piątek, 25 marca 2016

Moje pogotowie energetyczne



Miewam załamania formy. Czuję się wtedy jak balonik z którego ucieka powietrze, a jednocześnie wiem, że czekają na mnie obowiązki. Mniejsza o powód, czasami może to być niewyspanie, czasami deszcz za oknem, a nie zawsze można po prostu iść się wyspać. Ale jak tu działać, kiedy energii wystarczy mi jedynie na dowleczenie się do łóżka?

Każdy z nas, bez względu na wiek i wykonywaną pracę, ma takie chwile, kiedy poza wszechogarniającą sennością nie czuje nic więcej, każdy także ma swój patent na ożywienie, a kto chce może przeszukać sieć w poszukiwaniu potrzebnej wiedzy. Pewnego dnia spędziłam trochę czasu na poszukiwaniach i tak powstało moje „pogotowie energetyczne”. Poniżej podaję sposoby na „doładowanie baterii”, które przetestowałam na własnej skórze, bądź takie, też wydały mi się skuteczne. Zobaczcie, co może pobudzić mój/nasz organizm do działania:

Kawa. Ale jej nadmiar odwadnia organizm i wypłukuje z niego wapń, magnez oraz potas. Ponadto działanie pobudzające kawy jest krótkotrwałe, a w moim przypadku byle jakie. Podejrzewam, że bardziej ożywia mnie sam fakt picia ulubionego napoju – lubię i smak i zapach i urocze filiżanki, natomiast sama kawa raczej na mnie nie działa. Twierdzę tak, gdyż potrafię wypić kawę o 18-stej i nie mieć najmniejszych problemów z zaśnięciem. Szukamy więc dalej…

Guarana zawiera więcej kofeiny niż ziarenka kawy i wg mnie w skuteczny sposób znosi uczucie zmęczenia fizycznego jak i psychicznego. Twierdzi się też, że poprawia funkcjonowanie naszego układu nerwowego co objawia się lepszą koncentracją czy zapamiętywaniem. Efekty jej działania odczuwa się nawet przez kilka godzin, a jednocześnie działa ona łagodniej. W aptece możemy dostać całą gamę preparatów z guaraną są to m.in. tabletki, tabletki do ssania, kapsułki, chociaż sama używam najprostszej formy – guarany mielonej. Wystrzegam się jednak pokusy systematycznego picia guarany, traktuję ją właśnie jako „pogotowie energetyczne”, w przeciwnym wypadku mój organizm mógłby się do niej przyzwyczaić i wówczas nie reagowałby już taki ożywieniem na kolejną dawkę.

Zalecana dawka guarany powinna wynosić 50-75 mg 1 raz dziennie – najlepiej przed południem. Można również stosować dwie dawki suplementu po 50mg: rano (po przebudzeniu) i po południu. Łączna ilość specyfiku to 100mg na cały dzień. Nie zaleca się, aby stosować guaranę w nocy, bo ma właściwości stymulujące i pobudzające.
Guarana nie powinna być stosowane przez kobiety w ciąży oraz podczas karmienia. Środki ostrożności podczas suplementacji muszą zachować osoby chore na cukrzycę, zmagające się z nadciśnieniem, arytmią serca. Przekroczenie dobowej dawki guarany może doprowadzić do wystąpienia takich symptomów jak: bezsenność, nadmierny wzrost ciśnienia tętniczego krwi, kołatanie serca, niepokój i stany splątania oraz zaparcia. Długotrwałe stosowanie preparatów zawierających kofeinę powoduje wypłukanie magnezu z organizmu, dlatego zaleca się ostrożność przy ich stosowaniu, a w niektórych przypadkach także uzupełnienie niedoboru tego pierwiastka. Źródło: http://www.fabrykasily.pl/suplementy/guarana-zastap-kawe-nowa-energia

Zimny, a dla większości letni prysznic. Zimna woda naprawdę pobudza, zresztą nie musimy brać od razu w środku dnia prysznica, wystarczy, że chlapniemy się zimną wodą po samej twarzy czy po karku, a od razu poczujemy się lepiej. Za to z rana chłodny lub zimny prysznic to zagwarantuje nam obudzenie na 100%. 

Yerba mate. W przeciwieństwie do kawy dostarcza magnez i inne pierwiastki potrzebne dla Naszego organizmu. Miałam swój epizod z tym napojem, potwierdzam więc, że dodaje łagodnie energii, ale też zauważyłam, że kiedy piłam yerbę codziennie, przestałam to zauważać.

Śmiech. Dawka śmiechu, takiego prawdziwego, „do rozpuku” potrafi ożywić, toteż śmiejmy się, kiedy tylko mamy okazję, zwłaszcza, że w internecie nie brakuje śmiesznych filmików. Taki filmik nie zaangażuje nas na długo, to nie pełnometrażowa komedia, zostanie więc czas i na działanie.

Lepiej pracuje się w chłodnym pomieszczeniu, więc otwórzmy okno i wpuśćmy tyle chłodnego powietrza ile potrzebujemy, żeby poczuć się „żywiej”. Latem korzystajmy z wiatraków czy klimatyzatorów. Spadek energii wiąże się też zwykle z niedotlenieniem organizmu, stąd otwarte okno to podwójnie dobry pomysł.

Wieczorem włączmy bardzo jasne oświetlenie. Światło pobudza do działania i życia. Nie wiem jak Wy, ale ja, przy tak zwanym nastrojowym świetle, od razu tracę energię do działania i przechodzę w stan relaksu.

Rozciąganie, gimnastyka czy w ogóle energiczny ruch. Wbrew odczuwanej ociężałości zacznijmy się intensywnie ruszać. Wstańmy z fotela i energicznie przejdźmy się po domu – to najprostszy sposób. Jeśli starczy nam sił i ochoty zróbmy coś więcej, np. kilka ćwiczeń rozciągających czy innych ulubionych. Moim numerem jeden jest słynne Powitanie Słońca – wystarczą trzy powtórki, a ociężałość mija. 

Włączmy energiczną muzykę. Nie mogą to być żadne nastrojowe smęty, ale coś, co zwykle powoduje, że nasze nogi zaczynają podrygiwać do rytmu. Istnieje zależność między muzyką a ciałem człowieka. „Związek ten określony jest jako mechanizm fizjologicznego działania muzyki, który porównuje się do zjawiska rezonansu opisywanego w fizyce. Zjawisko to polega na wibrowaniu w tych samych częstotliwościach dwóch obiektów znajdujących się blisko siebie w sytuacji, gdy pobudzony do wibracji był tylko jeden z nich. Wynika zatem z tego, że drugi obiekt przejmuje wibracje od pierwszego (Galińska 2000, s. 477). Badania przeprowadzone w 1993 roku przez Maranto wyjaśniają mechanizm fizjologicznego działania muzyki. Udowadnia ona, że czynniki muzyczne, takie jak metrum, rytm, tempo powodują przeżywanie muzyki doprowadzające do synchronizacji rytmów biologicznych człowieka z rytmem muzycznym. Rytmy biologiczne wymieniane przez Maranto to między innymi: oddechowy, sercowy, tętno oraz fale mózgowe.” Źródło (i w ogóle ciekawy na ten temat artykuł) tutaj: https://hipokrates2012.wordpress.com/2013/08/05/muzyka-a-nasze-emocjeintelekt-i-organizm/

Do wspomnianej wyżej muzyki  zawsze możemy spróbować spontanicznie potańczyć
– takie połączenie to jeszcze lepsza opcja pobudzenia. Ruszajmy się tak, jak czujemy, a otrzymamy nie tylko zastrzyk energii ale i chwile przedniej zabawy.

I wreszcie – pijmy dużo wody w trakcie dnia! Odwodniony organizm będzie działał na zwolnionych obrotach, więc pomimo istnienia wszystkich wyżej wymienionych sposobów na wykrzesanie z siebie energii – napijmy się wody! A przede wszystkim musimy pamiętać o dobrym nawodnieniu przez cały dzień. Niski poziom wody w organizmie powoduje zaburzenia w gospodarce elektrolitowej, co może powodować bóle głowy czy otępienie.

Oczywiście tematu z pewnością nie wyczerpałam, ale wolałam skupić się na tym, czego doświadczyłam na własnej skórze. Powyższe sposoby działają na mnie, jedne lepiej, inne gorzej. Kiedy czuję się rozmemłana, to trudniej jest mi zmusić się do ruchu, a łatwiej otworzyć okno. Dawka guarany od czasu do czasu też świetnie załatwi sprawę, ale na działanie muszę poczekać około kwadransa. Uczucie zimna na karku też znakomicie orzeźwia - natychmiastowo. Guarana, zimna woda, zimne powietrze  to moja top-trójka, natomiast - jak zawsze - chętnie poczytam sobie o waszych sposobach na wyjście ze stanu zombie.


niedziela, 20 marca 2016

Tajemnice są jak wampiry



Autobiograficzna powieści Jeannette Walls p.t. „ Szklany zamek” okazała się dla mnie książką magnetyzującą, oj trudno było oderwać się od czytania! Dotyka ona problemu, który w jakimś stopniu w każdym społeczeństwie istnieje. Problemu niedojrzałych i nieodpowiedzialnych rodziców.

Rodzina Walls’ów składa się z czwórki dzieci: Lori, Jeannette, Briana i Maureen. Ich ojciec Rex to człowiek wykształcony i - pokusiłabym się o stwierdzenie - „nieprzeciętny”, co z tego, skoro to niepoprawny alkoholik, a jego nieprzeciętność polega głównie na przekonaniach może i romantycznych, lecz utrudniających rodzinie zdrowe funkcjonowanie. Matka - Rose Mary to niepoprawna optymistka o skłonnościach depresyjnych, ponad wszystko czująca się malarką, co powodowało, że każdą inną pracę uznawała za zniewolenie i tylko prawdziwy głód zaglądający w oczy rodzinie był w stanie zmusić ją do podjęcia pracy w wyuczonym zawodzie nauczycielki, a prawdę mówiąc, to dzieci ją dosłownie zmuszały do wyjścia z domu i zarobienia na chleb, tłumacząc jej: „jesteś naszą matką, musisz dać nam jeść, jesteś za nas odpowiedzialna”. 

Rodzina miała jeden, bardziej „tłusty” okres w życiu, kiedy babcia (matka Rose Mary) umiera i zostawia w spadku córce dom i pieniądze. Oczywiście, okres prosperity nie trwał długo, wszystko zostało szybko przejedzone, chociaż mogło stanowić podstawę dobrobytu rodziny, jednak rodzice Jeanette otwarcie dobrobytem gardzili i nie dbali o wygody naśmiewając się z „mięczaków”. Bardzo starali się przekazać swoją filozofię życiową swoim dzieciom, te jednak dorastając, szybko zorientowały się, że nie o takim życiu marzą i jak najszybciej wzięły ster we własne ręce.


źródło
Czytałam kilka recenzji tej książki, w których rozwodzono się nad miłością, jaka kwitła w rodzinie, co jakoby miało częściowo usprawiedliwiać ekscesy nieodpowiedzialnych rodziców (?). W efekcie można by wysnuć wniosek, że i tak Jeanette miała szczęśliwe dzieciństwo - nie zgadzam się z takim spojrzeniem. To naturalne, że dzieci wychowywane w rodzinie czują się związane ze swoimi rodzicami. Nawet kiedy dzieje się im krzywda, one czują lojalność wobec rodziców. Jeśli dzieci nie zostały w jakiś wyraźny sposób skrzywdzone, a rodzice, mimo swojego zachowania powtarzają „kochamy was” (co miało miejsce w tym przypadku), to  dzieci zwyczajnie czują się skołowane. Jednak obowiązki rodziców to coś więcej niż mówienie „kochamy was, jesteście dla nas ważni”, to także dbanie o rozwój dzieci oraz zabezpieczanie ich (przynajmniej) podstawowych potrzeb, czego w przypadku rodziny Walls’ów (po lekturze książki) nie da stwierdzić.


Moja opinia wyda się może zbyt surowa (mniej surowa jest nawet sama Jeanette), ale żyję w przeświadczeniu, że sprowadzając na ten świat dzieci, nie mamy prawa myśleć już tylko i wyłącznie o sobie, bowiem jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby te bezbronne istoty ochronić od brudu, głodu, chłodu czy pośmiewiska. Dzieci Walls’ów doświadczyły każdej z tych rzeczy, a rodzice ich byli w pełni świadomi swoich czynów.

A oto streszczenia wybranych fragmentów książki:

Jeanette samodzielne gotowała parówki w wieku trzech lat, co zakończone zostało zapaleniem się sukienki od palnika i poparzeniem, po którym na zawsze zostały jej blizny. Mama Jeanette uważała, że dziewczynka jest dojrzała jak na swój wiek i często pozwalała jej samodzielnie gotować.

"Mama nie przepadała za gotowaniem. Po co spędzać całe popołudnie na gotowaniu czegoś, co zniknie w godzinę, skoro w tym samym czasie mogę namalować obraz, który będzie trwał wieki? - pytała nas. I dlatego mniej więcej raz w tygodniu w dużym żelaznym kociołku gotowała na przykład rybę z ryżem, a jeszcze częściej z fasolą... i tak przez calutki tydzień jedliśmy fasolę na śniadanie, obiad i kolację. Kiedy lekko skwaśniała, wsypywaliśmy dodatkową porcję przypraw..."

Kiedy dzieci podrosły, zaczęły zauważać biedę w jakiej żyją oraz domyślały się, skąd ta się bierze, a mianowicie zauważyły, że to ojciec alkoholik mocno destabilizuję ich rodzinę. Jeanette powiedziała mamie, że gdyby odeszła od taty, przysługiwałaby jej pomoc socjalna, do której teraz nie ma prawa, bo mąż jest zdolny do pracy. Przynajmniej nie głodowaliby wtedy. Jednak matka nie chciała o tym słyszeć. Korzystanie z pomocy społecznej - oznajmiła - powoduje nieodwracalne szkody w psychice dzieci. Od czasu do czasu bywacie głodni, ale jak się najecie, znowu jest dobrze - dowodziła. Pomarzniecie przez jakiś czas, lecz potem zawsze się rozgrzewacie... Jeanette wtedy oświadczyła, że skoro nie mogą korzystać z zasiłku, to mama powinna iść do pracy.  Na co mama westchnęła, że to pachnie jej okropnym życiem.


„Dziś Jeannette Walls ma 52 lata. Mieszka z mężem, też pisarzem, na farmie w Wirginii, w pięknym dwustuletnim domu. Mają konie, charty i pieniądze. Od kilku lat nie pisze już plotek o gwiazdach. Pisze książki. Po ''Szklanym zamku'' napisała również bestsellerowe ''Nieokiełznane'' o swojej babce Lily, która ujeżdżała konie, latała samolotami i wychowywała jej matkę. Napisała ją, jak mówi, po to, żeby zrozumieć, dlaczego mama jest, jaka jest.” Zacytowałam tu fragment wywiadu z autorką zamieszczonego w Wysokich Obcasach, (http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,13611552,Jeannette_Walls__dobrze_miec_paskudne_dziecinstwo_.html?disableRedirects=true), który gorąco polecam przeczytać, bo da wam przedsmak tego, co znajdziecie w książce. A może nabierzecie też ochoty na książkę (?), a najlepiej na obie książki, bo „Nieokiełznane” też warta jest przeczytania – czytałam, ale oczywiście nie wstrząsnęła mnie aż tak bardzo, jak „Szklany zamek”.

źródło
Jeanette pytana czy rodzice ją zaniedbywali, odpowiadała: „Moje rodzeństwo powiedziałoby, że owszem. Gdyby to oni napisali ''Szklany zamek'', to byłaby zupełnie inna, bardzo smutna historia. Ale ja uważam, że bardzo dużo dostałam od swoich rodziców. Ojciec nauczył mnie marzyć. Zaraził mnie miłością do nauki, ciekawością świata...

…Dobrze mieć paskudne dzieciństwo, bo potem wszystko wydaje ci się takie wspaniałe! Za każdym razem, gdy spuszczam wodę w toalecie, myślę: dzięki Panie! Codziennie się dziwię, że mogę iść do sklepu spożywczego i kupić, co tylko zapragnę. Robi się zimno? Podkręcam kurek! Życie potrafi być takie wspaniałe.

Myślę, że to dobrze, że Jeanette tak pięknie z tego wyszła, świadczy to o sile jej charakteru – nie stała się ofiarą, a wręcz przeciwnie, spartańskie dzieciństwo dało jej siłę. Innymi słowy, powiedzenie „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, sprawdziło się w jej przypadku. Kobieta wzięła z życia, to co najlepsze, całą resztę zostawiając gdzieś po drodze. I to jest dobra lekcja, którą dla siebie możemy z lektury „Szklanego zamku” wyciągnąć. Bo przecież większość z nas walczy z jakimiś demonami przeszłości, które uparcie nie chcą się odczepić. Jeanette wiedziała jak je przegonić.

Na zakończenie złota myśl ze wspomnianego wyżej wywiadu, która wyjaśnia skąd ta książka: „Pewien mój przyjaciel powiedział mi kiedyś: ''Tajemnice są jak wampiry. Wysysają z ciebie życie, ale mogą żyć tylko w ciemności. Kiedy wystawisz je na światło dzienne, przez moment to horror, ale potem tracą swoją moc''. Święta prawda! Nie głód. I nie zimno. Największym problemem biednych jest wstyd. I ja za naszą rodzinę się wstydziłam.

Zachęcam do przeczytania "Szklanego zamku", a może już czytaliście i macie swoje przemyślenia?...

wtorek, 15 marca 2016

Z prądem czy pod prąd?



Przyglądałam się recenzji książki „Wu wei. Płyń z prądem życia.” Theo Fischera, zaciekawiła mnie i pobudziła do myślenia. Książka stanowi wprowadzenie do praktycznego zastosowania filozofii tao. Znajdziemy w niej wskazówki i ćwiczenia do stosowania na co dzień. 

Tytułowa wu wei to droga do opanowania i szczęścia - tajemnica sztuki życia tao. Dosłownie tłumaczone oznacza „bezczynność”, „niedziałanie”, jednak nie chodzi w tym o typowe lenistwo czy niedbałość, a o umiejętność robienia właściwych rzeczy we właściwym czasie. Według tej pradawnej chińskiej sztuki wszelkie zdarzenia i rzeczy powinny biec własnym torem bez żadnej ingerencji i narzucania czegokolwiek. Praktyka wu wej, czyli życie i działanie zgodnie ze swoim rytmem spowoduje, że przestaniemy rozmyślać o naszych problemach, a także zauważymy, że genialne rozwiązania cechuje zwykle prostota.

Nie musimy zmieniać swojego dotychczasowego życia, niczemu się podporządkowywać i w nic wierzyć. W gruncie rzeczy nasze oceny może cechować brak obiektywizmu i wadliwe założenia, może więc wystarczy cieszyć się chwilą i nie zaprzątać myśli zbędnymi rzeczami?


12 rad jak płynąć z prądem życia - przełożenie zasad wu wej na naszą codzienność może odbywać się właśnie tak:

1. Decyzje podejmuj spontanicznie. Nie analizuj drobiazgowo sytuacji, zaufaj swojej intuicji. Każdy ją ma, ale nie każdy z niej korzysta, myśląc, że wyłącznie poznanie wszystkich za i przeciw pomoże w podjęciu prawidłowej decyzji.

2. Żyj tu i teraz. Nie oddawaj się zbyt często wspomnieniom, nawet tym najpiękniejszym. Pozwalaj myślom przychodzić do siebie i odchodzić. „Nie istnieje przeszłość, nie istnieje przyszłość. To tylko wyobrażenia odmiennej wersji teraźniejszości. Poświęcając zbyt wiele uwagi przeszłości lub przyszłości, odrywamy się od teraźniejszości, a co za tym idzie – od rzeczywistości.” (cytat ze strony http://8segment.pl/przeszlosc-terazniejszosc-przyszlosc/ ).

3. Bądź cierpliwa(y). Nie czekaj na nadchodzące wydarzenia przebierając w miejscu nogami, a raczej przyjmuj to co się zdarza ze spokojem i absolutną akceptacją. Pamiętaj, że „to czemu się opierasz napiera” - Carl Jung.

4. Nie walcz ze swoimi wadami. Postrzegaj je jako część siebie i obserwuj, bo stanowią cenne źródło wiedzy o sobie samej. W ten sposób buduje się swój wewnętrzny autorytet. Kiedy już będzie on ukształtowany, inni ludzie nie będą musieli ci mówić, co masz robić.

5. Przestań się zamartwiać. Jeśli do tej pory radziłaś sobie z trudami życia, to znaczy, że i teraz dasz radę. Martwienie się w niczym nie pomaga, a jedynie mąci obraz sytuacji, stresuje i odbiera uśmiech.

6. Nie przywiązuj wagi do rzeczy, które nie są od ciebie zależne. Ciesz się z piękna i dobra, które cię otacza, ale zbytnio się do nich nie przywiązuj. Po prostu ufaj, że zawsze będziesz tego doświadczać. W takich wypadkach odpuść sobie kontrolę.

7. Bądź pracowita, ale nie rzucaj się w wir pracy. Pracuj dla przyjemności, nie dla rezultatów, a już na pewno nie tak, by zrekompensować swoje własne słabości – w sensie „ja wam jeszcze pokażę!”. "Pracuj tak, jakbyś nie potrzebował pieniędzy. Kochaj tak, jakby nikt nigdy ciebie nie zranił. Tańcz tak, jakby nikt na ciebie nie patrzył. Śpiewaj, jakby nikt cię nie słuchał. Żyj, jakby był raj na ziemi."

8. Bądź twórcza(y) i otwarta(y) na świat. Wypowiadaj głośno swoje zdanie, ale dopuszczaj również inny punkt widzenia. Jasno wyrażaj swoje poglądu, ale bez uciekania się do agresji”.

9. Nie bądź uzależniona(y) od przyjemności, ale pełna(y) radości. Nie chowaj się za przyzwyczajeniami, które dają radość, ale oddalają od prozy życia.

10. Nie przejmuj się zbytnio swoimi uczuciami. Zwyczajnie je przeżywaj i akceptuj – niech radość będzie radością, a smutek smutkiem. Nigdy nie wstydź się ich i nie wypieraj.

11. Odpuść sobie dążenie do władzy, zwycięstwa czy bogactwa. Wtedy naprawdę przestaniesz być niewolnikiem, a jeśli przyjdą, przyjmiesz je ze spokojem.

12. W związku staraj się zachować wewnętrzną wolność. Kochaj bez chęci posiadania, respektuj potrzeby swojego partnera i własne.

(12 rad znalezione w SENSIE maj 2014 i rozwinięte na potrzeby niniejszego tematu).
 
Podsumowując: zaprzestańmy walki z własnymi niedoskonałościami, nieszczęściami i dziejową niesprawiedliwością – to jedynie marnowanie siły. Wszystkie rzeczy, których pragniemy, a pragnienie to wysłaliśmy w świat, przyjdą do nas same, kiedy tylko przestaniemy walczyć.


Przesłanie tchnące spokojem, ale raczej trudne do zrealizowania w naszym świecie, gdzie na czasie zdaje się być raczej cytat z Herberta "Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie. I czy się dopłynie, czy nie dopłynie, kształci to, wyrabia mięśnie.”. Co prawda w oryginale dotyczył on czegoś innego, ale i tak wokół niego rozgorzała dyskusja zwolenników siłowania się z życiem, mierzenia swoich sił, walki o sukces. Daleko nie muszę szukać, wystarczy, że rozejrzę się po miejscu pracy – z całą pewnością nie widzę tam nikogo, kto kierowałby się wu wej. Jednak mimo to 12 rad podoba mi się i staram się o nich pamiętać chociaż oczywiście z różnym skutkiem.

Czas na wątpliwości. Wu wei nie jest złe, ale co, kiedy świat dookoła żyje innym życiem? Przecież wtedy będziemy wyraźnie odstawać, zyskamy miano dziwaka, przebiegną po nas i zostawią w tyle. Hmmm… Jak żyć? I jeszcze jedna refleksja – w historii pełno przykładów, że walka często zmienia świat na lepsze. To dzięki wytrwałości i uporowi emancypantek i sufrażystek dożyliśmy czasów, w których kobieta ma prawo spełniać się zawodowo i dbać o swój rozwój intelektualny. Życie kobiet przed emancypacją ograniczało się jedynie do prowadzenia domu, rodzenia i wychowywania dzieci, wykonywania poleceń męża. Nie miały one żadnych praw i jedynie z powodu płci były traktowane gorzej niż mężczyźni. I co, tak miałoby pozostać? Wyobrażacie sobie? Zadaję sobie pytanie, czy życie na 100% zgodnie z tao na pewno sprawdza się w naszym drapieżnym świecie…?