przeciwzbrylaczami), podobnie jak cukier, dodawana jest do wszystkich sklepowych produktów spożywczych. Nawet jeśli nie kupujemy takiej, to i tak trudno na nią nie "wpaść" chyba, że gotujemy w domu wszystko sami, od podstaw.  Ta sól, jako środek spożywczy jest niewiele warta, ponadto, nadużywanie soli podwyższa ciśnienie, co jest prostą drogą do chorób krążenia i nerek.

Natomiast sól nieoczyszczona jest bogata w minerały i pierwiastki śladowe (m.in. magnez, jod, potas), których spożywanie sprzyja zdrowiu. Sól jest potrzebna do prawidłowego funkcjonowania organizmu, dlatego nie rezygnujmy niej, ale nie wybierajmy tej najtańszej, zwykłej białej soli kuchennej, wybierzmy sól morską lub himalajską. 

Sól morska jest suszona bez użycia chemikaliów, znajdują sie w niej mikroskopijne żyjątka morskie, będące naturalnym źródłem jodu. Ta sól jest szara i lekko wilgotna, ma także mocniejszy smak. Natomiast sól himalajska to prawdziwa skarbnica minerałów i pierwiastków śladowych - zawiera 84 pierwiastki niezbędne dla naszego organizmu (link).

Niektórzy czytelnicy takie artykuły przyjmują jako straszenie bez sensu, bo przecież wszyscy dookoła to jedzą i żyją, a choroba i tak nie wybiera. W ten sposób można odnieść się do każdego artykułu o zdrowym odżywianiu, jednak słowo "żyć" może oznaczać dla każdego, co innego. Najlepiej jest spróbować i przekonać się samemu, co lepsze. 

Ktoś, kto nauczył się mądrze wybierać swoje pożywienie, z pewnością nie wróci do "niby-jedzenia", chyba, że okazjonalnie, bo jeśli na co dzień nasza dieta będzie przemyślana i zrównoważona, to nic się nie stanie, jeśli raz na jakiś czas odrobinę "zgrzeszymy".

(Do napisania posta zainspirował mnie artykuł zamieszczony w miesięczniku SENS z kwietnia 2014.)

wtorek, 11 października 2016

Mądrzy po szkodzie

Niedługo skończę 44 lata - to jednocześnie i mało, i dużo. Mało, bo daleko mi jeszcze do wiekowego mędrca, chociaż starość nie dla wszystkich bywa łaskawa i wiek nie jest gwarantem życiowej mądrości. Dużo, bo jednak posiadam już dość pokaźny bagaż doświadczeń życiowych, co sprawia, że niekiedy myślę: ach, gdybym była taka mądra 20  lat temu...

No właśnie, "mądry Polak po szkodzie". Na pewno niemądrze jest żałować przeszłych decyzji, ponieważ na tym właśnie polega urok życia, że zawsze podejmujemy decyzje w oparciu o bieżące zasoby. Źle zdecydowaliśmy? Trudno - tacy właśnie wtedy byliśmy i basta. Nie potrzeba ronić łez na rozlanym mlekiem.

Tak więc nie z żalu, a wyłącznie z pragmatyzmu, pokusiłam się o zrobienie listy spraw, do których - gdybym dzisiaj miała 24 lata - podeszłabym inaczej niż kiedyś. Dzisiaj, z perspektywy czasu, mogę ocenić skutki swojego postępowania w przeszłości, ale czy wtedy zechciałabym posłuchać rad starszych i mądrzejszych ode mnie? Hmmm... W każdym razie, może ktoś dzisiaj zechce mnie posłuchać, albo przynajmniej przeczytać i zapomnieć. Oto moja lista, co Wy na to?:

1. Pomyśl o swojej twarzy już dzisiaj, przecież dobrze jest starzeć się pięknie.
Lepiej jest uważać czym smarujemy twarz. Dzisiaj wybierając kosmetyki czytałabym ich składy - wcześniej nigdy o tym nie myślałam, kładłam na twarz co popadnie, byle nie kosztowało zbyt drogo. Stosowałabym regularnie serum z witaminą C, kremy z retinolem, oleje, masło shea (np. z kilkoma kroplami olejku różanego, lawendowego...), hydrolaty. Na pewno byłaby to pielegnacja przemyślana, a nie byle jakie wklepywanie rano i wieczorem byle jakiego kremu.
Nie paliłabym papierosów, bo to prawdziwa masakra dla naszej buzi (i nie tylko dla buzi). Dobrze, że ten nałóg to już przeszłość, ale był ze mną i tak za długo. 

2. Nie spaliłabym dziesiatki razy swojej skóry na słońcu, przez co mam mnóstwo brązowych kropek na ciele i ciemniejszych plamek na twarzy, które postarzają i które do dzisiaj je wybielam. To było bezmyślne również z innego powodu: poparzenia słoneczne mogą być przyczyną zmian nowotworowych.  Z tych samych powodów nie korzystałbym również z solarium, a smażyłam się tam regularnie, aż zaczęły mi wychodzić na skórze takie białe wysepki - zupełnie bez barwnika. Koleżanka przestrzegła mnie, że takie plamy mają tendencję do powiekszania się i leczy się je długo (sama to już miała). Dopiero to mnie przestraszyło i skończyłam z solarium. 

3. Uważałabym na to, co jem i piję. Zaczęłam do tego przykładać wagę dopiero po czterdziestce, co przyniosło negatywne skutki dla mojej figury, kiedyś idealnie zgrabnej - dzisiaj takiej sobie :-/. Za późno poszłam po rozum do głowy, gdyż naiwnie myślalam, że takie problemy mi nie grożą. Nie wiadomo dlaczego, nie dotarła do mojego mózgu informacja, że skutki przeciążenia organizmu rafinowanym cukrem są bardzo poważne, a cukru to ja sobie nigdy nie żałowałam, prawdopodobnie byłam od niego po prostu uzależniona.
Jesteśmy tym, co jemy, ja jadłam z rozmachem i niezdrowo, miałam okropne nawyki żywieniowe i nie przyszło mi do głowy, żeby je zmieniać. W tym czasie wychowywałam dzieci, przez co nie nauczyłam ich w porę zdrowego odżywiania. Kiedy po swoim oświeceniu chciałam im również coś mądrego przekazać, to zwyczajnie się na mnie wypieły. Dzisiaj jadłabym zdrowo - dla siebie i dla dzieci, żeby nie musiały uczyć się prawidłowego odżywiania na własnych błędach.

4. Byłabym asertywna, nie pozwoliłabym, żeby moim życiem kierowali inni ludzie, chociaż zostałam karnie wychowana na osobę słuchającą się bezwzględnie starszych, bo tak trzeba. W domu nauczyłam się też, że mąż to pan i władca. Te dwa przekonania spowodowały, że przez całe lata uczyłam się asertywności już jako dorosła, ukształtowana osoba, były również źródłem wielu moich problemów. Ponadto, kiedy wreszcie zaczęłam ludziom pokazywać swoją prawdziwą twarz, niektórzy długo nie mogli pogodzić się z tą zmianą, gdyż nagle nie mieli kim pomiatać. I nie dziwię się im - w ich oczach byłam zwyczajną oszustką. Dzisiaj byłabym sobą i przede wszystkim swoje dobro miałabym na uwadze, nie pozwoliłabym, żeby ktoś układał mi życie wg swoich upodobań. Nie uśmiechałabym się pokornie, gdyby ktoś mnie obrażał i przede wszystkim wyrzuciłabym wszystkie kompleksy za drzwi (o jaka ja byłam zakompleksiona, głównie z powodu ojca, który potrafił sobie popić jak należy, przy czym stronił od kościoła, więc jego pijaństwo nigdy nie zostało przez wiejską katolicką społeczność przemilczane, nie tak jak pijaństwo pozostałych, którzy w niedzielę i święta grzecznie korzyli się przed ołtarzem). Dzisiaj wiem, że wstyd to kraść, wstyd być nikczemnym człowiekiem i tego się trzymam.

5. Walczyłabym o marzenia, nie mówiła sobie, że to nic nie znacząca bzdura, że prawdziwe życie do wyłącznie rodzina, że moja jedyna rola, to rola matki, żony i pani domu. Przecież można mieć coś więcej z życia, a ja z tym czekałam do osiągnięcia przez dzieci pełnoletności, wcześniej nic wiecej się nie liczyło oprócz domu i rodziny. W prawidłości i konieczności takiego postępowania skutecznie utwierdzali mnie moi bliscy (np. wiecznie krytykowanomnie za czytanie książek, ponieważ to - zdaniem bliskich - było marnowoaniem czasu, który mogłam poświęcić obowiązkom domowym i to wcale nie jest żart!). Tymczasem liczne przykłady dowodzą, że rodzina to niekoniecznie bariera oddzielająca nas od realizacji marzeń, można mieć i rodzinę i wszystko inne po drodze, tylko trzeba wziąć męża na stronę i obgadać z nim podział ról w domu. Ja swego czasu tego nie zrobiłam. 

Cóż, to nie powieść, czas przystopować chociaż mogłabym na podstawie swego życia napisać dość wstrząsającą - i jak myślę - "egzotyczną" powieść. Może opisane powyżej moje błędy wywołają u kogoś refleksję nad własnym życiem, a może też ktoś czytając to dowartościuje się myśląc, że na szczęście nie był nigdy taki głupi. W sumie, nie dbam o to, gdybym dbała, nie pisałabym bloga. Jest wiele dróg i jeden szczyt, gdzie wszyscy się kiedyś spotkamy. Na resztę życia, życzę sobie, by nie stało sie ze mną tak, jak pisze Jan Kochanowski w Pieśni 5:

Cieszy mnie ten rym: "Polak mądr po szkodzie",
Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.



poniedziałek, 3 października 2016

Jestem cienka

Jak pewnie wielu z Was, chciałabym więcej niż mam, a między innymi chciałabym więcej robić, bardziej się rozwijać. Jednak ewidentnie się nie wyrabiam i część moich planów zawsze porasta kurzem. Tak dzieje się z bieganiem. 

Urlop w górach

Wcześniej biegałam tak po prostu dla zdrowia, nic wielkiego, żadnych wyczynów, jednak przestałam pod koniec września ubiegłego roku z powodów zdrowotnych (najpierw skręcona kostka, potem przewlekłe zapalenie zatok). Po nowym roku poczułam się lepiej, chciałam zacząć od nowa i na chceniu się skończyło. Wiosną, przez miesiąc starałam się systematycznie ruszać na dworze przez godzinę i okazało się, że zawsze coś innego leży odłogiem - nieugotowane jedzenie, nieumyte okna, blog, książki, w końcu sen. Nagle zaczęło mi brakować czasu na aktywność fizyczną

Nadejście Świąt Wielkanocnych i zjazd rodziny definitywnie zakończyło moje starania by biegać systematycznie, zaś urlop w górach bezlitośnie odsłonił prawdę o mojej kondycji - JESTEM CIENKA. Tak cienka jak nigdy przedtem i nie potrafię z siebie wykrzesać siły by to zmienić. Obecnie nie ma już mowy o prawdziwym bieganiu. Chociaż ciągle nie porzuciłam nadziei na lepsze, to jednak wiem, że na razie "nie dla psa kiełbasa" - cieniasy nie mogą ot tak sobie porywać się na bieganie, szczególnie ponad czterdziestoletnie cieniasy.

Wpadła mi w ręce książka "Bieganie. Przewodnik dla kobiet", gdzie głównie skupiam się na rozdziale pt. "Przygotowania". "...Zanim zakochasz się w bieganiu na dobre, musisz z nim trochę porandkować. Zwiększaj częstotliwość i objętość treningów rozsądnie. Zapomnij o formule WSZYSTKO ALBO NIC." A przede wszystkim, należy się upewnić, że możemy bezpiecznie zacząć biegać.

Autorzy przewodnika zalecają - jeśli nigdy wcześniej nie ćwiczyliśmy, wracamy do zdrowia po dłuższej chorobie lub kontuzji, albo po prostu mamy obawy co do stanu zdrowia - wykonać poniższy test. Jeśli chociaż na jedno pytanie odpowiemy TAK, powinniśmy przedyskutować z lekarzem rodzinnym wszystkie za i przeciw.

1. Czy przez ostatni rok, albo dłużej nie prowadziłaś aktywności fizycznej?

2. Czy kiedykolwiek zdiagnozowano u ciebie problemy z sercem lub nadciśnienie tętnicze?

3. Czy palisz papierosy lub paliłaś je w przeszłości? 

4. Czy masz astmę lub kiedykolwiek miałaś podobne problemy?

5. Czy wśród członków najbliższej rodziny występowały przedwczesne choroby serca (rodzice lub rodzeństwo - w linii męskiej poniżej 55 roku życia, w linii żeńskiej poniżej 65 roku życia)?

6. Czy podczas ćwiczeń kręci ci się w głowie lub odczuwasz bóle w klatce piersiowej?

7. Czy zdiagnozowano u ciebie chroniczne choroby kości lub stawów, takie jak artretyzm czy osteoporoza?

8. Czy masz cukrzycę?

9. Czy starasz się o dziecko, jesteś w ciąży lub niedawno urodziłaś?

10. Czy twój indeks BMI jest wyższy niż 26?

11. Czy zdiagnozowano u ciebie jakiekolwiek inne chroniczne schorzenie, które może powodować problemy? 

W moim przypadku kluczowe są zatoki ale i bez wątpienia - lenistwo, jednak niemożność zorganizowania sobie czasu w taki sposób, by wszystko w otoczeniu działało jak należy (zawsze z czegoś rezygnuję, co mnie zwyczajnie frustruje), też nie jest bez znaczenia, ponieważ wtedy rezygnuję z czegoś, co wydaje się najmniej istotne w natłoku spraw.

Cóż, w najbliższym czasie będę musiała to sobie jakoś poukładać (i znów od nowa...), a dzisiaj mam do Was pytanie: jak radzicie sobie z aktywnością fizyczną w nawale codziennych zajęć? (Czy uważacie, że Wasz świat się nie zawali, jeśli odpuścicie sobie aktywność fizyczną, ponieważ i tak ruszacie sie wystarczająco dużo bez specjalnego poświęcanego temu czasu?). Czasami sposoby na życie innych ludzi mogą poruszyć w nas zapomnianą strunę, zainspirować, zmotywować. Na to liczę :-)


sobota, 1 października 2016

Optymizmu można się nauczyć

Ponad wszelką wątpliwość - optymistom żyje się łatwiej i przyjemniej. Optymista ma też większą szansę na bycie szczęśliwym. I chociaż to, czy jesteśmy optymistami jest w pewnym stopniu uwarunkowane genetycznie, to na naszą postawę życiową wpływają również wszystkie doświadczenia życiowe, sobie też nie możemy odmówić wpływu na to, jak postrzegamy rzeczywistość, a to oznacza, że 
OPTYMIZMU MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ!

1. Kiedy czujemy się zdołowani, najlepiej od razu skoncentrować się na monologu, który toczymy w myślach i spróbować - nie, spróbować to złe słowo - nie ma potrzeby bawić się w próby! My po prostu, dla własnego dobra, powinniśmy szybko ten monolog tak zmienić, żeby zwykłe trudności nie urosły do rangi katastrofy.

2. W momencie przypływu czarnych myśli dobrze działa powtarzanie twierdzenia: "to tylko moja myśl, która nie musi mieć nic wspólnego z rzeczywistością, co by się stało, gdyby ta myśl zniknęła z mojej głowy?" Mnie to pomaga, zresztą rzeczywistość zwykle okazuje się bardziej przyjazna, niż przypuszczaliśmy. "Problemem nie jest problem, problemem jest twoje podejście do problemu" (jak mawiał Jack Sparrow!). 

3. Kolejny aspekt sprawy, to sprawdzenie w jakim czasie - przeszłym, teraźniejszym czy przyszłym - najczęściej przebywamy myślami. Nawiększymi optymistami są osoby żyjące TU i TERAZ, ponieważ czują one instyktownie, bądź też życie ich nauczyło, że "przeszłość minęła, przyszłość jeszcze nie nadeszła, liczy się tylko ta chwila". Ta chwila, kiedy możemy działać i w ten sposób wpływać na rzeczywistość. Natomiast, jeśli wydarzenia z przeszłości ciągle wydają nam się niemiłe i negatywnie wpływające na teraźniejszość, należy im się przyjrzeć i dosłownie "na siłę" w odmętach minionych lat znaleźć coś dobrego i budującego. (Sama kiedyś przerabiałam to zadanie z psychologiem i dla mnie okazało się to punktem przełomowym w terapii.)

4. Wystrzeganie się twierdzeń:
  • "Wszystko co mnie złego w życiu spotkało, to wina innych" - wtedy rezygnujemy z odpowiedzialności za swoje życie, co jednocześnie powoduje niekończąca się litanię złorzeczeń na swoich domniemanych winowajców).
  • "Co nas nie zabije, to nas wzmocni" - lepiej dobrowolnie nie godzić się na sytuacje, które prawdopodobnie odcisną na nas piętno, gdyż to może stać się kolejnym raniącym nas doświadczeniem, wpływającym negatywnie na naszą postawę życiową.

Optymistyczne też jest to, że nasza reakcja na konkretną sytuację (każdą sytuację!) zawsze zależy od nas samych, chociaż czasami wymaga od nas większej niż zazwyczaj odwagi. 
......................................................................................................................................
(Halo! Czy są tu jeszcze jacyś pesymiści? Jeśli tak, to napiszcie, dlaczego ciągle jesteście pesymistami?)