środa, 29 czerwca 2016

Koncentracja - sposób na sukces

Koncentracja to ważny czynnik, ułatwiający osiąganie szeroko pojmowanych sukcesów (sukces nie jedno ma imię!), ale czy zawsze o niej pamiętamy? Czasami dużo łatwiej jest nam powiedzieć "a, bo ja już taka jestem roztrzepana", niż wziąć się w garść i po prostu wykonać trudne czy nielubiane zadanie. 

Nie lubię czegoś, to tego nie robię! Łatwo powiedzieć, jednak nawet kiedy pracujemy w wymarzonym zawodzie, może sie zdarzyć, że częścią naszych obowiązków będą upierdliwe i żmudne czynności, przez które musimy przebrnąć. Poza tym, koncentracja pozwala nam czytać "grube" książki, uczyć się, osiągać sukcesy w sporcie czy prowadzić poprawnie samochód. Jeśli mamy problem z tymi czynnościami, prawdopodobne jest to, że koncentracja jest naszą słabą stroną. 

Mało tego - sama zauważyłam, że kiedy przytrafia mi się tzw. pechowy dzień, to ma to zwiazek z faktem, że tego dnia jestem wyjątkowo rozkojarzona. To nie żaden pech, to brak koncentracji!

Koncentracja to zdolność skupienia uwagi i energii na czynnościach, które prowadzą do zakończenia zadania. Wymaga ona bycia myślami w teraźniejszości i radzenia sobie z przeszkadzaczami. 

Wokół koncentracji narosły mity, brzmiące bardzo wiarygodnie i przez wielu powtarzane.

Po pierwsze: przekonanie o wrodzonej predyspozycji do koncentracji. To, o czym wspominałam na wstępie, czyli przykładowe stwierdzenia: "jestem taka roztrzepana" czy "mam ADHD". Tymczasem badania dowodzą, że nie ma osobowości, której cechą jest brak koncentracji (mam na myśli osoby zdrowe), koncentrację musimy ją u siebie wypracować, ponieważ jest to umiejętność możliwa do wyćwiczenia. Czy ktoś Wam o tym mówił w czasach szkolnych? Bo mnie nie.

Po drugie: przekonanie, że nie możemy się skoncentrować na czymś, co nas nudzi. Na odparcie tego również mamy naukowe stwierdzenia: otóż nasz mózg jest zwyczajnie ekonomiczny. Mózg podczas koncentracji używa przede wszystkim kory przedczołowej, której praca wymaga dużo glukozy i tlenu, natomiast, gdy zajmujemy się zadaniem typu 2+2, to uruchamiają sie starsze pokłady mózgu, których działanie jest automatyczne i zużywa mniej zasobów tych "surowców". Stąd opór przed trudnymi zadaniami.

Odpowiedź na ten problem brzmi: dopamina, która jest dla mózgu jak paliwo. Mózg syntetyzuje dopaminę właśnie w korze przedczołowej, gdy coś jest dla nas nowe, przyjemne, pasjonujące. Wystarczy więc, żebyśmy jak najwięcej rzeczy robili z pasji, działając spójnie z naszymi życiowymi wartościami. Zadbajmy o swoje zaangażowanie i motywację do wykonywania zadań trudnych i monotonnych, sprytnie łącząc je w głowie z zabawą, pasją, naszymi wartościami.

Ciekawostka: dojrzałe banany zawierają chininę dopaminową, która jest naturalnie występującą formą dopaminy. Najlepiej jest sięgać po banany z brązową skórką, bo w nich znajdziemy dopaminy najwięcej!

I wreszcie, po trzecie: multitasking, czyli podzielność uwagi. Badania nad mózgiem wykazały, że nie istnieje podzielność uwagi, a jedynie szybkie jej przerzucanie. Podczas wykonywania prostych czynności, mózg radzi sobie z nadmiarem bodźców, jednak do bardziej skomplikowanych potrzebne jest skupienie na jednej rzeczy. "Mózg to procesor sekwencyjny, niezdolny do zwracania uwagi na dwie rzeczy równocześnie. Szkoła i biznes lansują wielozadaniowość, ale zmniejsza ona produktywność, zwiększa liczbę błędów." (cyt. John Medina, badacz mózgu, autor książki "12 sposobów na supermózg") 

Ciekawostka: żeby działać efektywnie, pracujmy w małych blokach, między którymi koniecznie odpoczywajmy. Idealny układ to 15 minut pracy i 10 minut przerwy.

Już nie raz pisałam na blogu o moim szczególnym zainteresowaniem działaniem mózgu. Myślę, że mózg to ośrodek wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu, mechanizm, który działa wg określonych zasad, ale musimy je znać, żeby w pełni to działanie wykorzystać. Poszukuję ich, sprawdzam, czy mózg faktycznie da się oszukać, tak by działał spójnie z naszymi potrzebami, które ostatecznie też w nim są zakodowane. Inspiracją do tego artykułu była (wg mnie) fantastyczna strona szybkanauka.pro. Moje wszystkie domorosłe przemyślenia na temat działania mózgu znajdziecie klikając w etykietę "umysł".



piątek, 24 czerwca 2016

Pamiętacie, jak spędziliście wiosnę?

Dużo myślałam o upływie czasu - on nie płynął, on śmigał jak błyskawica! I to mnie zaniepokoiło. W poscie pt. "Jak spowolnić czas" (TUTAJ), zastanawiałam się, co zrobić, żeby to zjawisko opanować, ale już wcześniej podjęłam decyzję, żeby z życia wyciskać nieco więcej niż dotychczas, żeby bardziej te ulotne chwile przeżywać, może nawet celebrować. Tym razem udało mi się dotrzymać postanowienia i dzięki temu wreszcie pamiętam, co robiłam w ostatnich miesiącach. Ta wiosna nie przeleciała mi pod nosem, a zdjęcia pomogły mi skupić uwagę na wybranych sytuacjach. 

Zdjęcie obok - taki widok mijałam po drodze do pracy: pierwsze lśnienia wiosny. Listki na drzewach jeszcze świeżutkie, wszystko kwitnie i pachnie. Czasami dobrze jest przyjechać do racy inaczej niż samochodem, już sama droga budzi łagodnie i poprawia nastrój. W samochodzie, jako pasażer, zwykle siedzę zaspana i taka zaspana wtaczam sie do biura.

Czym byłam zajęta tej wiosny? Nareszcie pamietam! Nie tak jak wcześniej, kiedy czytając Wasze podsumowania, nie potrafiłam sobie przypomnieć niczego szczególnego, oprócz tego, że gdzieś wyjechałam na urlop albo, że uczestniczyłam w jakimś większym rodzinnym wydarzeniu. Poza tym - czarna dziura w pamięci.

A więc...

Tej wiosny obudził się we mnie ogrodnik i ciągle biegałam wokół moich domowych roślinek, w końcu, na początku czerwca wysiałam zioła do skrzynek, wyniosłam na balkon wielką donicę z kwiatem i plecione krzesło na balkon - tym samym, balkon po zimie trochę się oswoił. Zdjęcia nie odważę się zamieścić, bo wg mnie ciągle wygląda marnie. A co do kwiatów doniczkowych, to korzystajac z oferty Biedronki, kupiłam sobie trochę kwiatów do domu, które idealnie się przyjęły, wbrew obiegowym opiniom, że kwiatów doniczkowych lepiej w takich miejscach nie kupować.


Jednym z zakupów był aloes. Wcześniej poprosiłam koleżankę o pachnące geranium (anginkę). Kiedy niechcący ułamałam jeden z liści aloesu, myśląć o jego właściwościach schowałam go do lodówki, a sama zaczęłam poszukiwac informacji, jak mogłabym liść wykorzystać. W końcu, jako że nie lubię "zabawy" w miksturki, wybrałam najprostsze rozwiązanie: ucinam sobie półcentymetrowy paseczek i miąższem z jego środka smaruję skórę, w którą wcześniej wklepuję jakiś kosmetyk (inaczej lekko szczypie w niektórych miejscach, u mnie na szyi). Gołym okiem widać efekty: wygładzenie, ujędrnienie i nawilżenie. Nie wierzycie - spróbujcie sami, chociaż wrażliwym nie polecam, bo to szczypanie świadczy raczej o tym, że należałoby zachować ostrożność w stosowaniu...


Ten kołnierz z koralików to przykładowy wyraz mojej fascynacji modą. Nie, to jakoś szumnie brzmi... po prostu ubraniami, dodatkami, butami. Bawi mnie to niesamowicie, nawet blogi "szafiarek" po cichu podglądam. Ktoś powie, że to bzdura, ja tak nie uważam. Nasz wizerunek, to co inni widzą na pierwszy rzut oka, w pewnym sensie buduje nasze relacje międzyludzkie, a także nam samym dodaje pewności siebie, o czym wspomniałam w poscie pt. "Jak sprawić by nikt nie przeszedł obok nas obojętnie" (TUTAJ).


W maju poczyniliśmy pierwszy krok do przeprowadzki na wieś. Architekt umówiony, plany gotowe będą w sierpniu i powoli ruszymy dłuuugi proces przeprowadzki (w naszej ocenie potrwa to ze cztery lata, ale już teraz głowę mam zajętą obrazami nowych wyzwań!). Bo pomyślcie tylko, jak to się przedstawia: mnóstwo ludzi w wieku 40+ ma już wszystko poukładane, pozostaje im wygodne życie, w umoszczonym we wcześniejszym okresie, gniazdku. A u nas? Dopiero się zacznie. Nie ma co czarować - cała masa emocji mnie rozpiera, wyobrażam sobie, ile przed nami pracy i układania wszystkiego od nowa, w nowym miejscu i okolicznościach. Staram się nie przerażać, jak to mówi koleżanka: "przyjdzie czas, będzie rada". A na zdjeciu widok z mojego przyszłego salonu (dom będzie na bazie starego).

A dalej już w telegraficznym skrócie:


Krokodyle znad Jeziora Białego w Okunince pod Włodawą. Włodawa to małe miasto, do którego będę miała najbliżej ze swojej wsi. Do Lublina trochę dalej. Nad Białym pod koniec maja było cicho i spokojnie, zupełnie inaczej niż w pełni sezonu, kiedy trudno o wolny skrawek plaży.

                        

W drodze powrotnej do domu zdecydowaliśmy się na nocleg w Warszawie. Niedzielny wieczór spędziliśmy na moim ukochanym Starym Mieście. Zresztą zwrot "ukochane" dotyczy wszystkich Starych Miast w każdym większym mieście. Dla mnie mają one niepowtarzalny klimat, mogłabym błądzić bez końca urokliwymi uliczkami, przesiadywać w ogródkach piwnych. Za to w nowoczesnych dzielnicach nie widzę niczego zachwycającego.



Naprawdę powinnam już kończyć, jeszcze tylko mały deserek - zdjęcie nieba w niesamwitych kolorach! Odkryłam jeszcze jedną pasję: fotografowanie różnych oblicz nieba. Mam już niemały zbiór takich zdjęć, ale to niebo, które sfotografowałam podczas majowego pobytu na wsi, wygladało tak, jakby Armagedon nadchodził! Nie wiem, czy to będzie u was widoczne, ale nawet pole wygląda na zaróżowione. Kiedy pokazałam zdjęcie synowi, ten zapytał, czy mieliśmy jakąś katastrofę ekologiczną ;-) Robienie zdjęć nieba bardzo mnie fascynuje, nawet z mojego balkonu niebo potrafi wyglądać każdego dnia inaczej, tylko trzeba umieć zatrzymać się, by to dostrzec. Mnie nareszcie się udało :-)

niedziela, 19 czerwca 2016

Dziewczyna w błękitnej sukience i lekko smutne refleksje

"Dziewczyna w błękitnej sukience" Gaynor Arnold rozpoczyna się od pogrzebu Alfreda Gibsona, światowej sławy pisarza, bożyszcza tłumów. Jednak wdowa po nim - Dorothea - tego dnia została w domu. Dlaczego? 

Dorothea snuje wspomnienia swojego życia ze sławnym mężem, w którym kiedyś była zakochana bez pamięci i myślała, że on w niej też. Dlaczego więc, po 22 latach małżeństwa i urodzeniu mu dziesięcioro dzieci, została zmuszona do podpisania separacji i odprawiona z domu, z pensją pozwalającą na zaledwie skromną egzystencję, podczas gdy sławny mąż pławił się w luksusach, rozdając nieznajomym ludziom mnóstwo pieniedzy? Dlaczego na wiele lat musiała odseparować się od dzieci? Czy po śmierci męża wszystko między nią a dziećmi jakoś się ułoży? 

Na te pytania znajdziecie odpowiedź w książce. Mnie w końcu pochłonęła ona bez reszty i nasunęła kilka refleksji, ale zanim o nich napiszę, dodam, że "Dziewczyna w błękitnej sukience" to powieść napisana w oparciu o biografię Charlesa Dickensa. Kiedy zainteresowana tym szczegółem, zaczęłam przeglądać życiorys Dickensa, stwierdziłam, że faktycznie - główne punkty się zgadzają, a osnowa ich pewnie pozostaje fikcją literacką.

Charles Dickens to angielski powieściopisarz, żyjący w latach 1812 - 1870. W dzieciństwie czy młodości zaczytywałam się niektórymi jego książkami, takimi jak: "Oliver Twist", "David Copperfield". "Opowieść wigilijną" oglądałam. Otóż pan Dickens miał żonę Catherine, która w ciągu 16 lat urodzila mu 10-cioro dzieci (nie licząc poronień). Właściwie, to przez 22 lata małżeństwa, prawie przez cały była w ciąży i połogu. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji była marnym kompanem do zabawy dla energicznego pisarza, który narzekał na wieczne zmęczenie i depresję żony oraz na każdą kolejną ciążę i nową gębę do wykarmienia, zupełnie jakby nie widział w tej sytuacji swojego udziału. 

Przytłaczająca codzienność zamieniła zalotną i seksowną dziewczynę w zgorzkniałą i otyłą matronę, wiecznie przysypiającą. W 22-gim roku małżeństwa wychodzi na jaw, że mąż ma kochankę o rok młodszą od najstarszej córki. W tej sytuacji małżonkowie podpisują separację, a Catherine musi opuścić domu i dzieci. Dickens przyznaje jej niewielką pensję oraz ogłasza, że żona nie była w stanie dziećmi się opiekować (sugerowana choroba psychiczna).


I co, zaciekawiłam Was chociaż trochę tematem? A oto jakie refleksje przyszły mi do głowy w trakcie lektury...

1. Sytuacja, kiedy kobieta zatraca się bez reszty w roli przypisywanej sobie przez społeczeństwo - roli matki i pani domu - często kończy się tym, że nie zostaje jej już czasu i siły by odpowiednio o siebie zadbać. Odpowiednio oznacza tak, by znaleźć czas dla swojej kobiecości. Kiedy ona już nie czuje się seksowna, on z czasem zaczyna w niej dostrzegać wyłącznie obsługę i oczywiście stwierdza, że jest to dla niego bardzo wygodna sytuacja, a jednocześnie zaczyna rozglądać się za kochanką będącą przeciwieństwem stłamszonej żony.

Dlatego nigdy nie możemy w natłoku obowiązków zgubić swej kobiecości! Podzielić z panem obowiązki na pół, oświadczyć, że nie damy rady i koniec, broń Boże nie unosić się honorem i nie pokazywać, jakie to z nas siłaczki, bo jeszcze więcej na nas zrzucą roboty. A dobrze zachowana kobiecość zawsze się przyda, paradoksalnie - najbardziej nam samym.

2. Pomyślałam też o prawach kobiet, o tym ile osiagnęłyśmy i jak wspaniale nam się żyje. Uczymy się, uczestniczymy w wyborach, decydujemy o macierzyństwie. Wydaje nam się to dzisiaj oczywistością. Słyszę jak młode dziewczyny mówią: "co może się stać?". Tymczasem błędem jest ślepe zawierzenie, że coś dane jest nam raz na zawsze. Miłość kończy się niespodziewanie i jedno z zakochanych przeżywa dramat pod tytułem "jak to mogło się stać???". Nagle wybucha wojna i uświadamia nam, po jak kruchym lodzie stąpamy. Nasz majatek w jednej chwili może zostać strawiony przez pożar, w jednej chwili może runąć nasz świat, gdy dowiemy się, że jesteśmy nieuleczalnie chorzy. Tak samo może stać się z prawami kobiet. Też wątpię, by nagle odebrano nam je wszystkie na raz, ale ostatnio coraz więcej niepokojących dyskusji o tym, co powinna kobieta i nieukrywam, że to mnie martwi i drażni - tym bardziej, że same kobiety przyjaznym wzrokiem patrzą na rysujące się ograniczenia.

To nie jest blog traktujacy o polityce, więc na tym poprzestanę, kto interesuje się światem, ten będzie wiedział, o co mi chodzi. Kiedy rozejrzymy się z uwagą, to w otoczeniu na pewno znajdziemy więcej takich "kwiatków", jak chociażby ten artykuł z 15.08.2015 r.: http://wolna-polska.pl/wiadomosci/noszenie-spodni-przez-kobiety-jest-ciezkim-grzechem-2015-09 (LINK). Mnie osobiście niepokoi, że są ludzie, którzy wypisują takie bzdury (wg mnie!). Nigdy nie wiadomo co w obecnych okolicznościach z takiego "nasionka" może wyrosnąć, dlatego nie wyśmiewam się Marszów Kobiet i tym podobnych zdarzeń.

My kobiety musimy o siebie zadbać w każdym wymiarze.

wtorek, 14 czerwca 2016

Wyzwanie "Przytul drzewo"

Rzadko biorę udział w wyzwaniach, mimo iż uważam, że to całkiem pożyteczna zabawa. Nie biorę, bo w końcu zawsze nawalam - nie potrafię tak zorganizować czasu, żeby wystarczyło na coś extra. Tym razem jednak skusiłam się na jedno, całkiem bliskie memu sercu: PRZYTUL DRZEWO.

Wyzwanie to możemy znaleźć na blogu Witaj Słońce. Polega ono na tym, że codziennie przez 30 dni będziemy przytulać się do drzewa oraz prowadzić "dziennik drzewny" w którym będziemy zapisywać swoje doznania z tym związane. 4 lipca Dotee wylosuje szczęśliwca, który zgarnie książkę Dagmary i Tomka Skalskich "Egoizm to nie grzech - kurs na miłość" (niestety, zostało już mniej niż 30 dni, sama podjęłam się wyzwania w ostatnim możliwym terminie). 

Podjęłam się wyzwania, ponieważ znałam ten temat od dawna i już kiedyś myślałam o codziennej medytacji pod drzewem. Nie da się nie zauważyć pozytywnej zmiany, która się w nas dzieje po spędzeniu choćby pół godziny wśród drzew, ale bezpośredniego - że się tak wyrażę - kontaktu z drzewem wcześniej nie próbowałam.

Uważam się za szczęściarę, bo mam wspaniałe, zdrowe drzewa na wyciągnięcie ręki, wystarczy, że zbiegnę z drugiego piętra i w ciągu dwóch minut jestem przy którymś z nich. Medytacje też uważam za pożytecznie spędzony czas, więc połączenie jej z sąsiedztwem - powiedzmy - brzozy, będzie ideałem. Moje dotychczasowe doświadczenia z wyzwania to idealne wyciszenie. Kiedy siedzę sobie pod wybraną brzozą myśli przestają płynąć, co trudno jest mi osiągnąć medytując w domu. Zresztą, zawsze łażenie wśród drzew bardzo mnie uspokajało, jednak nie robiłam tego zbyt często, więc teraz mam szansę. Owszem, czuję też inne oznaki działania tej medytacji, ale uważam, że jeszcze za wcześnie by o tym pisać. Wytrwam 30 dni, to sobie te odczucia uporządkuję. 

Dotee w swoim konkursowym poście dość szczegółowo omawia ten temat, zachęcam zainteresowanych na wycieczkę w stronę Słońca, od siebie dodam jedynie krótkie charakterystyki działania najczęściej spotykanych w naszym otoczeniu drzew, wyszperane w archiwalnym numerze Wróżki.

To właśnie "moja" brzoza, wygląda na zdrową i jest potrójna!
Brzoza - twierdzi się, że oparcie się o jej pień powoduje, że problemy rozwiązują się same, a częste kontakty z brzozą pozwalają na bezbłędne wyczuwanie innych osób. Dodaje sił życiowych i polepsza koncentrację, łagodzi napięcia mięśni spowodowane stresem i dolegliwości kobiece. Spotkałam się z opinią, że brzoza to jedno z najbardziej przyjaznych człowiekowi drzew (w pierwszej trójce znajdują się też: lipa i sosna). Zwykla przesiaduję pod brzozą, bo mam do niej najbliżej.

Buk - kojący wpływ tego drzewa odczujemy znajdując się nawet w odległości 15 merów od niego. Wzmaga pozytywne nastawienie, poprawia zdolność koncentracji i dodaje zapału do pracy. Łagodzi stres i poprawia krążenie. W pobliskim Myślęcinku mam do dyspozycji mały lasek bukowy i przyznaję, czuję się w nim świetnie, aż nie chce się z niego wychodzić.

Czarny bez - kiedy nie kwitnie, to właściwie go nie zauważam, ale teraz akurat kwitnie, a w okresie kwitnienia drzewa podobno pomagają nam najsilniej. Możemy więc korzystać z okazji, bo bez poprawia samopoczucie, a przy okazji skubniemy sobie trochę jego kwiatów. Przydadzą się do usmażenia w cieście naleśnikowym albo na syrop.

Dąb - poprawia kondycję, dodaje energii, pobudza krążenie krwi. Jeśli jesteśmy wyczerpani, oprzyjmy się o jego pień na 4-7 minut. Podobno najpóźniej po tygodniu odczujemy poprawę swego stanu.

Jarzębina - wzmocni siłę woli, pomoże do końca doprowadzić plany, ułatwi komunikację między naszą pod i nadświadomością.

Olcha - umacnia duchowo ale i posiada moc otwierania "trzeciego oka" przy pomocy którego można nawiązać kontakt z zaświatami.

Jodła - pomaga przezwyciężyć negatywne uczucia.

Wiśnia - dodaje seksapilu, działa jak afrodyzjak.

Kasztanowiec - pomaga odnaleźć siłę i wiarę w siebie.

Lipa - wzmacnia umys i uczucia, poprawia intuicję, wprowadza harmonię pomiędzy głową a sercem.

Sosna - wspomaga drogi oddechowe.

Wierzba - potęguje nastrój w jakim się znajdujemy, dlatego ma opinię rośliny niebezpiecznej.

Topole, olchy (wyżej wymieniona!), cis, wiąz, osika, dziki bez uważane są za złe drzewa, ich energia zakóca funkcjonowanie organizmu, dlatego w ich otoczeniu tracimy energię do działania i łatwo popadamy w smutek. Nie wybierajmy też drzew rosnących przy ciekach wodnych, transformatorach czy trakcjach elektrycznych oraz drzew chorych.

Jak to działa? Poprzez ujemną jonizację powietrza, natlenienie dolnych warstw atmosfery, wydzielanie bakteriobójczych fitoncydów i lotnych związków eterycznych. Funkcjonuje też tajemniczo brzmiące pojęcie "energia drzew" (czy chodzi właśnie o jonizację???), chociaż nie obejmę tego umysłem, nie zamierzam jednak negować - istnieją na tym swiecie rzeczy, które się filozofom nie śniły!





czwartek, 9 czerwca 2016

Czas na słońce

Stare powiedzenie mówi: "Tam gdzie nie zagląda słońce, tam musi przychodzić lekarz". 

Zawsze wierzyłam, że słońce jest naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem,  należy tylko znać umiar (jak zwykle, bez umiaru ani rusz!). Wierzyłam, mimo, że był taki okres, kiedy mówiło się wyłącznie o niebezpieczeństwie wystawiania się na słońce bez filtrów, nadmiar tej informacji powodował, że ludzie chyba w końcu zaczęli się tego słońca bać. Dodatkowo dramatyzm sytuacji był pogłębiany przez niepokojące wieści o powiększającej się dziurze ozonowej. 

W ostatnich latach zauważyłam delikatny odwrót. Oczywiście dalej podkreśla się konieczność nakładania filtrów, bo rak i starzenie skóry, ale coraz głośniej też o tym, że słońce jest nam niezbędne dla utrzymania dobrego zdrowia. Tak w skrócie, promienie słoneczne odgrywają korzystną rolę w regulacji wielu funkcji organimu:
  • pobudzają wytwarzanie białych i czerwonych krwinek;
  • wzmagają procesy oddychania komórkowego i przemiany materii;
  • pod wpływem słońca wydziela się serotonina - hormon szczęścia - która sprzyja leczeniu depresji;
  • regulują wydzielanie melatoniny, odpowiedzialnej za prawidłowy rytm dobowy (sen i czuwanie);
  • organizm nie może absorbować wapnia bez pomocy witaminy D, a jej aktywna postać powstaje w naszej skórze właśnie pod wpływem promieni słonecznych;
  • witamina D wzmacnia naszą odporność.

Niektórzy uczeni uważają, że do wyprodukowania u zdrowego człowieka odpowiedniej ilości witaminy D wystarczy codzienne 15 minut kąpieli słonecznej całego ciała. W ubraniu powinna wystarczyć 1 godzina na słońcu. Inni znowu twierdzą, że to próg rumieniowy oznacza nieprzekraczalna granicę ekpozycji na słońce - jest to czas wystarczający na wyprodukowanie swojej dawki witaminy D. Próg rumieniowy, to dawka słońca, która wywoła u nas zaróżowienie skóry, widoczne po 24 godzinach od ekspozycji na słońce.

Niestety, filtry to psują - twierdzi się, że już krem o SPF 8 hamuje produkcję witaminy D w skórze o około 90%! Tymczasem, powstająca pod wpływem opalania melanina jest naszym naturalnym filtrem, a więc pod koniec słonecznego sezonu produkcja witaminy D będzie wolniejsza niż na początku, gdy tej melaniny jeszcze w skórze nie mamy.

Nadmierna ekspozycja na słońce bez zabezpieczenia na pewno jest szkodliwa, jak wszystko, co nadmierne, ale chyba jeszcze nikomu nie zaszkodził krótki, powiedzmy półgodzinny spacer po nasłonecznionej ścieżce - nawet jeśli w tym czasie niczym nie zabezpieczymy skóry, ta sama powinna dać rady się obronić (mam tu na myśli osoby, które nie mają uczulenia na słońce! - dopisek po lekturze komentarzy). Robię tak od kiedy dotarło do mnie, że należy jak najwięcej z tego lata wyciągnąć, bo od listopada do lutego słońca bywa u nas jak na lekarstwo i wtedy pozostaje nam łykanie tranu albo kapsułek z witaminą D (twierdzi się, że suplementacja D jest zalecana, gdyż trudno pokryć 100% minimalnego zapotrzebowania wyłącznie pożywieniem - źródło chociażby TUTAJ). 

A Wy - czerpiecie śmiało z dobrodziejstwa słońca czy raczej podchodzicie do niego nieufnie, nie ruszając się z domu bez filtrów i okularów słonecznych? (Okulary słoneczne to kolejny ciekawy temat,  ale ja już nie przedłużam, dla zainteresowanych proponuję doczytać np. TUTAJ.)



sobota, 4 czerwca 2016

Kolejna dawka prostych radości (czerwca!)

Oto co mi się kojarzy z czerwcem: dni długie, słoneczne i ciepłe, ogrody i balkony w rozkwicie, uczty truskawkowe, kąpiele w jeziorach i plaża. Tyle dobra, że nie musimy się za bardzo starać, a buzia sama się uśmiecha. Czy gdyby w Polsce przez cały rok panawały takie warunki, to bylibyśmy bardziej szczęśliwi, uśmiechnięci, radośni, otwarci? Podobno im cieplejsze kraje, tym ludzie bardziej wyluzowani.

1. Ciągle możemy posiać jeszcze niektóre zioła, na przykład w skrzynkach na
Taka konstrukcja by mi się przydała... (źródło)
balkonie.
 Nie do wiary, ale ja dopiero przedwczoraj to zrobiłam, nie wystarczyło mi czasu w maju :-/ A szczerze, to ciagle coś mi przeszkadzało, w końcu stwierdziłam, że przeczekam ogrodników i Zośkę, potem okazało się, że ciągle jest zimno, a potem wyjechałam i wróciłam na koniec maja. Bazylia, koper, lubczyk, oregano i majeranek. Urosną to sie pochwalę. Młoda ze mnie ogrodniczka, dopiero drugi rok sieję, ale zauważyłam, że mimo wcześniejszego wysiewu w ubiegłym roku, roślinki wykiełkowały, kiedy pogoda się zrobiła przyjazna - temperatura przestała w dzień spadać poniżej 18 stopni. Mama radzi podlewać ciepłą wodą, podlewam w ten sposób kwiatki doniczkowe i rosną pieknie. Tak więc siejmy zioła, takie świeżutkie są przepyszne i zdrowe, a jaka satysfakcja patrzeć jak rosną!

2. Po powrocie z pracy przyrządźmy sobie szklankę mrożonej lemoniady. A może po prostu lemoniady o temperaturze pokojowej - nie wiem jak u Was, ale moje gardło nie lubi takiej różnicy temperatur, zaraz zaczyna się pochrząkiwanie. W upały nigdy nie kupuję napojów prosto z lodowki. 

Przepis na lemoniadę podpatrzony na blogu http://www.anielno.pl/home/owocolada-czyli-przepis-na-pyszna-lemoniade/ . Jeszcze tak smacznej lemoniady nie piłam, to zupełnie coś innego niż wcześniej znałam. Ta lemoniada to moje majowe odrycie. 

3 cytryny
1 limonka
winogrona, arbuz, porzeczki, truskawki lub inne owoce, 
mięta
woda (ok. 0,7l - 1l)
cukier, miód (dopiero na drugi dzień)

Wszystkie owoce oczywiscie porządnie umyś i pokroić w plastry. Wszystko wkładamy do słoika, nie słodzimy, zalewamy wodą, przykrywamy folią aluminiową. Słój wkładamy do lodówki na noc, a najlepiej na 24 godziny. Następnie przelewamy do naczynia i rozrabiamy wg smaku, ewentualnie słodzimy.

3. Dla mnie czas na koktajle! Ciągle czytam na Waszych blogach o coraz to nowych przepisach na smaczne i pożywne koktajle, myślę "byłoby super taki zrobić", nawet zapisuję sobie przepisy, a potem nie chce mi się wyjąć z szafki blendera. Jednak teraz mamy pod ręką obfitość owoców i warzyw, tyko brać garściami i miksować. Przepisów też obfitość - tylko wybierać te najsmakowiciej brzmiące. Żeby ułatwić sobie start, na czerwiec wybieram najprostszy pod słońcem koktajl z moich ulubionych truskawek - trzeba się nimi nacieszyć, sezon truskawkowy nie trwa wiecznie. Sprawdziłam przepisy - wg mnie koktajl z truskawek robi się w przysłowiową minutkę. Szkoda, że to jeszcze nie moje zdjęcie...

źródło zdjęcia 

Życzę słonecznego i "smacznego" czerwca! Na pewno wymyślicie sobie mnóstwo czasu umilaczy na ten miesiąc :-) U mnie - jak widać - kręci się dookoła kulinariów. Byle kolejnych kilogramów nie przybyło od tego apetytu.