środa, 29 kwietnia 2015

Jedynakiem być



Wiele osób twierdzi, że jedynacy w życiu dorosłym radzą sobie gorzej z rozwiązywaniem konfliktów czy funkcjonowaniem w grupie. Zazwyczaj posądzani są też o egoizm, a na ich barki zrzucane są wszelkie negatywne cechy związane z zachowaniem i postrzeganiem świata. Narosło mnóstwo mitów na ten temat, z którymi ja, właśnie jedynaczka, będę tu polemizować. Obecnie jedynaków spotykamy częściej, ale w latach 70-tych, kiedy byłam dzieckiem, rodziny 2 + 1 były rzadkością i w otoczeniu wzbudzały coś na kształt zazdrości, a już szczególnie, kiedy mieszkało się na wsi. Na herbata-ze-szklanki.pl natknęłam się na ciekawy artykuł o mitach i prawdach bycia jedynakiem, które rozważyłam po swojemu, a oto efekty:

Mity i prawdy o jedynakach wg herbata-ze-szklanki.pl

1.  Jedynacy są rozpieszczeni. Niekoniecznie! Nie przypominam sobie, żebym miała lepiej niż koleżanki z wielodzietnych rodzin. Moi rodzice ciężko pracowali i tego samego wymagali ode mnie. Od najmłodszych harowałam w ich gospodarstwie i z pewnością byłoby mi lżej, gdybym miała choćby jednego brata. Nie pamiętam też, żebym dostawała jakieś pieniądze dla siebie, czy wyjątkowo dużo rzeczy. To wszystko zależy od statusu rodziny, jeśli ta ma pieniądze „do wyrzucenia”, to i szóstka dzieci żyje ponad stan.

2. Jedynacy są niezdolni do podejmowania samodzielnie ważnych życiowych decyzji. Cały czas polegają na rodzicach. Kolejna  generalizacja. Sytuacja ta może dotyczyć również dzieci z wielodzietnych rodzin. Jeśli rodzic bywa nadopiekuńczy, to jak najdłużej trzyma dziecko pod kloszem, żeby broń Boże sobie nie zaszkodziło własną głupotą. Jednym słowem, nie pozwala dzieciom uczyć się na własnych błędach.


3. Jedynacy są egoistyczni. Czy to przypadkiem nie zależy od charakteru człowieka??? Pewnie wielu nazwałoby mnie egoistką, bo od wielu lat nie pozwoliłam się nikomu wykorzystać, ale do takiej postawy doszłam sama, metodą prób i błędów. Jako młoda dziewczyna byłam wręcz jak cielę, praktycznie nie umiałam się bronić, bo tak byłam wychowana – uczono mnie w pierwszej kolejności myśleć o obowiązkach czy o innych ludziach.


4. Jedynacy nie potrafią się dzielić. Wszystko zależy od rodziców! Ja większych problemów w dzieleniu się nie widzę, aczkolwiek przyznaję, mam coś takiego, że dając zawsze uważam, czy moje potrzeby będą zabezpieczone. Bezmyślnie przysłowiowej ostatniej koszuli raczej nie oddam.


5. Jedynacy kochają być w centrum uwagi. Może tak, może nie. Myślę, że może dotyczyć wszystkich. Ja osobiście nie przepadam za byciem w centrum uwagi, robię to tylko z konieczności, np. mam imieniny i tego faktu nie da się ukryć ;-)


6. Jedynacy są leniwi. Może i jestem leniwa…, chociaż to zależy. Lubię pracować z pasją, wszystko zależy od motywacji. Natomiast wykonywanie beznadziejnie brzmiących poleceń innych ludzi, nie wiadomo dlaczego do mnie kierowanych to dla mnie męka piekielna i unikam tego jak mogę.


7. Jedynacy częściej decydują się na posiadanie większej ilości dzieci. Z moich obserwacji wynika, że to prawda. Sama chciałam mieć więcej niż jedno dziecko i widzę, że dobrze zrobiłam rodząc dwójkę. Niestety, nie każdy może. Moja mama na przykład nie mogła.


8. Jedynacy nie podejmują wyzwań. To w moim odczuciu jakaś totalna bzdura.

9. Jedynacy nie są zazdrośni. Za autorką artykułu powtórzę, bo też myślę dokładnie tak samo: „Jasne że to generalizacja, bo każdy czegoś zazdrości. …... Jedynacy z racji tego, że maja „wszystko” dla siebie, rzadziej zazdroszczą innym. Nie muszą walczyć z rówieśnikami, więc siłą rzeczy uczucie zazdrości pojawiają się rzadziej. Jak wszystko ma to swoje złe i dobre strony”.


10. Jedynacy wiodą żywot samotnika.  To prawda, że dobrze czuję się we własnym towarzystwie i nigdy się nie nudzę będąc sama. Kocham ciszę i spokój, a wręcz potrzebuję jej jak wody. Jednak do życia zdecydowanie potrzebuję wymiany emocji z innymi ludźmi, tyle, że nie 24 godziny na dobę.


11. Jedynacy nie doświadczają radości z pojawienia się nowego członka rodziny. Czy to prawda? Być może... Kiedy rodziłam swoje dzieci, to radość była wielka, ale już niemowlaki w dalszej rodzinie faktycznie nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia…


12. Jedynacy często trzymają ludzi na dystans. Hmm… zależy jakich ludzi, jednak faktycznie zbyt częste kontakty bywają męczące. Ujmę to w ten sposób – każdego dnia muszę mieć czas wyłącznie dla siebie. Muszę, bo inaczej się „uduszę” ;-)


13. Jedynacy są doskonałymi słuchaczami. Też nie do końca prawda. Muszę czuć zainteresowanie osobą tematem. Jeśli ktoś zaczyna przynudzać, to na pewno nie zdzierżę.


14. Jedynacy częściej się nudzą. Dla autorki artykułu to prawda, dla mnie stwierdzenie to zdecydowanie powinno wylądować w MITACH.


15. Jedynacy zostają sami.  Kiedyś nadchodzi ten moment, że rodzice odchodzą. W takich momentach obserwuję rodzeństwa - jak wspaniale potrafią się wspierać, bo problem odejścia rodzica dotyczy ich w takim samym stopniu. Ja nie będę miała nikogo, kto będzie dzielił ze mną mój ból po równo.


16. Jedynacy są zaradni. Uważam, że to prawda, sama jestem taką trochę „zosią-samosią” i nie potrzebuję nikogo się dogłębnie radzić podczas podejmowania decyzji czy działania. To wszystko dzieje się u mnie z automatu. Decyduję się i działam. Obserwując znaną mi trójkę rodzeństwa, łapię się za głowę – u nich na każdy najmniejszy problem dotyczący jednego z nich musi być zwołana „narada rodzinna”. Przykład: jedna z sióstr kupuje nową kanapę i to już jest wydarzenie rodzinne. 


Z perspektywy jedynaka uważam za trochę krzywdzące przypinanie do nas najgorszych „łatek”. Myślę, że najmłodsze dzieci w rodzinie również narażone są na różne, destabilizujące charakter, działania rodziców, a najstarsze z kolei zwykle czują się pokrzywdzone. Średnie też mogłyby coś o swoim losie powiedzieć… Tak więc uważam, że to głównie w od rodziców zależy jak ich dziecko zostanie wychowane i nie koniecznie dziecko musi być jedynakiem, aby  posiadać takie cechy jak lenistwo, egoizm czy niezdolność do podejmowania decyzji. Zarówno bycie jedynakiem czy urodzenie się w wielodzietnej rodzinie jako pierwsze, środkowe czy ostatnie dziecko, ma swoje plusy i minusy. Często człowiek rodzi się z określonymi cechami i wychowywanie nie pomaga, bo dana osoba np. ma wrodzony wstręt do pracy.

Po przeczytaniu artykułu na herbata-ze-szklanki.pl postanowiłam sama poruszyć ten temat, trochę dla higieny umysłu - faktycznie dość często zdarzało mi się słyszeć w różnych sytuacjach stwierdzenia typu: co ty możesz wiedzieć, przecież jesteś jedynakiem, zawsze było ci lepiej niż nam, nie musisz kłócić się o majątek po rodzicach, w ogóle o nic nie musisz się kłócić i niczego nie rozumiesz. A przecież każdy ma swoje dzieciństwo, rodziców ma jakich ma i często jedynak mógłby zazdrościć osobom posiadającym rodzeństwo.

Po prostu róbmy swoje bez zawracania kijem Wisły, ponieważ to, ilu z nas było w rodzinie, stanowi marną wymówkę na wytłumaczenie dlaczego tak czy inaczej się zachowujemy. Dorastając, możemy świadomie kierować swoim rozwojem i pracować nad charakterem, więc zamiast narzekać na brak rodzeństwa czy jego nadmiar, bierzmy się do roboty.

A jak tam Wasze zapatrywania na ten temat? Czy czytają mnie jacyś jedynacy - jak Wam się żyje bez rodzeństwa?

sobota, 25 kwietnia 2015

Jak zagrzewam się do aktywności fizycznej

W tkance tłuszczowej znajduje się 10 - 20 procent wody, natomiast w suchej masie mięśniowej jest jej średnio 70 - 75 procent. Ponieważ z uwagi na zawartość wody mięsień jest o wiele gęstszy i cięższy, osoby, które zyskują masę mięśniową i tracą tłuszcz, zwykle nie obserwują w czasie ważenia się szybkiej utraty masy ciała, jednak ich ubrania z pewnością stają się luźniejsze.

Dobra kondycja fizyczna posiada wiele zalet m.in. zmniejszenie częstotliwości uderzeń serca (puls), wzmocnienie układu krwionośnego, zwiększenie wydajności płuc, korzystny wpływ na masę ciała, a także... lepsze nawodnienie komórek ciała. To mięśnie, a nie tłuszcz zatrzymują więcej wody, dlatego im większą mamy masę mięśniową, tym większe szanse na zatrzymanie wody komórkowej. Wniosek - im bardziej jesteśmy wysportowani, tym mniej wody potrzebujemy.

Myślę, że akurat Was nie muszę przekonywać do podjęcia aktywności fizycznej, z moich obserwacji wynika, że większość odwiedzanych przeze mnie blogerek (-ów) na co dzień wybiera bycie fit - systematycznie ćwiczy, biega, jeździ rowerem itd. oraz dba o zdrowe odżywianie. Ci, którym ciągle trudno ruszyć się z fotela, bo nie lubią się męczyć, powinni wiedzieć, że nie istnieje żaden uniwersalny program dobry dla wszystkich, dlatego nikt nie powinien obwiniać się za to, że nie cieszy go coś, co nie leży w jego naturze. Zamiast negować potrzebę ruchu, lepiej jest zastanowić się nad następującymi kwestiami:
1) co poprawia nasze samopoczucie fizyczne i psychiczne?
2) jaka forma i poziom intensywności treningu sprawiają, że jesteśmy naładowani energią, a jednocześnie następnego dnia czujemy lekki ból mięśni?
3) gdybyśmy mieli jutro wolny dzień, jaką formą aktywności ruchowej byśmy się zajęli?

Sama nie jestem wielką pasjonatką fitnessu, podziwiam niektórych za to układanie grafików ćwiczeń oraz za to, z jaką konsekwencją ich przestrzegają. Wiele aktywności fizycznych wydaje mi się tak nudnych, że nawet palcem w bucie nie chce mi się kiwnąć, żeby je wykonywać, ale wiem z doświadczenia, że bez ruchu daleko nie ujadę. Przez większość dotychczasowego życia zawsze starałam się z rozsądku być aktywna - raz mniej, raz bardziej, a czasami nawet... wcale. Na szczęście zawsze budzę się z letargu i zaczynam kolejny zryw.

Już wiem, że kiedy nie ćwiczę to obrastam w tłuszcz, tracę kondycję podupadam na zdrowiu. Drastycznie spada moja jakość życia, a ja nie chcę żyć na pół gwizdka, cierpieć na zadyszkę podczas wspinania się po schodach. Wspomniane objawy stają się wyraźniej widoczne, właśnie po przekroczeniu 40-stki, niech więc moje słowa będą przestrogą dla tych młodszych osób, którym się nie chce. Co w pewnym wieku uchodzi na sucho, za to później zapłacimy z nawiązką, w przypadku rezygnacji z aktywności fizycznej, będziemy szybciej się starzeć, a o tym chyba nikt nie marzy!


Jak wyżej wspomniałam, nie pasjonuje mnie sport, ale uparłam się i znalazłam kilka aktywności, które z jakichś niewyjaśnionych powodów sprawiają mi przyjemność i do nich wracam po okresach stagnacji. Jest ich niewiele, ale ważne, że są:

1) bieganie (długodystansowe) lub marszobiegi - to lubię od najmłodszych lat, każdego roku biegam, ale z przerwami, bo jestem tak dziwnie skonstruowana, że w swoim wyzwaniu muszę być systematyczna, jeśli opuszczę dzień i go nie odrobię, to zwykle jest mi ciężko ponownie podjąć wyzwanie i może nastąpić zastój, teraz akurat znowu biegam - wiosna zachęca;

2) jakieś pajacyki, ćwiczenia na biust (korzystam z przyrządu zwanego agrafką) przysiady i skłony - najprostsze (żadne ćwiczenia z filmikami!), z równie niewyjaśnionych powodów nie znoszę ćwiczeń na brzuch i nie daję rady zaszczepić się nimi, postaram się jeszcze coś dla siebie znaleźć, bo sama widzę, że niewiele lubię...;

3) skakanka - ostatnio tylko na urlopach, w moim mieszkaniu zawsze o coś sznurkiem zahaczam;

4) ćwiczenia na siłowni - tylko od listopada do lutego, później nie chce mi się chodzić w to miejsce, a podczas ostatniej zimy siłownię odpuściłam sobie całkowicie (i żałuję, ale naprawdę nikogo do pary nie udało mi się namówić!);

5) joga - tutaj miałam dłuższą przerwę, ale czułam, że moje ciało wręcz łaknie rozciągania, sam ruch to nie wszystko, nie robię jeszcze nic trudnego, dopiero zaczynam się wkręcać po latach, przypominając sobie asany typu "drzewo", dobrze że w sieci pełno filmików i portali z jogą;

6) rower - z przerwą w okresie listopad - marzec, niby fajnie się jeździ, ale bieganie jest mi zdecydowanie bliższe, pewnie to przez miejsce przechowywania roweru (zagracona rowerami mieszkańców z naszej klatki pomieszczenie o powierzchni 13 - 14 metrów kwadratowych), zwykle do swego roweru muszę się przedzierać przez niedbale poustawiany sprzęt i mija kilka minut, zanim uda mi się go stamtąd wydostać.

Wyznaczyłam sobie na aktywność fizyczną następujące dni: wtorek, czwartek, sobota, niedziela. W weekend zamiennie - jeśli w sobotę bardziej się zmęczę, to w niedzielę tylko długie chodzenie po Myślęcinku (8 km z licznikiem w ręku). Wiem, że to wygląda dość marnie, ale taka właśnie aktywność do mnie teraz pasuje, tyle jestem w stanie dla siebie zrobić bez problemu i jestem otwarta na zmiany. Jak to mówią: lepszy rydz niż nic. Nie biję rekordów sportowych ani z nikim nie wpółzawodniczę, ćwiczę dla utrzymania dobrej kondycji, zdrowia i wreszcie dla urody.

Jeśli zachodzi taka konieczność, zmieńmy swoje wyobrażenia na temat wysiłku fizycznego, które u nas się nie sprawdziły - otwórzmy się na możliwość stania się bardziej aktywnymi w inny sposób, który pobudzi nas do działania. Przyjemne wrażenia sprawią, że będziemy stale powracali do odkrytej formy spędzania czasu. Ćwiczenia to nie kara ani przykry obowiązek - powinny sprawiać nam przyjemność! I tego się trzymam :-)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Wspólne cechy ludzi, którym się udało




Akcja ostatnio przeczytanej przeze mnie powieści "Okruchy raju" rozgrywa się w Indonezji i innych krajach Azji Południowej, a rozpoczyna się w 1965 r., kiedy to pięcioletnia Meila traci ojca w czasie czystek prowadzonych na komunistach (rodzice Meili byli komunistami), a wraz z nim całe dotychczasowe, luksusowe życie. Matka Meili na rowerze wywozi córkę z ogarniętej rewoltą Dżakarty na początku chroniąc się u mieszkającej na wsi, siostry zabitego męża, a kiedy i tam zostają odnalezione przez wrogów komunistów (a wieś zostaje spacyfikowana), uciekają daleko w góry, do zapadłej wioski, w której kiedyś mieszkała matka Meili. 

I tak mogłabym jeszcze długo opowiadać, historia Meili jest barwna i obfitująca w dramatyczne momenty. Przy okazji poznajemy dużo ciekawostek związanych z realiami życia w tej części świata oraz wachlarz emocji i pobudek psychologicznych zamieszkujących tam ludzi, które znacznie różnią się od europejskich standardów w tym zakresie. Jest to lektura wciągająca, czas płynie przy niej szybko, tak wiec zachęcam gorąco do poznania dalszych losów Meili.

Zdradzę jeszcze tylko, że w pewnym momencie życia, bohaterka jest zmuszona opuścić wioskę w górach – znów ucieka, tym razem dlatego, że jest w ciąży i boi się, że z tego powodu mogłaby zostać ukamienowana podobnie jak przyjaciółka, która chciała wieść tak swobodne życie, jak rówieśnice w Europie. Meila wsiada do autobusu jadącego w stronę Dżakarty. Chociaż wraca na stare śmieci, w zasadzie jest to podróż w nieznane, gdyż dziewczyna będzie musiała zacząć od zera (w dodatku spodziewając się dziecka), znajduje się więc na skraju rozpaczy.
W autobusie zaczepia ją starsza kobieta, zadając mnóstwo pytań i Meila początkowo nie ma ochoty z nią rozmawiać. Wkrótce okazuje się, że ta właśnie kobieta jest pierwszym stopniem do poprawy losu dziewczyny. Gdyby Meila zdecydowanie odmówiła rozmowy ze starszą panią, straciłaby szansę na rozwój wypadków, które doprowadziły ją w końcu do wielkiego bogactwa.

Książka to ciekawie ujęta historia życia Meili, które splata się z losami innych ludzi, ale nie tylko wartka akcja zasługuje tu na uwagę - w moje oko wpadły też mądrości, jakie prawiła Meili starsza kobieta w autobusie jadącym do Dżakarty. Warto je zacytować, bo są ponadczasowe:

1. „Czemu od razu się denerwujesz i  jesteś opryskliwa? Tak nie można! W mieście nie rozmawiaj tak z ludźmi, moja panno, bo krzykiem niczego nie osiągniesz – pouczała surowo, ściągając przy tym usta w ciup. – Nigdy nie wiadomo, czy ktoś chce ci dokuczyć, czy pomóc, więc lepiej uzbroić się w cierpliwość i poczekać”.

2. „Towarzyszka wcisnęła do jej zatłuszczonej dłoni małą zielonkawą pomarańczę.
- Ale przecież pani to wiezie dla rodziny – wzbraniała się Meila. – Jakżebym śmiała.
- Jak dają, to bierz”.

3. „… w ciężkiej sytuacji żaden Bóg mi nie pomoże.
- Trzeba w coś wierzyć, moje dziecko. Łatwiej się wtedy żyje. Bóg czuwa nad człowiekiem i dobremu nie da zginąć. Ot co! Dlatego spotkałaś mnie moja duszko.”

4.Nie zamykaj się w sobie, nie odgradzaj od świata, tylko go chłoń i wychwytuj każdą okazję. Inaczej zginiesz…. Kiedy jesteś w dołku, nigdy nie pokazuj tego, co czujesz, co cię żre i gryzie, smutku, rozpaczy, załamania…. Ludzie tego nie lubią, nie chcą mieć kontaktu ze smutasami i zrzędami. Zawsze miej pogodne liczko. Choćby nie wiem co!”

5.Nie musisz być wesoła, nie musi ci być do śmiechu, masz mieć miłą buźkę, bo tylko taka optymistyczna facjata sprawia dobre wrażenie i wzbudza w otoczeniu ciepłe uczucia, radość i życzliwość. Rozumiesz w końcu?”

Czy Wam również się wydaje, że właśnie takie zachowania są wspólną cechą ludzi sukcesu?....

czwartek, 16 kwietnia 2015

Dziękuję



„Dziękuję za… ” – wielu uważa, że tymi słowami należałoby kończyć i zaczynać dzień, wyrażając to całą swoją postawą, a nie tylko mechanicznym powtarzaniem wyuczonych zwrotów. Oczywiście, również tak uważam! Wdzięczność to magiczne uczucie, które sprawia, że im częściej ją wyrażamy, tym więcej mamy do niej powodów.

Myślenie wdzięcznościowe, a jeszcze lepiej zapisywanie sobie pozytywnych rzeczy, które nas spotkały, zmienia naszą perspektywę, pomaga skoncentrować się na tym co dobre. Gdy koncentrujemy się na wdzięczności, to automatycznie przestajemy narzekać! A miłośnicy „Sekretu” powiedzą, że koncentrując się na pozytywach, przyciągamy powodzenie, obfitość i dobre samopoczucie.

Budzenie się i zasypianie z uczuciem wdzięczności pozwala przeżyć (być może jedyne) chwile bez pretensji do siebie, kogokolwiek czy czegokolwiek, bez uczucia zależności od ludzi i wydarzeń. I to jest właśnie naprawdę piękne uczucie – po prostu być. Ktoś mądry zauważył, że „ciężar tworzy to, co chcielibyśmy posiadać, chcąc być kimś innym niż naprawdę jesteśmy, żyć inaczej niż żyjemy”. Ciężar tworzy też strach o swoją zdobytą już pozycję w świecie. 

Zatrzymajmy się, by poczuć wdzięczność, bo jest za co, nawet jeślibyśmy uważali, że jest inaczej. Takie sprawy najbardziej rozumieją ludzie, którzy przeszli ciężką chorobę, czy inne nieszczęście. Kiedy złe dni miną, automatycznie budzi się w nich wdzięczność:
- za każdą przespaną noc,
- za uśmiech,
- za brak bólu,
- za kolejny dzień życia,
- za każdą złotówkę, która wpływa na konto.

„Jestem wdzięczny:
- kiedy mogę sprzątać po imprezie, bo to znaczy, że mam przyjaciół,
- za podatki, które płacę, bo to znaczy, że mam dochody,
- za ubrania, które są nieco ciasne, bo to znaczy, że mam jedzenie na stole,
- za osobę, która fałszuje śpiewając, bo to znaczy, że mogę słyszeć,
- za zmęczenie i ból w mięśniach, bo to znaczy, że mogłem ciężko pracować,
- za budzik, który dzwoni z rana, bo to znaczy, że mogę żyć kolejny dzień.”
Lasse Lundberg

Na zakończenie wspomnę jeszcze o Dzienniku Wdzięczności: przez pierwsze dwa miesiące roku starałam się robić w nim zapiski codziennie, w pewnym momencie poczułam, że takie codzienne zaglądanie do Dziennika zaczyna mi ciążyć… Wpadłam w pułapkę rutyny, czynność – zamiast pomagać – zaczęła przynosić frustrację. Skończyłam więc  z codziennym zapisywaniem powodów do wdzięczności, w zamian starając się przed snem wspomnieć ile to dobrego w ciągu dnia mnie spotkało i myślę, że jest OK. Wszystko co wymuszone, rzadko przynosi pozytywne efekty.