czwartek, 29 grudnia 2016

Nigdy nie mów nigdy!



Po pierwsze: kiedy czujemy, że utknęliśmy w miejscu, że robimy coś, co nie uskrzydla nas już tak jak kiedyś, zastanówmy - co jest nie tak? Ja zastanowiłam się i ostatecznie doszłam do wniosku, że Plantacja Pozytywnych Myśli już mi zobojętniała na tyle, że w ostatnich miesiącach nie chciało mi się tu specjalnie zaglądać ani pisać nowych postów mimo, że tematów na nie wystarczyłoby na wiele, wiele lat…

Od maja br. zaczęło się coś we mnie zmieniać. Pojawiło się praktycznie znikąd nowe/stare zainteresowanie magią tego pięknego świata i to zdecydowanie silniejsze niż przed laty, a ja coraz bardziej oddalałam się z Plantacji Pozytywnych Myśli.
 
W pierwszej kolejności stwierdziłam, że po prostu potrzebuję urlopu od blogowania – systematycznie publikuję posty od września 2013 r. i mogłam już poczuć się znużona. Nawet najprzyjemniejsza czynność wykonywana bez przerwy w końcu zaczyna być nużąca, zatem zaplanowałam sobie w styczniu 2017 r. urlop od blogowania, co miało podziałać na mnie odświeżająco. 

W połowie grudnia stwierdziłam, że od lutego będę prowadziła dwa blogi – obok Plantacji Pozytywnych  Myśli miała zakwitnąć Plantacja Magicznych Myśli, a w ostatnich dniach… poczułam tak wyraźnie, jak nigdy dotąd, że nie chcę już pisać na starym blogu. Zaskoczyłam tym przede wszystkim samą siebie!

Co jak co, ale własne odczucia bardzo szanuję i biorę je pod uwagę,  dlatego postanowiłam zakończyć działalności tutaj bez zbędnego oglądania się za siebie. Bloga nie likwiduję, gdyż dla mnie stanowi on sentymentalny dowód na moją wewnętrzną przemianę i kto wie, może jeszcze kiedyś na niego wrócę. Po drugie: nigdy nie mów nigdy! Wiele już razy przekonałam się na własnej skórze o prawdziwości tego stwierdzenia, mój plan założenia Plantacji Magicznych Myśli  także to potwierdza. 

Tak więc jest to ostatni wpis tutaj, a właściwie przedostatni, ponieważ zamieszczę tu
jeszcze link do nowego bloga, kiedy ten będzie już gotowy do użytku (planowane na 10.02.br.). Co prawda nie spodziewam się Waszych przenosin tam, gdyż zdaję sobie sprawę z faktu, jak bardzo niszowym tematem będę się zajmowała. Dla wielu temat ten z pewnością jest nie do zaakceptowania, jednak jeśli kogoś choćby przelotnie zainteresuje moja wizja świata pełnego magii to serdecznie zapraszam do odwiedzin.

Na zakończenie chcę Wam podziękować za towarzyszenie mi tutaj i za te wszystkie konstruktywne komentarze pod moimi artykułami :-) W zasadzie zamykam bloga na którym tętni życie, co – nie ukrywam – rodzi we mnie smutek, jednak wiem, że w życiu trzeba iść do przodu, a szczególnie jeśli czujemy, że stare wypaliło się, a nowe się rodzi.

Może jeszcze kiedyś się spotkamy :-) 

niedziela, 25 grudnia 2016

Mądrość jest w nas

Przeglądając Plantację Pozytywnych Myśli, pewnie zwróciliście uwagę na moją
słabość do dobrych rad - lubię czytać dobre rady, kolekcjonuje je, a nawet większość z nich próbuję wcielać w życie z większym lub mniejszym skutkiem. Dobre rady są takie pasjonujące! Czasami przypominają nam  o czymś kiedyś usłyszanym, ale zepchniętym w najgłębsze pokłady pamięci, często  są powiewem świeżości inspiracją do działania, szansą na zmianę. Jednak czytając dobre rady powinniśmy zawsze pamiętać, żeby nie traktować każdej z nich jak cudownego środka, należy raczej podchodzić do nich z dystansem, ponieważ zdecydowana ich większość nie jest uniwersalna.


Co jest dobre dla kogoś, wcale nie musi być dobre dla nas. Nie sugerujmy się tym, co mówią inni, nie sugerujmy się prestiżem doradzającego. To, co nami inni proponują, może być dobre dla nich, może być dobre dla wielu innych ludzi, ale nie ma gwarancji, że będzie to dobre również dla nas.
Każdy z nas nie raz próbował zrobić coś według złotej rady (leczenie, odchudzanie, naprawa relacji w związku) , ale nie udawało się, nie pojawiały się efekty. Innym się udało, a nam nie. Dlaczego? Czy jest z nami coś nie tak? Nie martwmy się, prawdopodobnie Z NAMI WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU, tylko dana metoda nie była dla Nas odpowiednia i dlatego Nam nie służyła. 


Żeby coś zadziałało powinniśmy odnaleźć  własną ścieżkę, to, co nam odpowiada, czyli to, co jest dla nas  dobre. Sposób żywienia, rodzaj aktywności fizycznej, sen i inne sprawy powinny być dla naturalne, niewymuszone, zestrojone z naszym ciałem. Nie powinniśmy sobie narzucać niczego, co byłoby dla nas wieczną walką, wysiłkiem bez końca, co byłoby odczuwane jako obciążenie. Bo jak długo będziemy w stanie żyć normalnie z czymś takim?


Prosty przykład z mojego życia: poranne ćwiczenia. Przez wiele lat próbowałam wyrobić sobie nawyk porannych ćwiczeń, przy czym próbowałam różnych wariacji (joga, gimnastyka, tai chi, bieganie), wszystko na próżno! Każda kolejna próba była dla mnie prawdziwą udręką. Zmuszałam się do działania, by w końcu odpuścić, po czym znów stwierdzałam „ale przecież  trzeba rano się rozruszać, wszyscy tak  twierdzą”. Niestety, całe moje jestestwo buntowało się przeciwko porannemu reżimowi (bo dla mnie był to reżim!) i w końcu skapitulowałam. Zaakceptowałam swoją naturę i odpuściłam sobie dręczenie się wyrzutami sumienia z powodu swego lenistwa i słabości. Z pewnością dla wielu poranne ćwiczenia są zastrzykiem energii i dobrego humoru, ale nie dla mnie i to  jest w porządku.



Reasumując – słuchajmy siebie, słuchajmy swojego ciała. Przecież posiadamy w sobie ogromną mądrość, tylko musimy odważyć się dać sobie prawo do wyrażania tej mądrości. Jeśli zamiast słuchania siebie będziemy narzucali sobie drakońską dyscyplinę, zamiast szczęścia otrzymamy niezadowolenie, choroby, niepokój, zdezorientowanie. 


Wciąż szukamy mądrości na zewnątrz (w słowach innych ludzi, w książkach, na blogach), zapominając o największym skarbie, jaki mamy – MĄDROŚCI WEWNĘTRZNEJ, mądrości Naszego ciała. Właśnie poprzez sito mądrości wewnętrznej należy przepuszczać wszystkie zasłyszane dobre rady i złote myśli.
(Niestety w tym kontekście można by polemizować nawet z lekarzami…)

wtorek, 20 grudnia 2016

Magia Świąt

Magia Świąt – im bliżej Święta, tym częściej o niej wspominamy, lecz  często w kontekście utraty. „Już nie jest tak jak kiedyś, nie czuję atmosfery zbliżających się Świąt”. Przemierzamy w pośpiechu rozświetlonymi kolorowymi światełkami ulice, mijamy pełne świątecznego przepychu sklepowe wystawy,  i co? Wszystko na próżno, żeby poczuć magię świąt, potrzeba z naszej strony większego wysiłku w kierunku - BYĆ TU i TERAZ.



Odpowiedzmy sobie na pytanie, co to właściwie jest „magia świąt”?  Według mnie to uczucie, które zapamiętaliśmy z dzieciństwa, kiedy to za oprawę świątecznych dni odpowiedzialni byli dorośli, a my – dzieci – nagle przenosiliśmy się w zaczarowany świat pełny innych niż na co dzień zapachów, światełek na choince, gwaru gości, Mikołajów, prezentów i łakoci. Dodatkowo mieliśmy dłuższą przerwę od szkoły, a w domu wszystko stawało na głowie w pozytywnym tego stwierdzenia znaczeniu. Szczęśliwe dzieciaki, które doświadczyły magii Świąt!



Kiedy dorośliśmy, ale ciągle byliśmy w domu przy mamie, coraz więcej świątecznych tajemnic odsłaniało się przed nami, a my sami też w coraz większym zakresie pomagaliśmy w przedświątecznych przygotowaniach, lecz ciągle nie czuliśmy na sobie brzemienia odpowiedzialności za całokształt.



Wreszcie nadszedł czas, kiedy opuściliśmy dom rodzinny, by założyć własną rodzinę, a po pewnym czasie zaczęliśmy samodzielnie organizować święta, często dodatkowo mając na głowie cały świat i szybko zbliżające się terminy. Magia zaczęła ulatywać…



Bo jak tu odczuwać magię, kiedy w przedświątecznych  tygodniach  mamy tyle na głowie? Wracamy z pracy po ciężkim dniu, a w domu, zamiast odpoczynku i tych co zwykle czynności domowych czekają na nas dodatkowe, przedświąteczne obowiązki (sprzątanie, zakup i pakowanie prezentów, strojenie domu, gotowanie i pieczenie, wysyłanie życzeń…). Oczywiście wszyscy sobie z tym w końcu radzimy, jednak łatwo nie jest, a ceną za idealnie zrobione święta jest utrata odczuwania magii Świąt. Każda potrawa na stole, ubrana choinka, nakarmieni goście – to wszystko nasza praca! Jesteśmy zadowoleni, że udało się wszystko ogarnąć, a jednocześnie tak zmęczeni, że ledwie siedzimy na Wigilijnej kolacji. Co w tym magicznego?



Po tych rozważaniach wnioski nasuwają się same: ŻEBY POCZUĆ MAGIĘ ŚWIĄT
MUSIMY ZWOLNIĆ! Jak? Recept jest mnóstwo, a i tak każdy będzie musiał znaleźć tę idealną dla siebie – może podział obowiązków między domowników albo mniejszy rozmach? Jedno jest pewne, magia sama się nie zrobi, to my musimy znaleźć w sobie moc i stworzyć w sobie przestrzeń do jej odczuwania. W biegu nam się to nie uda!



Święta obchodzą prawie wszyscy: i ci chodzący do kościoła, i ci wierzący, a nie praktykujący, a nawet niewierzący, dla których zwyczaj świętowania służy do kultywowania spotkań rodzinnych w blasku  choinkowych światełek. Sama jednak uważam, że Święta mają najwyższy wymiar dla tych,  którzy aktywnie uczestniczą w życiu kościoła. Pamiętam czasy, kiedy kościół odgrywał dużą rolę w moim życiu, a Święta tak ładnie wpasowywały się w to, co słyszałam od księdza - miały wtedy dla mnie głębszy sens. Jednak po drodze dużo się zmieniło i pewnie tak jak część z Was, zostałam z samą wiarą i tradycją. Mimo tego, nie rezygnuję z możliwości odczuwania magii Świąt – ostatecznie Bóg się rodzi dla wszystkich, bez względu na wszelkie różnice między nami. 

W związku z powyższym życzę Wam, aby ten cudowny okres, kiedy to Bóg znów się rodzi i dzień znów staje się coraz dłuższy, obfitował w niezapomniane, przyjemne doświadczenia oraz aby stał się punktem wyjścia do odnowy Waszego życia. Kochani, wszystkiego najlepszego na te Święta!

czwartek, 15 grudnia 2016

Co robić, by dobrze przetrwać zimę

I znów mamy okres najkrótszych dni w roku, kiedy na zewnątrz przeważnie panuje ziąb i mrok. Owszem, zdarzyło mi się widzieć słońce za oknem, niestety wtedy byłam w pracy i nie mogłam wyjść na zewnątrz, by jego promienie padły bezpośrednio na moją skórę. Tylko wzrok nacieszyłam.

W sumie, nie pamiętam już wyraźnie, kiedy ostatnio spacerowałam w pełnym słońcu, może na Święta się uda... Kiedy brakuje nam słońca, a my dodatkowo przebywamy przez większość czasu w zamkniętych pomieszczeniach i jemy byle co, wtedy odporność zaczyna nam szwankować, łapiemy infekcje. 

Myślę, że zimą dobre odżywianie powinno stać się naszym priorytetem. Nie uważam suplementacji diety za samo zło - dobrze dobrane witaminy i minerały na pewno nam pomogą, jednak stawiam na naturę i dostarczanie istotnych dla zdrowia składników wraz z pożywieniem. To nie zadziała błyskawicznie, ale już po 2 - 3 miesiącach jedzenia zdrowych pokarmów i eliminacji tych śmieciowych, powinniśmy odczuć poprawę odporności.

A oto moja aktualna lista wybranych produktów żywnościowych (a dodatkowo zdrowych praktyk), która powstała w oparciu o codzienne doświadczenia. Jest tego więcej, jednak te wymienione ostatnio najchętniej stosuję. Również chętnie poznam Wasze sposoby na dobre zdrowie zimą.

1. Miód. W mojej kuchni jest jednym z zamienników cukru i używam go przez okrągły rok. Przez pewien czas jadłam też pyłek kwiatowy, ale ten okazał się w pewnych okresach roku trudno dostępny, zresztą nie powinno się spożywać go przez okrągły rok, a jedynie przez jakiś czas wiosną i jesienią (właśnie na wzmocnienie odporności). Wracając do miodu: Nigdy nie rozpuszczam go w gorącej wodzie. Twierdzi się, że granicą jest 40 stopni C, jako że nie używam w kuchni termometru,  wodę do której wrzucam miód przezornie zawsze dość mocno przestudzam. Ponadto zostawiam ten miód w wodzie przez kilka godzin, dzięki czemu zwiększa się aktywność jego enzymów. Po pewnym czasie dodaję do miodu np. sok z cytrusowych owoców, miętę albo przyprawy korzenne i mam gotowy pyszny i zdrowy napój.

2. Czosnek. Bardzo zdrowy, niestety przez intensywny zapach musi być dozowany oszczędnie... Z doświadczenia wiem, że kiedy nie zjem czosnku na ostatni posiłek, do następnego dnia nie zostanie po nim śladu  w moim oddechu. Zresztą smrodek jest minimalny, kiedy czosnek dodam do jakiejś potrawy (zupa, warzywa, sałatka - obecność zieleniny zmniejsza jego zapach). Oczywiście najbardziej waniajet jedzony jak pigułki - ząbek z solą czy na kanapce - bo zdrowo. Zdrowo, ale waniajet. Czosnek pasuje do tak wielu potraw, że codziennie znajdzie się pretekst, by coś nim przyprawić. Tutaj też uważamy na temperaturę potrawy, do której go wrzucamy, sama zwykle doprawiam czosnkiem, kiedy potrawa już ugotowana, a gaz pod nią wyłączony.

3. Kiszone ogórki, kiszona kapusta. Codzienna porcja probiotyku dla utrzymania dobrej flory bakteryjnej w jelitach, oczywiście jeśli zależy nam na przyjaznych bakteriach, to również nie gotujemy tych produktów. Ponadto, kiszona kapusta i sok z niej zawiera dużo witaminy C, która działa wzmacniająco na organizm. Podobnie jest z ogórkami, w czasie kiszenia podwaja się w nich zwartość witaminy C. Oczywiście, najlepiej jeśli warzywa są kiszone, a nie kwaszone.

4. Ryby. Zauważyłam, że wraz z nadejściem mrocznych dni, rośnie u mnie apetyt na bardziej tłuste ryby. Jesienią i zimą w mojej lodówce zawsze są śledzie, które przygotowuję na różne sposoby, mimo tego, dodatkowo wspomagam się tranem z apteki. Łosoś, makrela i śledź są łatwo dostępne i bogate w kwasy omega-3, które likwidują stany zapalne w organizmie oraz chronią przed przeziębieniami i chorobami dróg oddechowych.


5. Olej kokosowy tłoczony na zimno. W jego skład wchodzi kwas laurynowy, który podnosi odporność. Olej ten nie powoduje przyrostu tkanki tłuszczowej, a nawet pomaga modelować naszą sylwetkę. Dorośli mogą spożywać 3 - 4 łyżki oleju kokosowego dziennie, najlepiej w trakcie posiłku. Olej kokosowy wprowadziłam do swojej diety w tym roku, polubiłam ten pachnący kokoskiem i często robię z nim kanapki na drugie śniadanie jedzone w pracy: chleb razowy na zakwasie smaruję olejem i dodaję warzywa i przyprawy. Od listopada, za namową koleżanki, zaczęłam używać oleju kokosowego również do płukania ust (niektórzy nazywają to ssaniem oleju). Po miesiącu używania mogę się podpisać pod skutecznością tej metody! Na swoje zatoki próbowałam już różnych środków, ostatnio eksperymentowałam z chili, niestety, mój organizm chyba się do tego chili przyzwyczaił, bo w końcu przestał reagować pozytywnie. Po ssaniu oleju kokosowego zatoki wreszcie zaczęły się oczyszczać i czuję się lepiej. Wcześniej dużo pozytywnych opinii przeczytałam na temat ssania oleju, jednak nie mogłam się do tej czynności  przyzwyczaić. Dzisiaj, kiedy działam systematycznie, efekty wreszcie się pojawiły. Olej w jamie ustnej zabija bakterie, przez co nasz układ odpornościowy zostaje odciążony i następuje poprawa stanu zdrowia i samopoczucia.

6. Dodatkowo, staram się w miarę możliwości wychodzić na sześciokilometrowy spacer do pobliskiego parku co drugi dzień. Nie zawsze jest na to czas, nie wychodzę też z domu, kiedy pogoda jest wściekle zimna, wietrzna czy deszczowa - z moimi zatokami wolę nie ryzykować. Chociaż dużo  mówi się o wychodzeniu na dwór bez względu na pogodę, to jednak uważam, że pewne warunki atmosferyczne są dla  trochę większych twardzieli niż ja. 

7. Co prawda nie biorę zimnego prysznica, to jednak uważam by na zakończenie woda była letnia. Staram się też hartować, wychodząc spod prysznica bez okrywania się ręcznikiem, dopiero po chwili zaczynam się wycierać.

8. Wietrzenie mieszkania, olejki eteryczne i żucie goździków. Do wietrzenia pomieszczeń nikogo chyba nie muszę namawiać. Olejki eteryczne naprawdę pomagają w utrzymaniu zdrowia górnych dróg oddechowych, aktualnie stosuję w tym celu sosnę i grapefruit, ale mam też w domu cynamonowy, różany i ylang-ylang. Lawenda wyszła, ale też była świetna! Miętę też miałam. O goździkach na pewno nie raz wspominałam na blogu - noszę je w torebce zamiast gumy do żucia.

Zapraszam do dzielenia się swoimi sposobami na dobrą odporność :-)

sobota, 10 grudnia 2016

Sprzątanie w trybie awaryjnym

Myślę, że nikogo nie trzeba przekonywać o tym, jak ważny jest porządek w naszym domu. Wierzę w to, że wygląd mojego otoczenia odzwierciedla to, co mi w duszy gra, a kiedy porzadkuję swój dom, jednocześnie poprawia mi się samopoczucie i przybywa życiowej energii. To działa jak naczynia połączone.

Utrzymujemy porządek w domu z tych albo innych pobudek - może jesteśmy perfekcjonistami w każdym calu i choćbyśmy działali resztką sił, nie spoczniemy dopóki nie będzie można jeść z podłogi. Jeśli brak nam takiego samozaparcia, a na dodatek większość czasu spędzamy w pracy, zdarza się, że nasz dom nie lśni czystością na codzień. Generalnie jest OK, ale wzdrygamy sie na myśl, że ktoś szczególny mógłby wpaść niezapowiedziany. 

Dzisiaj zaprezentuję wam poradnik w kilku krokach, jak szybko zaprowadzić w otoczeniu porządek, kiedy przytrafia nam się coś niezapowiedzianego (nagła wizyta rodziny, spontaniczne zaproszenie znajomych kolację). Podobny schemat sprzątania możemy wykorzystać w weekend albo przed Świętami - zakładam tutaj, że pozostałe prace porządkowe wykonujemy systematycznie, na bieżąco (w wolnych chwilach, w przypływie energii), a nie dwa razy do roku, czyli przed Świętami. 

Oto co możemy zrobić, by nasz dom dobrze się zaprezentował:

1. Przede wszystkim nie panikujmy! W strachu i nerwach każda czynność wydaje się nie do wykonania. Wyrównajmy oddech i zabierzmy się do pracy. 

2. Przez cały czas działania pamiętajmy, że naszym celem jest zmniejszenie ogólnego bałaganu. Nie czas by rozmieniać się na drobne, tracić energię np. na porządkowanie szafki pod zlewem, kiedy żaden gość prawdopodobnie tam nie zajrzy.

3. Wyłączamy komputer, telewizor. Włączamy muzykę do sprzątania - zakładam, że to dobrze działa na wszystkich. Ubieramy się wygodnie i przygotowujemy potrzebne akcesoria (worki na śmieci, papierowe ręczniki, ścierki, mop, wiadro, środki czystości). 

4. Taktyka: przerwy w pracy są ważne! Wydaje mi się to szczególnie ważne dla osób, które sprzątać nie lubią (tak jak ja). Kiedy działam w blokach czasowych, mniej nuży mnie to zajęcie, w czasie przerw łapię energię do ponownego natarcia, nawadniam się. W zależności od ograniczeń czasowych lub osobistych upodobań może to wyglądać następująco: praca 20 min. - przerwa 10 min. Chyba, że ktoś lubi maratony sprzątania - wykonać zadanie i ze zmęczenia paść na łóżko. 

5. Pościelenie łóżek. Od tego zaczynamy i od razu uzyskujemy lepszy wygląd pomieszczeń. Widok rozbebranego łóżka działa na nas osłabiająco, nic tylko się położyć i dać sobie spokój ze wszystkim. Sama zazwyczaj ścielę łóżko z rana, chociaż mąż zawsze dziwi się po co, przecież wystarczy złożyć ładnie kołdrę. Jednak zaścielenie narzuty od razu powoduje, że pokój wyglada jak spod igły, no i pościel się nie kurzy. 

6. Następnie przechodzimy się po wszystkich pomieszczeniach z workiem na śmieci i zbieramy do niego wszystko, co leży na widoku i nadaje się do wyrzucenia.

7. Przeprowadzamy atak na porozrzucane ubrania i buty.

8. Zbieramy wszystkie brudne naczynia, pakujemy zmywarkę albo zmywamy ręcznie (co kto woli). Tym samym zlew kuchenny zostaje pusty, teraz szybko przecieramy zlew gąbką z płynem, możemy też na koniec przetrzeć ściereczką z odrobiną oleju (znikną plamy czy zacieki od wody). Myślę, że zawalony brudnymi naczyniami zlew kuchenny działa na mnie równie obezwładniająco jak niepościelone łóżko.

9. Czas na powierznie płaskie: blaty, stoły, komody, parapety itp. Usuwamy z nich paprochy, przecieramy ściereczką zwilżoną odpowiednim środkiem. 

10. Czas na łazienkę: wlewamy płyn do muszli klozetowej, kiedy ten "pracuje", w międzyczasie przecieramy lustro, zlewy, prysznic. Odkurzamy dywanik łazienkowy i zmywamy podłogę.

11. Odkurzamy i zmywamy podłoge w kuchni.

12. W końcu odkurzamy pozostałe podłogi, dywany, chodniki.

13. W miarę możliwości wyjdźmy na krótki spacer, który nas odświeży, odświeży tez nasze spojrzenie - po powrocie ze spaceru sprawdźmy, czy coś jeszcze przyciąga naszą uwagę. 

14. Na kuchence, na małym ogniu, postawmy garnek z wodą i dodajemy trochę owoców cytrusowych (albo tylko skórek), cynamonu, wanilii - to jeden ze sposobów na przyjemny zapach w domu.

15. Wreszcie weźmy prysznic, przekąśmy coś i zrelaksujmy się. Ostatecznie przed nami miłe chwile w dobrym towarzystwie, a chyba większość z nas wpadła chociaż raz w szał sprzątania i gotowania na ostatnią chwilę, by w efekcie przy gościach padać ze zmęczenia i marzyć tylko o tym, żeby sobie poszli.

Oby Wasze przygotowania do Świąt okazały się lekkie i przyjemne - to już tylko dwa tygodnie! Święta w naszej tradycji to czas spędzony z rodziną, zazwyczaj poprzedzony ciężką pracą. Cóż, samo się nie zrobi, jednak mimo wszystko dbajmy o siebie, nasze wnętrze jest ważniejsze niż te wszystkie MUSZĘ, POWINNAM czy TAK WYPADA.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Nuda



„Nudzą się ludzie nudni” – znacie to stwierdzenie? Bardzo długo się z tym zgadzałam, bo rzadko się nudzę (hahaha), ale w końcu dzisiaj myślę, że wszystkie uogólnienia, a więc i powyższe, są krzywdzące i nieprawdziwe. Bo przecież każdy z nas, mimo całej swojej bystrości i zaangażowania, znalazł się kiedyś w przymusowej  sytuacji, w czasie której doświadczał niemiłego stanu braku zajęcia (braku wrażeń, emocji i przeżyć) albo poczucia, że się jest niepotrzebnym w danym miejscu i czasie. 


Nudna praca w nudnych urzędach, powtarzalność zdarzeń i sytuacji życiowych, przewidywalność, wspólne wieczorne oglądanie jednego z ulubionych filmów męża, uczenie się czegoś, co nas nie interesuje (kłaniają się studia z wyrachowania) -  w takie sytuacje możemy władować się zupełnie nieświadomie i prawdopodobnie staną się one dla nas źródłem nudy, mimo tego, że zwykle nie brakuje nam motywacji do działania.


Psycholodzy zwracają uwagę, że nuda jest wynikiem nie tyle braku bodźców w ogóle, ile bodźców istotnych dla danej osoby: niektórzy nudzą się na finałach mistrzostw świata w piłce nożnej, innych nudzi czytanie książek.  Wystarczy, że znajdziemy się:

  • w towarzystwie osób preferujący sposób spędzania czasu, który nam nie odpowiada (ja nie cierpię kręgli, a te zwykle są gwoździem wszystkich imprez integracyjnych, dlaczego nie karaoke???) 
  • albo w towarzystwie osób o zainteresowaniach, które dla nas nie stanowią atrakcyjnego tematu do rozmowy (u mnie to np. szczegóły techniczne samochodów, ubezpieczenia)
i nuda gwarantowana. Wedle ocen psychologów nudzą się mniej:

  • ludzie bardziej dojrzali i usatysfakcjonowani własnym życiem,
  • osoby o naturze autotelicznej, czyli takie, które podejmują czynności dla samych czynności (o rany, jak to wyraźnie napisać… praca jest najwyższą przyjemnością, bez względu na jej rodzaj, człowiek o naturze autotelicznej całkowicie pogrąża się w pracy i zapomina o Bożym świecie).




Nudę można porównać do bólu duszy. Tak jak ból ciała alarmuje nas o tym, że nasz organizm jest stanie zagrożenia, podobnie nuda jest jednym z dzwonków alarmujących o zagrożeniu duszy, które w konsekwencji może doprowadzić również do utraty zdrowia (np. depresja) bądź życia! A w jaki sposób? 

Kiedy w czasie deszczu dzieci się nudzą, wtedy przychodzą im do głowy różne głupie i niebezpieczne pomysły. Okazuje się, że ta sama prawidłowość dotyczy też dorosłych - im bardziej się nudzą, tym gorsze rzeczy przychodzą im do głowy. Wtedy dosłownie nudne życie może być przyczyną wielu chorób, których konsekwencją po pewnym czasie może być nawet zgon (np. ktoś z nudy próbuje zabawy z narkotykami). 

Jeśli zatem mamy nudną pracę, podczas której wyłącznie wykonujemy czyjeś polecenia bez własnego twórczego wkładu i wyraźnie czujemy, że to nas wyjaławia, postarajmy się albo zmienić pracę, albo poszukać sobie pasji poza pracą, dodatkowego zajęcia, które zaciekawi nas na tyle, że zapomnimy o głupich pomysłach.

Nudzenie się może być też sygnałem, że to, co robimy, jest pozbawione sensu i powinniśmy odpocząć.


W domu nudę można łatwo przepędzić. Kiedy czujemy się odrętwiali ze znudzenia i wydaje nam się, że nie możemy nawet wstać z  fotela, to mimo wszystko musimy wstać. Policzmy do trzech, podnieśmy tyłek z kanapy i pójdźmy poszukać inspiracji do działania. Przypomnijmy sobie, co sprawia nam przyjemność i zróbmy to. W ostateczności idźmy spać - może po prostu być zmęczeni i z tego powodu nic nam się nie będzie kleiło.

W nudnej pracy możemy wykorzystać czas na ciekawe przemyślenia, zaplanować sobie coś albo pomarzyć. W nudnym towarzystwie - spróbować nakłonić resztę do znalezienia kompromisu albo towarzystwo szybko opuścić. Serio, sama tak robię bo nie znoszę tego bezwładu, który ogarnia mnie podczas np. nudnych czy jałowych dyskusji w szerszym rodzinnym gronie. Wtedy: albo próbuję to jakoś przekierować na inne tory, albo wychodzę do innego pomieszczenia gdzie mogę sobie coś poczytać czy obejrzeć, albo pogrążam się w swoim świecie, nawet nie udając zainteresowania. Nie zdarzyło mi się, żeby ktoś się obraził, kiedy wyjaśniłam po ludzku, że to o czym mówią czy co robią, to nie moja bajka. Bo jeśli dobrowolnie spotkaliśmy się, to wspólnie powinniśmy dbać o to, by spotkanie było satysfakcjonujące dla każdego.

Nuda jest obezwładniająca i w większej dawce może prowadzić do znaczącego obniżenia naszego samopoczucia, a nawet do emocjonalnej i życiowej zapaści. Pamiętając, że nadmiar nudy bywa zabójczy, z drugiej strony nie możemy poddawać się dyktatowi bycia aktywnym - cały czas na wysokich obrotach. To też męczy i jest równie szkodliwe jak nuda. Czyli znów wychodzi na to, ze nie ma to jak równowaga życiowa. Życzę Wam Kochani tej równowagi szczególnie w grudniu, kiedy to - mam wrażenie - ludzie tak łatwo tracą głowę i przechodzą ze skrajności w skrajność, bo przecież idą Święta...
 



środa, 30 listopada 2016

Język miłości

Czasami ludzie są ze sobą tak długo, że ich związek wydaje im się czymś oczywistym i nie pamiętają już, że miłość należy ciągle pielęgnować. Bo nic nie jest dane raz na zawsze.

Uważam, że bez okazywania miłości daleko nie zajedziemy. Nasz związek pozbawiony czułych gestów, dotyku, uśmiechu, czasu tylko dla siebie - po pewnym czasie (jego długość zależy od wytrzymałości partnerów) zacznie usychać jak nie podlewana roślina. 

I nie chodzi mi tutaj o interpretowanie pewnych zachowań jako sposobu okazywania uczuć, dajmy na to: partner chętnie wyrzuca śmieci, więc pewnie kocha, bo przecież gdyby nie kochał, to palcem w bucie by nie kiwnął, by pomóc kobiecie. Mam tu na myśli wyraźne gesty i słowa świadczące o wciąż żywym uczuciu. 

To bardzo ważne, by w tej całej codzienności nie zapomnieć się, nie zacząć traktować swego związku wyłącznie jak dobrze działającej firmy. Kiedy zabraknie między partnerami chemii, wkrótce zapragną oni urlopu od codziennych wyzwań, zaczną marzyć o chwili zapomnienia - tylko czy ze sobą, czy też może z kimś innym...?

Miłość napełnia nas poczuciem własnej wartości, spokojem i dobrym samopoczuciem. Jeśli czujemy się kochani, życie staje się łatwiejsze. Przypomnijmy sobie jak jeszcze - oprócz słów "kocham Cię" - możemy wyrazić swoją miłość, tak aby druga strona dobrze to zrozumiała:

1. Dotyk. Wszyscy go potrzebujemy, a szczególnie cenny jest ten, podarowany przez osobę, którą darzymy uczuciem. Zazwyczaj "świeża" para bardzo chętnie dotyka się i przytula, spaceruje trzymając się za ręce. Z biegiem lat, po wielu wojnach domowych, zapominamy o dotyku, a stąd już blisko do poluzowania więzi łączących partnerów, do unikania seksu i traktowania się jak starzy dobrzy znajomi. Zawsze bardzo  wzruszają mnie starsi ludzie trzymający się za ręce, myślę, że dla nich starość wydaje się mniej straszna, niż dla tych samotnych. 

2. Czas. Potrzebujemy dla siebie czasu jakościowo najlepszego, może to być jedna godzina, ale godzina poświęcona tylko dla siebie, bez rozpraszania uwagi. Warto wyciszyć telefon, zamknąć laptopa, wyłączyć telewizor (jeśli odrywa nas od bycia razem) i po prostu pobyć ze sobą.

3. Prezenty. Nie tylko podarunki z okazji świąt i urodzin, ale też drobne codzienne niespodzianki, świadczące o tym, że o partnerze ciepło myślimy. Jak często kobiety marzą o tym przysłowiowym kwiatku od partnera, a przecież nie jest jakimś problemem dla mężczyzny, by wracając z pracy zatrzymać się w kwiaciarni i kupić tego wyczekiwanego kwiatka. Kobieta może na kolację przyrządzić ulubione danie partnera (jeśli to ona gotuje, jeśli nie, będzie to jeszcze bardziej rozczulające!) i zaserwować ukochanemu ze słowami: zrobiłam to specjalnie dla Ciebie. To tylko przykłady wymyślone na potrzeby posta, każdy zna swoją drugą połówkę i wie (albo domyśli się), jak ją miło zaskoczyć.

4. Słowa. Oczywiście wyznania miłości nic nie pobije, ale ponadto dobrze działają pochwały, komplementy i tzw. czułe słówka. Natomiast wystrzegajmy się niespójności, ta - często niezamierzona - po cichu rujnuje nasz związek. Jeśli przez cały dzień krzyczymy na siebie, denerwujemy się, wzrokiem, gestem czy słowem wyrażamy swoją dezaprobatę dla partnera, to jak ma on uwierzyć, że go kochamy? Nawet jeśli mleko się już rozlało, to nie zostawiajmy tego tak: zawsze przeprośmy za to, co było złe i zapewnijmy o uczuciu. 

5. Gotowość do praktycznej pomocy. Jak zaznaczyłam na wstępie, może to i mało wyraźny przekaz, to jednak lata praktyki podpowiadają mi, że partner, który ma nas w tzw. "wysokim poważaniu", rzeczywiście nie wyrywa się do pomocy. Kobieta może padać na twarz z przemęczenia, a ten będzie beztrosko przełączał przyciski na pilocie. Kobiety z kolei zupełnie nie przejmują się niedbałym wyglądem partnera, nie pomogą mu w sprawach "garderobianych", których on sam nie ogarnia, bo nie zależy im, żeby ten atrakcyjnie się prezentował. To tylko wyrwane przykłady, ale chyba dobrze obrazują, co miałam na myśli.


I mały bonus - niezwykłe są zwyczaje "samców", którzy przez cały dzień burczą do swojej partnerki, traktują ją jak pomoc domową i generalnie są niemili, a wieczorem... pomalutku, po cichutku włażą pod naszą kołdrę, bo im się przecież należy!

Właśnie! Nie traktujmy niczego ani nikogo tak nonszalancko, jakby nam się należało. Należy nam się więc bierzemy, a tymczasem do pełni harmonii potrzebna jest równowaga w dawaniu i braniu. CO DAJESZ, WRACA DO CIEBIE (JAK MAWIAJĄ CZAROWNICE) - WRACA PO SIEDMIOKROĆ.

Za oknem "szaleje" jesień, życzę więc Wam moi drodzy pięknej miłości ładnie okazywanej, rozgrzewającej Wasze serca i domy w ten mroczny czas!

piątek, 25 listopada 2016

Tego nie róbmy swoim dzieciom!

Wiele razy podkreślałam w swoich postach, jak bardzo niszczy nas długotrwałe odczuwanie strachu czy lęku, jest jednak jeszcze jedna emocja, której nadmiar pustoszy naszą psychikę i wstrzymuje rozwój osobisty - wstyd. Niestety, wstyd części z nas towarzyszy od najmłodszych lat, a to stąd, że wychowywanie dzieci poprzez ich zawstydzanie było i jest ciągle popularne.

Wiele rodziców uważa, że karanie i zawstydzanie (a czasami klaps), są najbardziej skutecznymi metodami na "niewłaściwe" zachowania dzieci. Oczywiście jest to nieprawda - istnieją   zdrowsze i bardziej skuteczne metody, jak chociażby: 
  • ustalanie jasnych zasad i granic, 
  • traktowanie dzieci z szacunkiem,
  • traktowanie poważnie uczuć i potrzeb dziecka,
  • bycie konsekwentnym,
  • uczenie odpowiedzialności w odpowiednim dla danego wieku zakresie.
Dzieci najlepiej uczą się dyscypliny, gdy naturalnie doświadczają konsekwencji swoich zachowań. Ponadto, stosowanie wyżej wymienionych środków w procesie wychowawczym sprawia, że dzieci dorastają z silniejszym poczuciem wartości i świadomości społecznej.

Natomiast wychowywanie poprzez zawstydzanie niszczy godność małego człowieka, a godność ta może nigdy nie zostać odbudowana, bo wstyd ma siłę niszczącą!

Jest taka prawidłowość: dzieci doznające emocji wstydu czują się bezsilne. Aby poczuć się lepiej, mogą starać się odmienić po swojemu sytuację - znajdą kogoś, kogo będą mogli sami zawstydzić. Czy podobnego zachowania nie znajdziemy u dorosłych? Nie na próżno twierdzi się, że właśnie człowiek zakompleksiony chętnie atakuje innych od tyłu, krytykuje ich, żeby poczuć się lepiej.

Stale zawstydzane dzieci mają zaniżoną samoocenę. Na dodatek, jeśli przy tym notorycznie nie zauważamy potrzeb emocjonalnych dzieci, a ich doświadczenia bagatelizujemy, te dorosną w przekonaniu, że ich uczucia są nic nie warte.

Niby dorastamy, a zawstydzone dziecko ciągle w nas jest - wstyd przybiera postać wewnętrznego głosu i obrazów, które zawstydziły nas w przeszłości. Dajmy na to: chcemy powiedzieć coś interesującego w towarzystwie, a jesteśmy powstrzymywani przez przekonanie, że nie jesteśmy wystarczająco dobre, by się tak wystawiać na widok publiczny.

A więc, czy wstyd jest zły? To emocja, która uczy nas rozróżniania adekwatnych i nieadekwatnych zachowań, zgodnych z normami środowiska w którym żyjemy. Wstyd wywołuje refleksję nad własnym zachowaniem. Niewielkie nasilenie wstydu jest OK, działa mobilizująco, jednak jego nadmiar prawdopodobnie spowoduje wycofanie, chęć unikania i zahamowanie rozwoju osobistego.

Wiadomo, bywa że powielamy wzorce zachowań wyniesione z dzieciństwa, ze swoich rodzin, które często idealne nie były. Wychowujemy dzieci w taki sposób, jak nas kiedyś wychowywano. Aby to zmienić, musimy pogłębić naszą empatię wobec dzieci oraz przypomnieć sobie jak czuliśmy się w dzieciństwie. Popatrzmy na świat oczami tamtego dziecka - siebie z przeszłości - to pomoże nam zrozumieć uczucia i świat naszych dzieci.

I najważniejsze: spytacie mnie, kim jestem, że wymądrzam się niczym psycholog. Psychologiem z wykształcenia rzeczywiście nie jestem, chociaż tematyka ta dość mnie interesuje, jednak swoją wiedzę w tym temacie czerpię głównie z własnych doświadczeń - jestem córką alkoholika, więc mogę śmiało powiedzieć, że o wstydzie i długotrwałym procesie wyzwalania się z niego, wiem wszystko. Ale wiem też, że są inne niż patologia w rodzinie, sposoby na zawstydzenie dziecka: poniżanie i wyśmiewanie - ty baranie, nic nie potrafisz zrobić dobrze, wyśmiewanie lęków, słabości i zachowań dziecka, porównywanie do kolegów (w kontekście, że oni są zwykle w czymś lepsi), zmuszanie do chodzenia w ubraniach, których dziecko nie lubi i inne. 

Jeśli do wstydu dołożymy: 
  • wychowanie w krzyku, wyzwiskach, strachu
  • mówienie źle o dziecku i innych - przy dziecku,
  • zmuszanie dzieci do robienia rzeczy, przed którymi czują silny opór,
  • nie dawanie im prawa do przestrzeni, do własnego zdania,
to na jakich dorosłych dzieci tak traktowane wyrosną? 

Jako podsumowanie napiszę to proste stwierdzenie: WIĘKSZOŚĆ PROBLEMÓW DOROSŁYCH LUDZI ZACZYNA SIĘ JUŻ W DZIECIŃSTWIE. Dlatego nie róbmy krzywdy swoich dzieciom, kochajmy je mądrze.



sobota, 19 listopada 2016

Gry rodzinne

Rodzina jest dla większości z nas główną wartością, jednak bywa, że życie w niej jest okupione utratą cząstki własnego JA. By żyć w bezpiecznej i złączonej emocjonalnie grupie bliskich ludzi, być przez nich akceptowanym, często wyrzekamy się różnych rzeczy, nieraz zgrzytając przy tym zębami.

Rodzina szczęśliwa, czy nie - zawsze wytwarza mechanizmy wobec których poszczególni jej członkowie czują się bezradni. Jest systemem, w którym każdemu przypada określona rola a ci, którzy próbują się wyłamać zostają przywołani do porządku, jakby kształt który tworzy, należało za wszelką cenę zachować.

Uczy się dzieci od kołyski, by rodziców i dziadków szanować, a rodzinie pomagać. Uczy się, że rodzina zawsze trzyma się razem. I bardzo dobrze, jednak te piękne zasady są - wcale nie rzadko - przez niektórych członków rodziny wykorzystywane do osiągnięcia dominacji nad pozostałymi. Tworzy się wtedy coś na kształt małej mafii. Jak pozostać sobą w takiej rodzinie?

Kilka przykładów chorych konstelacji rodzinnych:

1. Zaborcze i apodyktyczne matki (albo i rodzice). Dla nich bycie rodzicem kojarzy się z władzą, a jej utrata z utratą szacunku dziecka. "Już nie mamy córki!" - rzucają dramatyczne okrzyki, kiedy dorosłe dziecko chce wreszcie o czymś po swojemu zdecydować. Takie uzależnione dzieci muszą bardzo uważać, by wszystko, co robią posiadało aprobatę rodziców. W pewnym momencie nie wiedzą nawet, czy mają zakładać własną rodzinę, gdyż to może okazać się zdradą.  Rodzice podczas całego procesu wychowywania nie stawiają na uczenie dzieci samodzielności, lecz tak bardzo uzależniają je od siebie, że te wkońcu nie umieją podjąć jakiejkolwiek samodzielnej decyzji.

2. Traktowanie doroslych członków rodziny, którzy nie zdecydowali się na tradycyjne małżeństwo czy urodzenie dzieci, jak kogoś niepełnowartościowego. Objawia się to nieustannym nagabywaniem dzieci o partnera, potem o ślub z partnerem, a wreszcie o ciążę. Sama ostatnio stanęłam twarzą w twarz z jedną z babć moich dzieci, która ostro ścierała się ze mną o to, że te (wiek: 20 i 22 lata), nie mają jeszcze tzw. narzeczonych. Nie pomogły grzeczne tłumaczenia, że to przecież jeszcze studenci i niech lepiej skupią sie na nauce niż na pieluchach. A co będzie jak się przyzwyczają do wolnego stanu i będzie im tak dobrze??? Mąż, żona i posiadanie dzieci - to przeznaczenie każdego człowieka, gdyż w Biblii jest powiedziane "idźcie i rozmnażajcie się", a Biblii lekceważyć nie należy. Myślę, że z takim nagabywaniem można spotkać się w wielu rodzinach, a jest to prawdę mówiąc dla młodych ludzi pewnego rodzaju tortura, z którą muszą się mierzyć wiele razu, aż do wyrzygania.


3. Siostra nieustannie podrzuca dziecko do pilnowania. Brat alkoholik prosi o pożyczkę. Czyli wykorzystywanie układów rodzinnych do własnych celów. Tutaj i rodzice mogą stać się poszkodowanymi, gdyż w naszej tradycji, rodzic to ktoś, kogo można do śmierci bezwzględnie eksploatować, zapewne w konsekwencji za to, że sprowadził nas na ten świat. Nasi polscy, starzy rodzice bez przerwy niańczą wnuki, oddają dzieciom uciułaną rentę, usuwają się do ciasnego kąta byleby młodzi mieli wygodnie. Sami zazwyczaj nie mają większych planów na starość, może poza wybudowaniem sobie grobu (i to z myślą, żeby dzieci miały w przyszłości mniejszy kłopot). O przyjemnościach też nie myślą, bo ich nie stać, a jeśli nawet mają trochę odłożonych pieniędzy, to przecież młodym pieniądze bardziej potrzebne. Tak na marginesie, ostatnio zostaliśmy delikatnie skrytykowani za robudowę domu na wsi - po co to? Przecież mamy dzieci, a te jak wiadomo, przyjmą każdą ilość pieniędzy ;-) Takie niestety jest myślenie części naszego społeczeństwa, żadne "życie zaczyna się po czterdziestce" itp. 

Tyle przykładów, a teraz wróćmy do pytania JAK POZOSTAĆ SOBĄ W RODZINIE i czy to w ogóle jest możliwe??? Osobiście uważam, że jest to możliwe i należy o to walczyć, a nawet walka ta jest naszym najświętszym obowiązkiem. Jeśli ktoś nie walczy, to znaczy, że żyje w autodestrukcyjnym, wynikającym z tradycji przekonaniu, że zawsze musimy mieć poparcie rodziców (rodziny).

A to wcale nie prawda. W końcu warto zdać sobie sprawę, że nie musimy z nikim na siłę przesiadywać i nikogo z obowiązku słuchać. Jeśli jesteśmy dorośli i ktoś nas krytykuje a my go słuchamy, to sami jesteśmy za taką sytuację odpowiedzialni. Istnieje mnóstwo kulturalnych sposobów na załatwienie trujących relacji, a jeśli druga strona nie może pogodzić się z porażką, to nic się nie dzieje - tak naprawdę nie musimy kontrolować czyichś emocji, wystarczy jeśli swoje będziemy mieli pod kontrolą.


Każdy z nas posiada prawo do własnego terytorium, przestrzeni, do wyrażania własnych myśli i obrony swoich praw. Kiedy ktoś utrudnia nam realizację tego, to mamy do czynienia ze zwykłą przemocą pod płaszczykiem troski i miłości. Możemy też zadać sobie pytanie, czy opłaca nam się bycie asertywnym w rodzinie (?). Przecież forsując własne zdanie często tracimy poparcie naszych bliskich a zyskujemy oziębienie relacji, co wydaje nam się nie do zniesienia. Z drugiej strony, miejmy świadomość tego, że zachowując uległość czujemy przecież niesmak, bycie stłamszonym i wykorzystanym. Z czasem takie sytuacje spowodują u nas zgorzknienie, a w rodzinie - fałszywe relacje (wszyscy na powitanie trącają się buźkami, a po cichu zgrzytają zębami i nie mogą na siebie patrzeć bez złości).

Dlatego zawsze należy otwarcie mówić czego nie chcemy, wyjaśniając motywy swojego postępowania, mówmy też o naszych uczuciach. Nie mamy wpływu na to, czy nas zaakceptują, jednak musimy próbować, bo życie w fałszu to więzienie. Często wkładamy energię nie w to, co trzeba - chcemy zmieniać drugą osobę, zamiast odebrać jej kontrolę nad sobą. Kiedy damy sobie prawo do decydowaniu o własnych uczuciach i reakcjach, odzyskamy siłę uwiązaną dotąd w sztywnym kształcie rodzinnego systemu. Nie będziemy już dawali się zdominować ani nie będziemy chcieli podporządkować sobie drugiej strony. Byłoby idealnie, prawda?