sobota, 30 lipca 2016

Kto nadaje się na zakonnicę - myśli nieuczesane po lekturze książki

Nie znam osobiście żadnej zakonnicy, ani kobiety, która nie poradziła sobie w zakonie, stąd książka Marty Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu" wywołała u mnie reakcję wstrząsową.

Wcześniej wiedziałam, że żadna ze mnie byłaby zakonnica, bo lubię chłopców, a długie modlitwy i dziwne (w moim mniemaniu) stroje nie są dla mnie. Ale jeśli ktoś to lubi, OK, jego sprawa. Po przeczytaniu tej książki dowiedziałam się, że to, co myślałam o życiu zakonnym to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Marta Abramowicz z ogromnym trudem dotarła do dwudziestu byłych zakonnic, a książka-reportaż jest owocem rozmów z tymi kobietami. Autorka próbuje weryfikować ustalone w ten sposób fakty w rozmowach z siostrami zakonnymi, jednak z rozmów tych trudno cokolwiek sensownego wyciągnąć - to jak zmowa milczenia. Rozmawia też z Dominikanami.

W zasadzie nie mam powodu, by nie uwierzyć Marcie Abramowicz. Reportaż wygląda na na kawał dobrej roboty, jednak porusza on tak wiele ciekawych aspektów życia zakonnego, że nie jestem w stanie streścić go porządnie. A więc po prostu zamieszczę tu kilka wybranych cytatów z książki, żebyście na ich podstawie mogli zdecydować, czy po tę ksiażkę warto sięgnąć. Zaczynamy!

1. "Mistrzyni przestrzega: żadnych indywidualnych przyjaźni. Więzi maja być wspólne, bo jesteśmy wspólnotą. Jeśli chcesz w niedzielę pójść na spacer ze współsiostrą, to za każdym razem z inną. Rozmawiaj ze wszystkimi, z żadną częściej, z żadną dłużej. Właśnie tak ma wyglądać siostrzeństwo w Chrystusie. ... Dlaczego? Bo tak jest przyjęte. Mistrzyni nie tłumaczy. Nie ma obyczajów wyjaśniania przepisów, reguł i poleceń. Tak ma być i już. Wola Boska."

2. "Nowicjat: strach, samotność, pustynia. Znów płakałam wbrew posłuszeństwu. Klęska - żyję w wiecznym strachu. Rozmawiałam z Mistrzynią. Powiedziałam jej, że nie czuję się tu kochana, nikt na mnie nie czeka, nie ufa, nie pokłada nadziei we mnie. Oszukano mnie. To sekta: rozbudowany aparat powołaniowy, a potem nic już nikogo nie obchodzisz. Służ, kochaj, pracuj, bądź wydajna. Czy to jest ta czarna noc, o której piszą św. Tereska i św. Faustyna?
Mistrzyni poradziła, żeby jeszcze wiecej się modlić i każdego dnia przyjąć jakieś upokorzenie. To ma pomóc wytrwać w powołaniu.
O ducha umartwiania proszę Cię, Panie. Cebula."

3. "Albo mycie toalety. Miałam pokazać Patrycji, (siostrze Patrycji - mój przypis) czy dobrze umyłam. Był błysk. Przychodzi Patrycja. Brudna. No jak można umyś toaletę? Szoruję najpierw starą drawnianą szczotką ze świńskim włosiem, innej nie było. Potem gąbką, rękawiczek nie miały. Źle myjesz. A jak się myje? Spod szkapleza, z kieszonki wyciąga korek od dezodorantu. - Wiesz, co to jest? - pyta. Patrzę na nią jak na idiotkę. - To jest koreczek. Włóż ten koreczek tu, do nogi klozetu, i całą wodę wybierz, aż będzie pusto, co do kropli. Potem płyn wlejesz. Weźmiesz gąbeczkę do ręki i do środka włożysz. I w środku całą muszlę wyczyścisz. Gdybym miała dłuższą rękę to nawet bym do rury sięgnęła. Bez rękawic oczywiście."

4. "Zauważała coraz wiecej rzeczy, z którymi nie mogła się zgodzić. Gdy zbiła szklankę, musiała klęknąć przed przełożoną i poprosić o pokutę. Nie czuła skruchy, nie widziała w tym sensu, więc po co miała to robić? Znalazła w encyklice Jana Pawła II, że to średniowieczne zwyczaje. Przełożona poczerwieniała: siostra winna jest pokorę i posluszeństwo!
Na kartce urodzinowej dla Matki Generalnej napisała: Życzę Matce rozwoju na drodze do świętości. Przełożona podarła kartkę. - Te życzenia obrażają Matkę - oświadczyła. Izabela zapytała: - Dlaczego? Przecież nie jest święta, święci będziemy w niebie? - Kimże jest siostra, żeby podważać moje zdanie? - odparła przełożona."


5. "Zakony psują dobrych ludzi, idealistów, którzy chcą czegoś więcej. Jesteś zachęcana by ślepo wierzyć, nawet jeśli się nie zgadzasz. Czarne jest białe, białe jest czarne. Masz to przyjąć w imię świętego posłuszeństwa. Ja tak robiłam. To był gwałt na umyśle.
A przecież do zakonu idą młode dziewczyny, to skąd mają wiedzieć? Myślałam, ze tak trzeba, starałam się. Wszystkie moje problemy kwitowano, że jestem niedojrzała, niegotowa, zła. Nasza formacja polegała na przepisywaniu książek. Żarliwych, religijnych. Gdy chciałam coś przeczytać, Mistrzyni pytała: o czym? Potem zdejmowała książkę z półki i mówiła: ta. Nie było żadnych nowości, wszystko stare, przedsoborowe.  ... 
Pięć razy brwiarz, codziennie msza, Mea Culpa, moja wina, moja bardzo wielka wina. Cały czas rąbany rachunek sumienia. Ciągle się zastanawiasz, czym dzisiaj obraziłaś Boga. Mistrzyni zachęcała do małych umartwień, o których nikt nie będzie wiedział. Myślałam: jestem zła, straszna, grzeszna. Dostałam depresji. Wszystko stawało się obojętne. Ale myślałam, że to dobrze. Że nic mnie nie będzie odrywało od Boga". 


Cóż, jeśli tak wygląda życie w klasztorze, to jaką trzeba mieć osobowość, żeby przez to przejść i nie dostać choroby psychicznej? To typowe łamanie charakterów, indywidualności. Jak być szczęśliwą w takich warunkach? A przecież szczęście to podstawa, bez niego usychamy, starzejemy się przedwcześnie. Myślę, że o wiele więcej dobrego można zdziałać będąc świecką osobą, niż w habicie, za murami klasztoru.

A Wy co o tym myślicie, nadawałybyście się do takiego życia? Może nie w każdym zakonie jest tak samo strasznie, może istnieją wyjątki?... 


sobota, 23 lipca 2016

Czemu się opierasz, to napiera

"Źródło cierpienia nie leży w okolicznościach życia, ale w sprzeciwie." 
"Albo opieramy się przeciw temu, co się wydarza, albo przeciw utracie tego."
Peter Fenner 

Czy powyższe stwierdzenia nie wydają się Wam kwintesencją prawdy? Każdemu zdarzy się, że zaneguje otaczającą go rzeczywistość, sama dobrze wiem, że przeżycie dnia bez takich negujących myśli, graniczy z cudem. Polityka nie po mojej myśli, nerwowa atosfera w pracy, mąż bałaganiarz, choroby, napięty pogram dnia itd. itp. Z jednej strony czujemy ulgę, że sobie popsioczyliśmy, z drugiej - to namacalnie zakłóca nasz spokój, wyczerpuje energię. A czy tak naprawdę istnieje jakieś lepsze miejsce, w którym wszystko ułoży nam się idealnie? Wątpie, nasz charakterek pójdzie tam z nami i wszystko będzie jak dawniej.

A więc lepiej zupełnie nic nie robić, nic nie czuć? Oczywiście, że nie! Jeśli problem się pojawia, uznajmy go, ale bez robienia problemu z problemu, bez szukania winnych albo udawania, że nas nie dotyczy. Nie żadne "dlaczego ja???", ale po prostu stwierdzenie, że mamy problem i zastanowienie się, co możemy z tym zrobić, a potem zrobienie tego wszystkiego, co pozostaje w naszej mocy. Czyste, chirurgiczne cięcie, bez rozchlapywania krwi.

Nasze życie nie jest wyłącznie różami usłane, negatywne emocje / negowanie rzeczywistości, są znane każdemu, a ich pojawianie się jest wg mnie całkiem naturalne - świadczy o tym, że jesteśmy ludźmi z krwi i kości. Zamiast robić sobie wyrzuty, że znów coś głupiego przeszło nam przez myśl (np. jak bardzo zatruwa nam życie wścibska sąsiadka), lepiej skoncentrujmy się na tym, jak najszybciej wrócić do stanu równowagi i zająć się tym, co naprawdę ważne. Szkoda życia na pierdoły!

Czym są dla Was problemy, jak reagujecie na pojawienie się ich w Waszym życiu? Jakieś "złote rady"? ;-) 

sobota, 16 lipca 2016

Pieprz cayenne na ból głowy i zatkany nos

Jestem człowiekiem, którego trapią drobne, aczkolwiek upierdliwe dolegliwości: migrena i zatkany nos. Być może jedno z drugim powiązane. Oczywiście oszczędzę Wam historii choroby, a jedynie przedstawię moje majowe odkrycie, które pozwoliło mi w dużej mierze nad nią zapanować. Jest nim pieprz cayenne .

Jestem bardzo przychylnie nastawiona do naturalnych metod leczenia i zanim sięgnę po typową pigułkę, zawsze najpierw sprawdzam, czy nie pomoże mi jakieś ziółko, czosnek czy olejek eteryczny. O pieprzu cayenne przeczytałam na tipach interia i postanowiłam wypróbować pomysł przy pierwsze nadarzającej się okazji. 

A więc, kiedy tylko poczułam znajomy, ale jeszcze lekki ból głowy, natychmiast rozmieszałam pół łyżeczki chili (inna nazwa pieprzu cayenne) ze szklanką letniej wody (woda może być też ciepła, albo zimna - jak kto woli) i wypiłam drobnymi łyczkami. Ból ustąpił po około 20 minutach. 

Poczytałam sobie wiecej o tej cudownej przyprawie i zaczęłam eksperymentować z chili na zatkany nos, co również przyniosło pozytywne efekty. W tym przypadku również piłam chili rozmieszane z wodą. Generalnie po chili czułam się dobrze, zmęczenie jakby się ulatnialo i lepiej znosiłam upały.

Jest jeden minus - to nie pomaga przyjęte zbyt późno, a więc kiedy migrena już się zdążyła rozszaleć, albo kiedy nos jest dosłownie zamurowany na amen (co mi się niestety zdarza). U mnie chili działa na zwykły ból głowy i przyjęte na początku migreny oraz przy lekko zapchanym nosie. Tak więc, przy łagodniejszych objawach, jeśli nie ma przeciwwskazań, zamiast łykać pigułki przeciwbólowe z pseudoefedryną, zachęcam do picia wody z chili.


A oto kilka przeciwwskazań do picia wody z chili:
  • przyjmowanie ACE inhibitorów i i leków hamujących wydzielanie kwasu żołądkowego;
  • chili może wchodzić w interreakcję z aspiryną, zmniejszajac jej skuteczność i zwiększając ryzyko krwawienia;
  • przyjmowanie preparatów z miłorzębem, imbirem, żeń-szeniem i leków rozrzedzających krew - zwiększenie ryzyka krwawienia;
  • przyjmowanie leków na cukrzycę - kapsaicyna zawata w chili, obniża poziom cukru we krwi, zwiekszając ryzyko hipoglikemii;
  • przyjmowanie teofiliny stosowanej w leczeniu astmy.
Uwaga! Chili przyjmowane w większych dawkach może powodować uszkodzenia wątroby, przewodu pokarmowego lub błon śluzowych. Bezpieczna dawka, o której możemy przeczytać w wielu artykułach na ten temat, to 1 - 2 łyżeczki dziennie. Należy słuchać objawów płynących z ciała i reagowac na nie.

INNE KORZYŚCI PŁYNĄCE Z PICIA CHILI, albo jedzenia potraw z tą przyprawą:
  • poprawa krążenia, natychmiastowa regulacja ciśnienia krwi;
  • chili wspomaga odporność i działa bakteriobójczo;
  • reguluje zaburzenia trawienne;
  • przyspiesza przemianę materii i zwiększenie termogenezy;
  • działanie przeciwrakowe - chociaż to akurat dyskusyjne...
Na zakończenie dwie ciekawostki: 

Przyjmowanie chili regularnie w wiekszych ilościach może zakłócić proces odchudzania.

Przeszukując internet spotkałam się na kilku stronach z ciekawą informacją, że chili z powodzeniem może być podawane podczas ataku serca. Oczywiście chory powinien być przytomny. Zaleca się wtedy wypicie szklanki gorącej wody z łyżeczką chili. W razie potrzeby powtórzyć to po 15 minutach. Można o tym przeczytać na przykład tutaj: http://www.fronda.pl/a/jak-zatrzymac-atak-serca-w-1-minute-przeczytaj,60140.html.

Znacie ten przepis na zlikwidowanie bólu głowy? A może znacie inne działające naturalne metody na różne dolegliwości zdrowotne? Zapraszam do dzielania się swoją wiedzą w komentarzach :-)

Aktualizacja (17.07.2016.): Odpowiadając dzisiaj na komentarze coś mi się przypomniało. Ostatnio piję chili w ten sposób, że dodaję łyżeczkę do szklanki wody z rozpuszczonym wcześniej miodem (dużo wcześniej - taki miód lepiej działa) i sokiem wyciśniętym z pomarańczy. To jest nawet pyszne.


sobota, 9 lipca 2016

Sztuka łączenia produktów

Natknęłam się na ciekawy artykuł w archiwalnym numerze "Sensu", a że ostatnie upały nie nastrajały mnie do pracy twórczej, dzisiaj będzie bardzo odtwórczo, ale mam nadzieję, że chociaż trochę ciekawie.

Pewne składniki w nieodpowiednich zestawieniach tracą swoją wartość odżywczą, są też zestawienia produktów, w wyniku których powstają szkodliwe dla organizmu substancje. Poniżej przedstawiam ciekawostki z zakresu sztuki łącenia pokarmów:


1. Do popijania ciasta drożdżowego nie wybierajmy herbaty! Teina zawarta w herbacie niszczy witaminę B1, której źródłem sa drożdże.

2. Herbata z cytryną. Liście herbaty zawierają dużo glinu, ale jeżeli zalejemy je tylko gorąca wodą, glin pozostanie w liściach, natomiast dodana cytryna spowoduje uwalnianie cząsteczek glinu. W herbacie powstanie wtedy nierozpuszczalny cytrynian glinu, który podejrzewany jest o przyczynianie się do choroby Alzheimera. Amatorzy herbaty z cytryną mogą odetchnąć z ulgą - można to obejść! Związek glinu nie powstanie, jeśli cytrynę dodamy do zaparzonej herbaty, z której wcześniej zostały usunięte fusy.

3. Sałatka z pomidorów i ogórków. To dość często spotykane zestawienie, jednak obarczone dużą wadą: witamina C w pomidorach jest niszczona przez askorbinazę - enzym zawarty w świeżym ogórku. Jedna łyżeczka soku z ogórka może zniszczyć witaminę C w czterech kilogramach pomidorów. Ogórki kiszone i konserwowe takich właściwości już nie mają.

4. Ryby morskie i warzywa krzyżowe (brokuły, kalafiory, kapusta, brukselka). Ryby morskie są bogatym źródłem jodu, tymczasem rośliny krzyżowe zawierają glikozydy, które łączą się z jodem i sprawiają, że nie jest on wchłaniany w przewodzie pokarmowym. 

5. Czerwone wino i mięso.  To też słabe zestawienie - zawarte w winie garbniki hamują wchłanianie żelaza z mięsa.

6. Kanapka z serem i pomidorem. Ser, zarówno biały jak i żółty, zawiera dużo kazeiny i wapnia. Jeżeli zjemy go w towarzystwie pomidora, wytworzą się kryształy szczawianów wapnia, które przyczyniają się do powstania choroby stawów zwanej podagrą lub dną moczanową. (A to moje ulubione zetawienie, niestety...)


Dla równowagi, kilka dobrych zestawień:

1. Produkty zawierające żelazo i witaminę C, która polepsza wchłanianie tego pierwiastka. Do dania z mięsem podać surówkę z czerwonej papryki lub popijać je sokiem z porzeczek albo pomarańczy. 

2. Wapń i witamina D. Żeby dostarczyć sobie witaminy D, możemy zjeść pastę z białego sera i ryby wędzonej, albo sałatkę z jajka na twardo i brokułów.

3. Magnez i witamina B6. Np. kasza gryczana z mięsem.

4. Napój "probiotyczno-prebiotyczny", stanowiący pożywkę dla dobrych bakterii w jelitach. Maślankę, jogurt czy kefir zmiksować z bananem, który zawiera składniki odżywiające dobroczynne bakterie obecne w przetworach mlecznych.

Artykuł powstał na podstawie wywiadu z Agnieszką Piskałą (diet coach, TUTAJ wiecej), która słusznie zauważa, że nawet w zaleceniach lekarskich dotyczących diet wspomagających leczenie różnych dolegliwości, wymieniane są produkty wskazane i niewskazane, ale zwykle nie mówi się ani słowa na temat ich łączenia.

Próbowałam rozeznać się czy jest wiecej takich ciekawych połączeń, ale nie znalazłam nic ponadto. Jeżeli przyjdzie Wam coś więcej na myśl, to koniecznie napiszcie w komentarzach!


poniedziałek, 4 lipca 2016

Coś na kształt karmy

Piszę: "coś na kształt karmy" zamiast "karma", ponieważ z filozofiami wschodu nie jestem za pan brat. Z biegiem lat, na podstawie obserwacji i doświadczeń, wyrobiłam sobie własną filozofię życia, stanowiącą zlepek twierdzeń czy teorii, w które wierzę lub uznaję za prawdopodobne. Nie na wszystkie pytania umiem sobie odpowiedzieć, nie wiem czy tak właśnie powinno być, w każdym razie, dramatu z takiej niewiedzy nie robię.

Mówimy "jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz" i w to wierzę w całej rozciągłości. Po prostu wiem, że nie jest tak, że w moim życiu dzieje się coś przez kogoś czy przez pecha. Mam świadomość, że wszystko, co mnie spotkało i spotyka, wydarzyło się, ponieważ osobiście maczałam w tym palce. Przemyślałam swoje życie i przyznaję uczciwie: zasłużyłam na każdego kopniaka.

Patrząc pobieżnie, bez tego przemyślenia, być może w pierwszej kolejności przyjdzie nam na myśl, że oto padliśmy ofiarą, doznaliśmy krzywdy od życia, ale czy na pewno? A co z naszą decyzyjnością? Przecież za każdym wydarzeniem stoi nasza decyzja lub jej brak (bo np. oddaliśmy głos komuś z rodziny), co na jedno wychodzi.

Przyjęcie odpowiedzialności za swoje życie uwalnia nas od myślenia o sobie w kategorii "jestem skrzywdzona", a o innych "on / ona mi to zrobiła". Pozbycie się tych trujacych myśli od razu zaaowocuje poprawą samopoczucia. Już nie będzie nam nieustannie stawała przed oczami (przykładowo) ta wredna teściowa, bo zrozumiemy, że to my sami daliśmy jej przyzwolenie na takie a nie inne zachowanie.


Tak więc, bądźmy świadomi, że cokolwiek robimy, mówimy, myślimy, prędzej czy później przyjdzie nam zebrać swój plon. "Karma" oznacza "działanie", a  w szerszym znaczeniu, zasadę przyczyny i skutku. Nie posuwam się w swych rozważaniach do istnienia karmy z poprzednich wcieleń, nie mam pojęcia, czy reinkarnacja naprawdę istnieje, stwierdzam tylko, że nie dostajemy nic innego, niż sami dajemy.

Chcemy być szczęśliwi - uśmiechajmy się i bądźmy szczęśliwi, bez wahania uszczęśliwiajmy innych, niech ludzie w naszym towarzystwie czują się wspaniale.

Chcemy miłości - kochajmy.

Chcemy być bogaci - bądźmy hojni

WSZYSTKO WRACA. Uśmiech wraca, życzliwość wraca, ale i pycha wraca, zazdrość wraca i złe myśli też. W ciągu dnia jak najwiecej zwracajmy uwagę na rzeczy czy sprawy piękne i dobre, a nie zatrzymujmy wzroku i myśli na tym, co złe i brzydkie - różnica w samopoczucie będzie zauważalna niemal natychmiast! Kto nie próbował, niech spróbuje i poczuje różnicę.

Morał tego bajania jest taki: swoim nastawieniem i myślami kreujemy swój świat.
Wiem, że ktoś w odpowiedzi na to stwierdzenie może napisze o strasznej chorobie, na którą nie zasłużył, o wypadku, który zrójnował jego życie. Bywa i tak, niech każdy sam rozważa takie sytuacje i szuka na nie odpowiedzi w swoim umyśle - jak wspomniałam na wstępie, nie na wszystkie pytania znajdziemy ją od razu. Ale bywa, że odpowiedź pojawi nam się nagle i wtedy każdy element układanki naszego życia znajdzie swoje miejsce.