środa, 24 lutego 2016

Uśmiech codzienności

Lubicie wiersze? Ja do końca ubiegłego roku nigdy nawet nie pochyliłam się nad żadnym, nie czytając ich byłam przekonana, że to nuda. Nie mogłam pojąć jak wiersze mogą komuś zaprzątać umysł. Ale że lubię zabłądzić w blogosferze, to kiedyś mój nos zaprowadził mnie na bloga Gabrieli Kotas, autorki wierszy zebranych w tomiki "Pogodna dojrzałość" oraz "Uśmiech codzienności". Gabriela właśnie cieszyła sie z ukazania się drukiem "Uśmiechu codzienności", a ja - nie wiem jak to sie stało - poczułam bardzo wyraźnie, że muszę go mieć. No i kupiłam pierwsze wiersze w wieku 43 lat, ja miłośniczka thrillera i kryminału.

To takie typowe, nie spróbować, a twierdzić, że się nie lubi. Można też spojrzeć na sprawę inaczej: wcześniej potrzeby czytania poezji nie czułam, a teraz wreszcie poczułam. "Wszystko ma swój czas" jak mówi poeta. Tak po prostu.


POMARAŃCZOWA MIŁOŚĆ 

Pokrojona pomarańcza
na małym talerzyku
Tak samo jak dawno temu
- od Mamy
Kiedy gorączka trawiła moje
małe ciało
Ten sam zapach, ten sam smak
tak samo przynosi ulgę,
spierzchniętym ustom
jak wtedy...
Miłość schowana w pomarańczy...

Gabriela Kotas


Pomarańczowa miłość wyciska mi łzy, sama nie wiem dlaczego, przecież moja mama jeszcze jest prawie obok mnie, a łzy płyną same. Widać wiersz porusza jakąś zapomnianą strunę w mojej duszy. Pozostałe wiersze są równie poruszające, chociaż nie wszystkie do łez (na szczęście!), ale czytajac je przystaję na chwilę w tym codziennym galopie i odrywam się ciałem i myślami od kolejnych spraw do zrobienia, żeby odlecieć myslami w inne rejony, poczuć piękne i spokojne emocje.


Na stronie autorki dojrzalosc-gabi.blogspot.com zostawiłam swoją recenzję "Uśmiechu codzienności", używam tam sformułowań, które i tu powtórzę - każdy wiersz to pigułka ponadczasowej wiedzy albo mała codzienna modlitwa. Tomik inspirujący i tchnący optymizmem, jeśli szukacie nowych wierszy do poczytania, to ja ze swojej strony bardzo polecam! Do wielokrotnego użytku :-)



Zastanawiam się co sprawiło, że przez tyle lat źle myślałam o poezji, ba uciekałam do niej jak diabeł od świeconej wody, uważałam, że szkoda na nią czasu... Może nasza szkolna edukacja i rozbieranie poezji na czynniki pierwsze zgodnie z jedynym właściwym szablonem? Może autosabotaż, żeby za dużo nie dumać nad życiem, nie wzruszać się, bo znajdę coś, czego nie chciałabym zobaczyć? U mnie dzisiaj pierwsze koty za płoty, a u Was? Znajdujecie czas i ochotę na czytanie wierszy?



piątek, 19 lutego 2016

Po prostu siedź



Kto z Was próbował medytacji? Ja tak i przyznaję, że było to dla mnie dość frustrujące doświadczenie. Chcąc dostosować się do wszystkich zaleceń, usilnie starałam się siedzieć prosto i w bezruchu, głęboko oddychać, nie myśleć o niczym, ewentualnie przyglądać się swoim myślom (a myśli oczywiście płynęły i płynęły…). Przeznaczone na medytację 8 minut też płynęło, aczkolwiek woooolnoooo. Bardzo brakowało mi też ciszy – w domu zawsze coś się dzieje, zewsząd dochodzą dźwięki, a zdarza się nawet, że ktoś wchodzi do pokoju, chociaż wcześniej proszę by nikt mi nie przeszkadzał.

Mimo, że nie byłam zadowolona z moich prób medytacji, z powodów o których wyżej wspominam, to stwierdzam, że nawet te kilka minut przymusowego wyciszenia dobrze wpływało na moją kondycję psychiczną. Czułam się spokojniejsza i zrelaksowana. Wierzę, że gdybym bardziej się wysiliła i wprowadziła nawyk medytacji do mojego życia, to jego jakość wzrosłaby z pewnością.

Dzisiaj nawet sobie nie obiecuję, że to zrobię, za bardzo tkwię w zaklętym kręgu codziennych zajęć, by bez nerwowości i wyrzutów sumienia przysiąść na kilka minut w ciszy i po prostu nic nie robić. Myślę, że większość z nas, w tym ja sama, cierpimy na nawykową potrzebę aktywności. Wciąż w ruchu, wciąż mamy coś do zrobienia. Planujemy swój czas, a kiedy pojawia się jakaś wolna chwila, natychmiast myślimy jak ją „zabić” – telewizja, ploteczki, krzyżówki. Nasza kultura nie akceptuje zwykłego bycia, a szczególnie w połączeniu z elementami dość odległymi dla przeciętnego człowieka, jak właściwa pozycja do medytacji czy obserwacja oddechu.

Zastanawiam się, czy gdybym nie czuła wewnętrznego przymusu by medytację ubrać w sztywne ramy, to czy łatwiej byłoby mi się do niej przyzwyczaić? Czy medytacja musi być tylko na siedząco i to jeszcze w pewien konkretny sposób? Pamiętam, że latem porównywałam swoje bieganie do medytacji w ruchu, naprawdę świetnie zastępowało siedzenie plackiem na czterech literach.

Może, żeby skutecznie medytować, wystarczy odciąć się od bodźców zewnętrznych (telewizja, książki, komputer, towarzystwo), przyjąć względnie nieruchomą pozycję i pozostawać w ciszy i świadomości? I tak codziennie przez 20 minut. Możemy siedzieć na podłodze, w fotelu albo leżeć. Jeśli nam niewygodnie możemy się poruszyć – byle nie wstawać i nie chodzić. Oczy mogą być zamknięte, chyba że wolimy je otworzyć. Jeśli chcemy, możemy liczyć oddech czy powtarzać mantrę, a jeśli się rozproszymy na chwilę to też nic się nie stanie.


To podejście do medytacji to nie mój pomysł, ja mu tylko gorąco przyklaskuję, bo już dawno myślałam, że klasyczna medytacja nie współgra z moim charakterem, jednak nie sądziłam, że można trochę inaczej i to ciągle będzie się liczyło. Filozof Peter Fenner, autor kursu „Promieniującego umysłu” twierdzi: „Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz”. Zadbajmy tylko o spokojne miejsce, nastawmy budzik, żeby nie musieć zawracać sobie głowy pilnowaniem czasu, możemy też skrócić czas siedzenia czy włączyć muzykę medytacyjną. Po prostu czujmy się swobodnie!

Codzienna praktyka „po prostu siedzenia” pomoże dostrzec, że rzeczy, które „koniecznie musimy zrobić”, mogą poczekać, wcale nie są takie ważne. Ale w gruncie rzeczy Fennerowi chodzi o coś więcej - „po prostu siedzenie” to tylko środek prowadzący do zrozumienia, że w gruncie rzeczy żadna praktyka nie jest konieczna, że każdą chwilę i sytuację możemy kontemplować, otwierać się na nią. Jeśli kogoś zainteresował szerszy aspekt myśli Petera Fennera, proponuję sięgnąć po kurs (nie najtańszy: od 37 zł do 52 zł), ewentualnie doczytać sobie ogólne założenia w artykule dostępnym TUTAJ.

Próbowaliście medytacji? I jak Wam poszło? Ja może spróbuję metody Fennera, zamieniając swoje drzemki, które czasami ucinam sobie po pracy, na „po prostu siedzenie”.

czwartek, 18 lutego 2016

Przemoc w masce miłości



Nadopiekuńczość to forma przemocy wobec dziecka, przemocy w białych rękawiczkach, gdyż u jej podstaw leży bezgranicznej miłości rodzicielska. Niestety, ta miłość jest tak duża, że nie pozwala dziecku samodzielnie się rozwijać, a przecież każde, wraz z wiekiem, potrzebuje coraz większej samodzielności. Nadopiekuńczy rodzice sprawują kontrolę nad całym zachowaniem dziecka, wykonują za niego wszelkie czynności, którym mogłoby już ono samo sprostać. Nadopiekuńczość stanowi też pogwałcenie potrzeb i praw dziecka – dziecko jest człowiekiem, któremu należy się ochrona godności i praw oraz opieka stosowna do wieku. Prawa dziecka zapisane są m.in. w Konstytucji RP, więcej możemy się dowiedzieć na stronie Rzecznika Praw Dziecka (link). Wielu autorów uważa, że w postawie nadopiekuńczej zawarte są także elementy despotyzmu i potrzeby dominacji.


Sama spotykam wiele przejawów nadopiekuńczości wśród znanych mi rodzin. Oto kilka zachowań, których byłam naocznym świadkiem:


  • dziecko ośmioletnie spało w sypialni rodziców (łóżeczko ze szczebelkami ustawione w „nogach” łoża małżeńskiego) – dlatego, że bez przerwy się rozkrywało, a później chorowało, a tak mogło być w nocy pod kontrolą,

  • dziecko w wieku 10 lat było myte przez matkę, potem też matka goliła mu pachy,

  • dziecko w wieku 11 lat było upominane przez matkę, żeby nie biegało bo się spoci, żeby poszło się wysikać (bo samo nigdy nie pamięta), żeby wysmarkało nos (matka podchodziła z chusteczką), żeby się właśnie w tej chwili napiło (bo nie rozumie, że chce się pić).

  • to samo dziecko, już 12-letnie, po powrocie ze szkoły otrzymuje od matki komplet ciuchów (łącznie ze skarpetkami) do przebrania. Wcześniej było też ubierane wg uznania matki do szkoły, teraz może w tej kwestii dyskutować.

  • 9-cio letnie dziecko ciągle śpi w jednym łóżku z matką, broń Boże nie z powodu warunków socjalnych – powodem jest kręcenie się dziecka podczas snu. Matka może w ten sposób kontrolować, czy dziecku nie grozi upadek z łóżka lub czy się nie rozkrywa.

  • wyżej wymienione dzieci zawsze są na wszelki wypadek ubrane cieplej, żeby nie przewiał ich wiaterek, ale nie ma co się martwić o pocenie, matki co jakiś czas sprawdzają czy dzieci mają suche plecy i w razie potrzeby nakazują im przebranie się w suche ubrania.

  • dzieci w wieku 9 i 10 lat, mimo takiej możliwości, ciągle nie mają swego pokoju, bo wg matki, nie dałyby rady takiej  odpowiedzialności ogarnąć.


A przecież jest jeszcze sfera nauki z której przykładów nie będę już przytaczać. Zresztą ta sfera w wielu domach wygląda dziwnie, często bywa, że któreś z rodziców przerabia cały cykl nauki równolegle z dzieckiem, odrabiając z nim lekcje, czytając lektury szkolne, żeby w razie czego służyć pomocą latorośli. To matka pakuje książki i przybory szkolne, aby dziecko czegoś nie zapomniało, ona też pilnuje terminów dodatkowych zajęć czy przypomina nastolatkowi o spotkaniu z kolegą czy koleżanką (aprobowaną przez siebie). Znam matkę, która pilnuje terminów miesiączek swoich nastoletnich córek, ale też i taką która pilnuje kiedy będzie miała miesiączkę córka-studentka.



Twierdzi się, że przyczyny, które mogą kształtować nadopiekuńczą postawę matki to: neurotyczna osobowość, trudności prokreacyjne, wcześniejsza utrata dziecka, jedynactwo, zaburzone relacje małżeńskie, utrata partnera, samotne macierzyństwo, skłanianie matki przez męża lub członków rodziny do usunięcia ciąży, a także przekazy międzygeneracyjne - postawa rodziców, jakiej doświadczyło się w dzieciństwie powielana jest później we własnej rodzinie. 


I tak matki neurotyczne swoją niepewność i lęk kompensują nadmierną opieką nad dzieckiem, analizują każdy jego oddech, poruszenie się, płacz. Najdrobniejsza niedyspozycja dziecka wywołuje u nich panikę i chaotyczne działania pomocowe. W miarę rozwoju dziecka i poszerzania pola jego działań, nadopiekuńcza matka z neurotycznymi cechami osobowości widzi coraz więcej zagrożeń, hamuje więc malca w naturalnych dla wieku działaniach poznawczych, chroni go przed zupełnie niegroźnymi eksperymentami, ograniczając tym samym rozwój ruchowy i poznawczy dziecka. Do tego dochodzą lękotwórcze przestrogi dotyczące działań i przedmiotów: "wyrzuć ten patyczek, bo możesz się zadrapać", „nie biegaj, bo kolki dostaniesz”, „nie wchodź do wody, bo się utopisz”  itd. Dziecku ukazuje się świat pełen niebezpieczeństw, od którego najlepiej uciec w bezpieczne ramiona matki, tracąc równocześnie wszystko to, co jest niezbędne do prawidłowego rozwoju.


Sama byłam właśnie podobnie wychowywana – jestem jedynaczką, a moja matka wcześniej straciła dziecko – tak więc problemu nadopiekuńczości doświadczyłam na własnej skórze i wiem „czym to pachnie”. W moim przypadku nadopiekuńczość matki (i babci) objawiała się głównie straszeniem przed światem, który wg nich wszędzie zastawiał pułapkę na nieostrożne dzieci. Bardzo też zwracano uwagę na to, żebym dużo jadła (pech chciał, że byłam niejadkiem) i bardzo ciepło się ubierała (czapka od września do maja!). W innych sprawach zostawiono mnie w spokoju, tak jakby cała uwaga dorosłych skierowana była na kwestię mojego przeżycia. Nie mogłam umrzeć tak jak pierwsze dziecko.


Nadopiekuńczość rodziców wpływa na dziecko różnie. Albo takie dziecko pozostaje niezaradne, niedojrzałe emocjonalnie, lękliwe, niepewne siebie, nie podejmuje wyzwań, a jeśli już, to się z nich wycofuje, albo też jest ono nadmiernie pewne siebie, awanturnicze, roszczeniowe. Twierdzi się, że częściej występuje typ pierwszy. Mogą też pojawić się późniejsze problemy z przerwaniem „pępowiny” – dorosłe dziecko nie umie emocjonalnie oddzielić się od tak kochającego rodzica, a tym samym nieustannie rani swego życiowego partnera, który wścieka się, że przecież ślubu z teściową nie brało. 


Spotkałam się też ze stwierdzeniem, że nadopiekuńczość to „polski problem”. W naszej kulturze oczekuje się od matki, że będzie taka nadopiekuńcza, wręcz trochę zaborcza, inaczej może być odbierana jako zła, nieczuła matka. Na pewno każdy miał okazję zaobserwować, kiedy jakaś babcia-starowinka na emeryturze odkłada każdy grosz dla dzieci, a jej jedynym marzeniem jest bycie im pomocną. Do ostatniego tchnienia żyje życiem swojego potomstwa, nie przyjmując do wiadomości, że to może być dla nich wręcz męczące.

Miałam pisać krótko, ale problem nadopiekuńczości bardzo mnie porusza, tym bardziej, że ciągle spotykam jej przykłady, wyszło więc jak zwykle. Kochane mamy, przyszłe mamy i nie tylko, czy zgadzacie się ze mną, że nadopiekuńczość jest zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju odpowiedzialności oraz swoistą „patologią wolności w obszarze miłości”? – wolność to przecież jeden z atrybutów prawdziwej miłości. Jeśli kogoś naprawdę kochamy, dajemy mu wolność, a nie zniewolenie. Dajcie znać w komentarzach!

środa, 10 lutego 2016

Moc zaklęta w bulionie

Dzisiaj będzie o rosole. Miało być inaczej, planowałam pisać o smacznych i zdrowych galaretkach owocowych, ale ostatecznie zdecydowałam się poświęcić zdjęcie tego dorodnego koguta, by ozdabiał rozważania o mocy zaklętej w bulionie... Cóż, życie jest brutalne.

Zaczęło się od wyczytania na jednym z blogów włosomaniaczek o akcji picia żelatyny: codziennie przez 3 miesiące po 2 łyżeczki żelatyny spożywczej. Dziewczyny, które piły żelatynę, już po miesiącu mogły się pochwalić piękną cerą, wzmocnionymi paznokciami i oczywiście zagęszczającą się czupryną. To mnie zachęciło - żelatyna jest tania i dostępna w każdym spożywczaku, a można z niej przyrządzić takie smakołyki jak różne galeretki owocowe czy drobiowe. Można też dodawać ją do jogurtów czy sosów, do mleka z płatkami, albo po prostu rozpuścić w owocowej herbatce. 

Właściwości żelatyny zachwyciły mnie, ponieważ ta:
  • poprawia trawienie, a nawet leczy jego zaburzenia,
  • jest doskonałym źródłem białka w diecie,
  • regularne spożywanie żelatyny wzmacnia włosy i zatrzymuje ich wypadanie,
  • dostarcza skórze kolagenu od wewnątrz przez co działa lepiej niż kremy przeciwzmarszczkowe,
  • wzmacnia paznokcie,
  • poprawia kondycję kości i stawów,
  • tłumi odczucie głodu, przez co wspomaga odchudzanie.
Co to jest żelatyna? Żelatyna jest mieszaniną białek i peptydów uzyskiwaną poprzez częściową hydrolizę kolagenu, który znajduje się w skórze, kościach i chrząstkach zwierząt i ludzi. Kolagen wzmacnia tkankę łączną, powodując jej elastyczność. Im jesteśmy starsi, tym nasz organizm wytwarza mniej kolagenu, przez co stawy stają się zesztywniałe, ścięgna i wiązadła mniej elastyczne a na skórze pojawiają się zmarszczki.

Byłam zachwycona i zdziwiona, że wcześniej nie wpadłam na pomysł picia żelatyny! Jako, że jestem z natury dociekliwa, zaczęłam szukać kolejnych informacji o tym cudzie, no i znalazłam. Jednak kiedy je czytałam mój zachwyt malał z minuty na minutę. Zwróćcie uwagę choćby na to, jak się produkuje żelatynę, a może też podzielicie moje wątpliwości:

Żelatynę wytwarza się z kolagenu znajdującego się głównie w odpadkach z rzeźni (skórach, kościach, chrząstkach, ścięgnach, rogach, kopytach, piórach). Części te są najpierw myte, następnie wapnowane, mielone i podgrzewane aż do wrzenia. Powstały wyciąg z białka filtruje się i zagęszcza w warunkach próżniowych, a na koniec suszy, proszkuje i pakuje. Produkcja żelatyny z kości wymaga dodatowo przeprowadzenia demineralizacji kwasowej (kwas solny) i ekstrakcji rozcieńczonym ługiem.

Wcześniej nigdy nie zastanawiałam się nad produkcją żelatyny, teraz pomyślałam, że pijąc żelatynę zjadamy poprostu odpady z rzeźni, niewiadomej jakości, tylko w sproszkowanej formie, a więc nie kojarzącej się z czymś wstrętnym... To coś jak MOM w parówkach!


A przecież mamy o niebo lepszy sposób na przemycenie kolagenu do diety (oczywiście lepszy nie dla wegetarian czy wegan) - wystarczy ugotować rosół. Ten spożywany regularnie również wpłynie odżywczo na kości, stawy, skórę i włosy. Możemy od razu ugotować kilka litrów, a następnie podzielić na porcje i zamrozić.

Pewnie każdy ma swój ulubiony przepis na rosół, ja do swojego dodaję trochę kaczyny - polecam! Taki rosół ma bogatszy smak niż ten z samej kury. Żeby rosół spełnił swoją rolę powinien być gotowany na mięsie z kośćmi.

Rady dotyczące rosołu:

  • kości mogą być dowolne (wieprzowe, wołowe, drobiowe), można też użyć kości pozostałych z obiadu,
  • rosół powinien się gotować od 4 do nawet 72 godzin, w ten sposób stanie się esensją przyswajalnych minerałów i składników odżywczych tj. wapń, fosfor, magnez, potas, kolagen, kwas hialuronowy,
  • dla lepszego przyswojenia minerałów rosół powinien mieć lekko kwaśny odczyn, wystarczy dodać np. łyżkę octu jabłkowego,
  • kości na rosół warto kupować u lokalnych, ekologicznych producentów albo u znajomych rolników,
  • kości wołowe warto podpiec wcześniej w piekarniku (30-60 min. w 180 stopniach C) , co nada rosołowi bogatszego smaku i głębszego koloru,
Rosół ma też inne cenne właściwości: 
  • aminokwasy wytwarzane podczas gotowania rosołu zmniejszaja stan zapalny dróg oddechowych oraz pomagają w prawidłowej pracy centralnego układu nerwowego,
  • zmniejsza objawy alergii,
  • pełnowartościowy bulion wspomaga reminalizacę zębów,
  • dzięki dużej zawartości kolagenu poprawia metabolizm, co polepsza pracę tarczycy (zmniejsza się poziom cysteiny i tryptofanu), 
  • wspiera prawidłowe działanie układu odpornościowego.
I co, czy pyszny rosołek na obiad to nie lepszy pomysł niż pałaszowanie żelatyny? Wiem, wiem, o gustach się nie dyskutuje, ale jeśli czytają mnie zwolennicy rosołu to proszę, podzielcie się swoimi sposobami na tę potrawę. Ja jeszcze (oprócz kaczyny) dodaję podpieczoną na gazie cebulę, gałkę muszkatołową a podając posypuję natką pietruszki (albo lubczykiem). Ostatnio zamiast z makaronem, podaję rosół z pierożkami z mięsem - najlepiej wołowym!






czwartek, 4 lutego 2016

Zwyczajne radości lutego

W książce "Jak czerpać radość z każdego dnia" Sarach Ban Breathnach, luty jest określony bardzo subtelnie: "Luty przybywa zimny, mokry i szary. Jego dobrze ukryte dary dostrzegają tylko najbardziej bystre umysły". Mnie dość trudno jest dostrzec piękno w tym surowym miesiącu, a przynajmniej będąc na zewnątrz. Cóż, trzeba poszukać gdzie indziej...

1. Jeśli zima to i świece. Sarah proponuje zapalić świece w całym domu i rozkoszować się ich blaskiem. Można się odprężyć i obserwować jak wygląda świat bez elektryczności, jak zacierają się różnice między dniem i nocą. Najlepiej niech to będą świece woskowe. Podobno trzymane w zamrażalniku, będą spalały się dwa razy wolniej. Świece woskowe kupiłam i zapalam je wieczorami, jednak przyznaję - nie zamiast światła elektrycznego, lecz obok. Myślę sobie, że któregoś wieczora zrobię jak pisze Sarah, tylko czy faktycznie się na to zdobędę? Wieczór bez elektryczności - brzmi tak sobie...

2. Jeśli luty to i Walentynki, które mają tyle samo zwolenników co i przeciwników. Najpopularniejszy argument tych ostatnich brzmi: "miłość należy sobie okazywać codziennie, a nie tylko od święta". Idąc tym tropem można stwierdzić, że zbędne jest każde święto, a przecież święta w jakiś sposób rozświetlają naszą codzienność, sprawiają, że wysilamy się, by dać z siebie więcej, łączą ludzi. Warto świętować jak najczęściej, także swoje małe prywatne zwyciestwa i ważne daty. A Walentynki ze swoimi wszędobylskimi serduchami pomogą przeczekać luty - zajmą naszą głowę może nawet na trzy dni ;-)

3. Skoro jesteśmy przy miłości, to może i sami siebie potraktujmy z wyjątkową uwagą i miłością: napiszmy wspaniały list miłosny do siebie od swojego prawdziwego ja, chwaląc wszystko co robimy teraz oraz siebie takimi, jakimi jesteśmy. Dodajmy sobie odwagi, tak jak zrobilibyśmy to z dzieckiem. Autorka proponuje nawet byśmy wysłali do siebie ten list pocztą i zachowali go na chwile, kiedy poczujemy się zniechęceni.

4. Znajdźmy swoje zdjęcie z okresu, kiedy mieliśmy 10 lat, oprawmy je w ramkę i postawmy na swoim biurku czy szafce nocnej.

5. Używajmy ulubionych perfum każdego dnia, czerwonej pomadki do ust czy może kupmy sobie piękną różę. Zróbmy cokolwiek, co podbuduje, odświeży naszą kobiecość, może trochę styraną przez brak słońca, może trochę przysypaną kurzem codzienności. Niech rozkwitnie mimo surowej pory roku, a zima stanie się bardziej znośna ;-) a my - zdecydowanie piękniejsze!