sobota, 31 stycznia 2015

Lekcje na trudniejsze chwile w życiu

Po książkę "Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu" Reginy Brett sięgnęło już pewnie wielu z Was. Ja swoją kupiłam w... Biedronce, jako nagrodę za bieganie (nagradzam sie za to, że udało mi się ruszyć tyłek z ulubionego fotela!) i po przeczytaniu z łezką w oku porównałam ją do balsamu na duszę.

Tak mi się lekcje Reginy Brett spodobały, że postanowiłam uwiecznić je na swoim blogu. Ponadto zgaduję (zresztą na własnym przykładzie), że wiele osób przegląda recenzje książek z myślą "muszę to kiedyś przeczytać", ale lista książek do przeczytania staje się z tygodnia na tydzień coraz dłuższa i po pewnym czasie stwierdzamy, że na zaliczenie wszystkich życia nam zbraknie. Stąd nieśmiała myśl, że może mój wpis komuś książkę zastąpi, a może wręcz zachęci do jej kupienia - nie streszczam tu dokładnie każdej lekcji, a jedynie dodaję swój zwięzły komentarz. 

Oto lekcje na trudniejsze chwile w życiu:

1. Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre. Dopóki żyjemy, zawsze możemy zmienić je na lepsze, los zawsze może się odwrócić więc nie warto rezygnować. A najwięcej na ten temat mogą powiedzieć osoby, które wygrały walkę z rakiem, albo inną ciężką chorobą.

2. Jeśli nie wiesz co dalej, po prostu zrób następny właściwy krok. Czasami trudno nam sobie wyobrazić swoje życie - jak chemy żyć, jaką pracę wykonywać. Czekamy w bezruchu, przerażeni faktem swej niewiedzy. A tymczasem życie jest/bywa jak jazda samochodem w nocy po nieoświetlonej drodze, za każdym przejechanym metrem odsłania się kolejny potrzebny nam widok. W życiu także po prostu należy zrobić pierwszy krok.

3. Życie jest za krótkie, żeby tracić czas na nienawić. Bo "słuszna" nienawiść którą czujemy, niszczy przede wszystkim nas - po cichu, dzień po dniu coraz bardziej, aż w końcu zapominamy, jak to jest cieszyć się z codziennych małych cudów. Brett radzi zacząć od wybaczenia, sama modli się za osoby na które czuje gniew, a czasami modli się, żeby mogła się pomodlić. A jeśli wybaczanie to radykalne! Polecam książkę "Radykalne wybaczanie" Colina C. Tippinga.

4. Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi. Przypatrzmy sie sobie - czy nie za bardzo się spinamy? Nie traktujemy się zbyt poważnie? Po co to? Przecież nie musimy być idealni pod każdym względem, zamiast tego lepiej wyluzować i skupić się na tym co naprawdę ważne. Oczywiście, jeśli ktoś chce być idealny - jego sprawa, ale to strasznie męczące, a przecież z założenia nie przyszliśmy na świat po, żeby się męczyć.

5. Co miesiąc spłacaj zadłużenie na kartach kredytowych. Warto uzmysłowić sobie, które nasze zachcianki odzwierciedlają nasze potrzeby. Są proste i zdrowe wybory na poprawienie naszej kondycji finansowej. Rzucenie palenia, zaprzestania kupowania gotowych napojów, ograniczenie liczby przeglądanych czasopism (w kiosku oczy dużo biorą, a w domu zwykle przerzucimy strony i odkładamy na miejsce).

6. Nie musisz wygrać każdego sporu. Pozwól innym zostać przy swoim zdaniu. No i tutaj mam do powiedzenia tylko, że z racją jest jak z d..ą, każdy ma swoją. I dobrze.


7. Płacz w towarzystwie przynosi większą ulgę niż płacz w samotności. Łzy nie są oznaką słabości, a już na pewno uwalniają od napięcia. Zaś autorka przekonuje, że łzy wylane w samotności mają mniejszą moc niż wylane w towarzystwie bliskiej osoby. Pewnie mam jeszcze trochę pracy nad sobą przed sobą, gdyż płacz w towarzystwie jest dla mnie aktualnie nie do przejścia...

8. Możesz się rozgniewać na Boga. On to wytrzyma. Dla mnie osobiście wizja Boga - surowego władcy, jest nie do przyjęcia. Mój Bóg nie oczekuje ode mnie, żebym była tak święta, że aż nieludzka. Pozwala mi modlić sie wtedy, kiedy mam na to ochotę, oraz słowami, które naprawdę czuję. Nie sądzę, żeby Bóg oczekiwał ode mnie ofiar czy umartwienia. Mój Bóg to ktoś, kto wszystko zrozumie. Dla którego nic co ludzkie, nie jest obce.

9. Najważniejszym organem płciowym jest mózg. Co myślicie? Ktoś, kto opiera, odnajduje seksualność tylko w wyglądzie zewnętrznym, bardzo szybko może stracić satysfakcję ze związku. Nasze ciała zmieniają się pod wpływem starzenia i chorób i co wtedy? 

10. Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć. A ja staram się o tym pamiętać w trudnych chwilach, oraz o tym, że nic nie trwa wiecznie, a po nocy nadchodzi dzień.

11. Pogódź się z przeszłością, by nie psuła ci teraźniejszości. Przeszłość dla wielu z nas nie była łaskawa, ale ja osobiście zauważylam, że kiedy zbyt intensywnie ją rozpamiętuję, to wracają stare demony. Zacznijmy żyć chwilą obecną, a na pojawiającą się wątpliwoć, czy oby na pewno jesteśmy dość dobrzy, Regina Brett ma fajną podpowiedź: "Pomagaj innym uwierzyć w to, że oni są dość dobrzy", a stanie się cud. 

12. Twoje dzieci mogą zobaczyć, że płaczesz. Może wtedy staniemy się im bliżsi?

13. Nie porównuj swojego życia z życiem innych. Nie masz pojęcia co przyniósł im los. To prawda, słyszałam kiedyś powiedzenie, o chodzeniu w cudzych butach. Ci wszyscy uśmięchnięci i bogaci ludzie, którym niekiedy zazdrościmi, też mają swoje bolączki, niekiedy całkiem duże. Z drugiej strony pomyślmy, ilu ludzi może zazdrościć właśnie nam. A lekcja była też o nieudawaniu kogokolwiek, ale życiu własnym wspaniałym i niepowtarzalnym życiem, bo świat nie potrzebuje kolejnej Matki Teresy czy Ghandiego.

Cdn...


Przypominam, że 2 lutego (w najbliższy poniedziałek) obchodzimy
DZIEŃ POZYTYWNEGO MYŚLENIA!




wtorek, 27 stycznia 2015

Zimno ma swoje plusy

Kiedy nadchodzi luty wiem, że zima może pokazać pazurki. Zaspy śniegu i 20-stopniowy mróz to atrakcje nie dla mnie, ale żyć i funkcjonować mimo tych utrudnień trzeba i jeszcze fajnie byłoby zachować pozytywne nastawienie na co dzień.

Na mnie świetnie działa następująca metoda: każdą pojawiającą się, dołującą myśl, natychmiast (kiedy tylko zreflektuję się, że smęcę) zmieniam na coś pozytywnego. Szukam drugiego końca kija - każdy kij go ma, a nawet odpuszczam sobie wszelkie pożyteczne plany i zajmuję się czymś przyjemnym dla ciała i ducha. Bo nie ma nic ważniejszego od naszego dobrego samopoczucia - będąc przygnębioną tak naprawdę nie przydam się też innym, co najwyżej zarażę ich "dołem".

Oto jaki wymyśliłam drugi koniec kija dla zimy i jej wątpliwych atrakcji: zimno ma swoje plusy! Zamiast trząść się pod jego wpływem, pomyślmy ile dobrego moglibyśmy zaznać, zostając "morsem" ;-) albo chociaż zwyczajnie hartując się za pomocą wody w swojej łazience.


  • u osób kąpiących się w zimnej wodzie wykształca się odporność na niskie temperatury,
  • regularne zimne kąpiele zwiększają wydolność układu sercowo-naczyniowego, obniżają poziom insuliny, wzmacniają odporność organizmu na wirusy czy bakterie - "morsy" rzadziej cierpią na choroby układu oddechowego tj. zapalenie oskrzeli czy katar,
  • radykalne schłodzenie ciała sprawia, że wszystkie mięśnie zaczynają intensywnie pracować, w wodzie zwężają się też naczynia krwionośne, a po wyjściu z niej - rozszerzają, czyli kalorie spalają się bez wysiłku i poprawia się ukrwienie skóry,
  • pod wpływem zimnej wody, wydzielają się w nas endorfiny - reakcja ma na celu zmniejszenie bólu, ale przy okazji nasz nastrój się poprawia!
Wiele zalet mają kąpiele w zimnej wodzie, ale nie wszyscy mogą zostać "morsami", a przynajmniej nie tak od razu, bo z hipotermią żartów nie ma. Ponadto, osoby chore na serce też powinny być ostrożne, gdyż taka aktywność bardzo obciąża układ krwionośny i oddechowy. Jednak do hartowania za pomocą wody wystarczy nam łazienka, gdzie korzystając z wybranych jego form, tak samo pobudzimy pracę serca oraz poprawimy krążenie i ukrwienie tkanek. Pamiętajmy, że hartować się powinny osoby zdrowe.


Decydując się na hartowanie w łazience, musimy pamiętać, że udając się pod zimny prysznic, powinniśmy być rozgrzani np. wychodząc prosto z ciepłego łóżka czy sauny. Temperatura w łazience powinna być przyjemna.

Mamy do wyboru kilka sposobów hartowania:
  • zlewanie ciała strumieniem zimnej wody, zaczynając od stóp i w górę ciała,
  • stosowanie naprzemiennego prysznica - raz zimnego, raz ciepłego, a ostatni musi być zimny (podobno dobry sposób na cellulit),
W obu przypadkach po zakończonym zabiegu powinniśmy się porządnie rozgrzać.
  • obmywanie ciała rano i wieczorem myjką zmoczoną w zimnej wodzie, można też połączyć z masażem szorstką gąbką, na koniec wycieramy się energicznie ręcznikiem,
  • zanurzenie w zimnej wodzie obu rąk do połowy ramion (najlepiej w tym czasie policzyć do 20), następnie wyciągamy ręce i suszymy je energicznymi ruchami - nie ręcznikiem, po takim zabiegu możemy liczyć na zdrowy i głęboki sen,
  • brodzenie w zimnej wodzie po łydki - też w wannie,
  • bieganie na bosaka po rosie na dzień dobry, a zimą szybciutko po śniegu (2-3 min).
Nie zdecydowałam się jeszcze na takie hartowanie, "morsem" oczywiście też nie jestem, a piszę no tym, ponieważ tego typu metody zwykle przyciągają moją uwagę i jakieś hm... 7 lat temu rano stawałam pod zimnym prysznicem. Potem stałam się zbyt wygodna i odpuściłam, jednak ciągle w przypływie optymizmu wyobrażam sobie, że mogłabym to robić. Może wtedy nie zamarzałabym tak strasznie na mrozie, aż do zdrewnienia kończyn? 

Pomysły na hartowanie pochodzą ze strony www.zdrowie.findit.pl






niedziela, 25 stycznia 2015

Suplementy - teoria dr Murada

Książka "Tajemnica wody" autorstwa Howarda Murada, o której pisałam już TUTAJ, zawiera tyle ciekawych teorii, że aż mnie kusi, aby co jakiś czas do niej wrócić. Dzisiaj powracam z wpisem o suplementach. Brać czy nie brać - ciagły dylemat, ilu ludzi tyle teorii. A oto co o suplementacji codziennej diety sądzi dr Murad:

"W dzisiejszych czasach nawet najlepiej, najzdrowiej odżywiające się osoby potrzebują suplementów. To kwestia stylu życiu związanego z naszymi nawykami, stresem (które mogą pozbawiać nasz organizm cennych składników odżywczych)." Oprócz tego twierdzi się również (ale już w innych źródłach), że obecnie w naszym pożywieniu brakuje wielu składników mineralnych, niezbędnych do utrzymania naszego organizmu w dobrym zdrowiu, gdyż gleby stają się coraz bardziej jałowe. A oto suplementy, które poleca program Tajemnica Wody:

1. Suplement multiwitaminowy i mineralny. Powinniśmy wybrać kompletny, zbilansowany produkt, zawierający wszystkie główne witaminy, minerały i pierwiastki śladowe. Kobiety po menopauzie powinny sięgnąć po preparaty bez żelaza.

2. Suplementy z przeciwutleniaczami takimi jak:
  • acetylocysteina
  • bioflawonoidy cytrusowe
  • ginko biloba
  • koenzym Q
  • kokos wolfiporia
  • kurkuma
  • kwas liponowy
  • kwercetyna
  • ostropest
  • selen
  • szczaw kędzierzawy
  • witaminy A, C, E
  • wyciąg z granatu
  • wyciąg z jagód goji
  • wyciąg z liści rozmarynu
  • wyciąg z pestek grapefruita
  • wyciąg z zielonej herbaty
Podstawowa zasada: nie liczyć miligramów spożywanych przeciwutleniaczy, gdyż większość preparatów zalecanej dawki nie zawiera, zamiast tego należy zawrzeć w swojej diecie jak najwięcej dobroczynnych substancji przeciwdzialających starzeniu.
(Dosłownie tak było napisane w książce...)

3. Suplement z kompleksem witamin z grupy B, dostarczających wszystkich ośmiu witamin (B1, B2, B3, B5, B6, B9, B12 i B7).

4. Suplement niezbędnych kwasów tłuszczowych dostarczająy kwasów tluszczowych omega-3 w postaci oleju rybiego, oleju lnianego lub mielonego siemienia lnianego dodawanego do pokarmów lub w formie kapsułek. Wegetarianie powinny przyjmować suplement kwasu DHA na bazie alg. Należy przyjmować co najmniej 500 mg kwasów omega-3. (Zakładam, że w dawce dobowej, nie doprecyzowano w książce).

5. Suplement lecytyny (2000 mg). Można np. przyjmować granulki sojowe - 1 łyżka = 1725 mg lecytyny.

6. Suplement glukozaminy - substancji potrzebnej do odbudowy tkanki łącznej w całym organizmie, jak również zewnętrznej warstwy skóry. Nasz organizm nie wytwarza dostatecznej ilości tej substancji na tyle szybko, by wytworzyć nową tkankę łączną, która ulega stałej degradacji, co w konsekwencji prowadzi do utraty cennej wody. Należy codziennie przyjmować 1200 mg siarczanu glukozaminy lub chlorowodorku glukozaminy.

7. Suplement wapnia na zdrowe kości. Większość kobiet powinna przyjmować codziennie od 1000 do 1500 mg wapnia wraz z witaminą D, w zależności od spożywania wapnia w diecie. Coraz więcej naukowców przychyla się do zdania, że rzeczywiste zapotrzebowanie naszego organizmu na witaminę D wynosi co najmniej 1000 jednostek.

Zalecenia autora co do przyjmowania w/w suplementów są następujące:

  • unikać przyjmowania suplementów w podwójnych dawkach, z uwagi na możliwość przedawkowania niektorych składników, np. nie zaleca się spożywania nadmiernych ilości witamin A i E,
  • nie przyjmować suplementów na pusty żołądek, najlepiej jest przyjmować je w trakcie posiłku.
Oczywiście, powyższe poglądy na suplementację pochodzą z ksiażki H. Murada i to, że je zaprezentowałam, nie oznacza, że jestem ich ślepą fanką. Wręcz przeciwnie, moje stanowisko w tej kwestii jest znacznie ostrożniejsze, aczkolwiek mogę zgodzić się z częścią twierdzeń.
źródło
Przychylam się do twierdzenia, że czasami trudno dostarczyć naszemu organizmowi wszystkich składników wraz z pożywieniem, bo albo pożywienie jest faktycznie jałowe, albo my nie zawsze potrafimy odpowiednio komponować posiłki. W ubiegłym roku robiłam badanie krwi i wyniki pokazały, że wcale nie jestem super odżywiona mimo, że na 100% się nie głodzę.

Po za tym, w trakcie roku zdarzyły mi się: 
  • zajady - potraktowane witaminą B szybko się zagoiły (nie pamiętam, chyba jakiś kompleks brałam, ale mówi się o B12),
  • wypadanie włosów dosięgło mnie dwukrotnie, drugi atak ustał po przyjęciu opakowania jakiegoś suplementu diety za 40 zł (nazwy oczywiście sobie nie zapisałam...),
  • skurcze w łydkach - te wyleczyłam magnezem, ale działa też Aspargin.
Czyli nie jest też tak, że suplementy są do bani, nie przyswajamy ich, nie działają. Jednak czy należy na wszelki wypadek łykać je garściami to już bardzo mocno się zastanawiam. Z całą pewnością bardzo powinny uważać osoby leczące się na choroby przewlekłe, bo suplementy mogą przecież kolidować z już przyjmowanymi lekami, można też łatwo przekroczyć zapotrzebowanie na jakiś składnik. Np. magnez zmniejsza skuteczność niektórych preparatów stosowanych w leczeniu nadciśnienia, a imbir, zwłaszcza przyjmowany długo i w zwiększonych dawkach może zmniejszać krzepliwość krwi, a więc może też zaburzać działanie leków zapobiegającym zakrzepom.

Tak więc mimo, że wykaz suplementów proponowany przez dr Murada wygląda ciekawie i można się nim "inspirować", to raczej nie zdecyduję się na łykanie codziennie takiego zestawu. Zostanę przy zdrowym odżywianiu i wspomaganiu się od czasu do czasu wybranymi składnikami, inaczej bałabym się, że za bardzo obciażam swoją wątrobę... A może się mylę? Zapraszam wszystkich do dyskusji!







poniedziałek, 19 stycznia 2015

Kto stoi w miejscu, ten się cofa

Kenis.pl
Na początku sierpnia 2014 zostałam poproszona o udostępnieniu na Plantacji informacji o KENIS - internetowym uniwersytecie. Zrobiłam to TUTAJ, a na dole strony ciągle można znaleźć baner odsyłający do strony Kenis.pl. Pod koniec ubiegłego roku otrzymałam informację, że KENIS nareszcie działa (pierwotnie miał wystartować 1 września), a więc zainteresowanych zachęcam do sprawdzenia, co mogą tam znaleźć dla siebie. Oczywiście dostęp do wszystkich, znajdujących się na stronie Kenis.pl materiałów jest bezpłatny. 

"Potrzebujesz szybkiej powtórki przed klasówką? Nie było Cię na lekcji w szkole? Chcesz zrozumieć zagadnienie potrzebne Ci w pracy? Właśnie temu służą lekcje na Kenis. W każdym miesiącu jest ich coraz więcej.

Kurs na Kenis to sposób na skuteczną, ciekawą i wciągającą naukę. Zdobądź nowe umiejętności, przygotuj się do egzaminu, rozwijaj swoje kompetencje i pasje.

Podejmij wyzwanie i sprawdź się! Dzięki egzaminom szybko zdobędziesz wiedzę o sobie, zweryfikujesz swoje umiejętności i sprawdzisz, co pamiętasz.

Zarejestruj się i zostaństudentemKenis. Nieważne, ile masz lat - na naukę i rozwijanie pasji nigdy nie jest za wcześnie ani za późno. Zdobywaj dyplomy, oceny, rangi, punkty a przede wszystkim wiedzę i umiejętności.

Dzięki współpracy Kenis z uczelniami oraz organizatorami konferencji możesz korzystać z warsztatów i prelekcji specjalistów w wielu dziedzinach. Ucz się od najlepszych i poszerzaj swoje horyzonty!"



Znam takie powiedzenie: "Kto nie czyta, ten stoi w miejscu. Kto stoi w miejscu, ten się cofa". A w zasadzie, można również powiedzieć, że kto przestaje się uczyć, ten stoi w miejscu, a zarazem się cofa. Szczególnie dzisiaj, kontynuacja nauki (stricte) wydaje się koniecznością - rynek pracy staje coraz bardziej wymagający, a pracodawcy być może wkrótce zaczną wymagać dyplomów od osób zajmujących się sprzątaniem.

Jednak nie dajmy się zwariować, kolekcjonowanie zaświadczeń o odbytych kursach, szkoleniach czy studiach podyplomowych, bez zwracania uwagi na to, czy rzeczywiście mamy z tego korzyść, czy tylko stratę czasu i pieniędzy, wydaje się bezsensem. Myślę, że warto mieć swoją strategię - uczestniczyć w takich kursach/szkoleniach, które dadzą nam konkretne uprawnienia, wiedzę czy umiejętności i które w najbliższym czasie będziemy mogli zamienić na wymierną korzyść finansową. Nie oszukujmy się, jeśli nie wykorzystamy dość szybko nabytej wiedzy, zostanie nam w szufladzie tylko bezużyteczny papier, bo ta stopnieje szybciej niż marcowy śnieg.


Oczywiście, dobrze jest uczyć się całe życie, ale nie wyłącznie z pobudek zawodowych. Uczymy się przecież różnych rzeczy po prostu z ludzkiej ciekawości, czy dla przyjemności. Uczenie się świetnie przełamuje rutynę, odmładza umysł, a nieraz pomaga nawiązać wartościowe relacje międzyludzkie.

Wiedza czyni świat lepszym, bo trudniej jest manipulować wyedukowanym społeczeństwem. Między innymi dlatego bez zawahania zdecydowałam się napisać o KENIS. To świetna inicjatywa i jestem przekonana, że wiele osób może tam znaleźć potrzebną wiedzę. Zatem w imieniu twórców platformy edukacyjnej kenis.pl zapraszam do jej odwiedzenia, a może nawet do rozwijania wraz z KENIS swojej wiedzy, pasji czy umiejętności. Tak czy inaczej życzę wszystkim podążania dopasowaną i wygodną ścieżką rozwoju!

czwartek, 15 stycznia 2015

Dzień pikantnych przypraw - już jutro!

źródło
Już jutro, czyli 16 stycznia obchodzimy Dzień moich ulubionych Pikantnych Przypraw. O swojej słabości do dań przyprawionych na ostro pisałam TUTAJ. Szczególnie podoba mi się zestawienie słodyczy czekolady i palącego "smaku" chili, ten gorący napój zawsze wraca do mnie zimą.

Podobny duet wygrzebałam na blogu paletasmaku.blogspot.com (wpis ze stycznia 2011 r.) - czekoladowe muffiny z chili, autorka bloga poleca jeść je w towarzystwie kawy z bitą śmietaną lub lodami:

CZEKOLADOWE MUFFINY Z CHILI
  • szklanka mąki pszennej,
  • 1/2 szklanki cukru (może być brązowy, jeśli ktoś wierzy w jego wyższość nad białym - moja uwaga),
  • 2-3 łyżeczki cukru waniliowego,
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 1/2 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 1/2 łyżeczki chili,
  • 3 łyżki kakao,
  • 1 jajo
  • 2 łyżki oleju lub rozpuszczonego masła,
  • 3/4 szklanki mleka,
  • lukier czekoladowy (2 łyżki cukru pudru, łyżeczka kakao, odrobina wrzątku),
  • płatki migdałów.
Wszystkie suche składniki (mąka, cukier, kakao, chili, proszek do pieczenia i soda oczyszczona) wymieszać w jednej misce. W drugiej wymieszać mokre składniki (jajo, masło, mleko). Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać dokładnie, w razie potrzeby dodać więcej mleka. 
Piekarnik nagrzać do temperatury 200 stopni.
Kokilki wysmarować masłem (porcja na 4 duże lub 6 małych, papierowych) i napełnić ciastem. Piec 15 - 20 minut. 
Pod koniec pieczenia wykonać lukier - w dwie łyżki cukru zalać odrobiną wrzątku, dodać kakao i wymieszać. Polać muffinki od razu po wyjęciu z piekarnika.

Właśnie takie muffinki sprawię sobie w tym roku na Dzień Pikantnych Przypraw. Proste, szybkie w wykonaniu, a więc w sam raz dla takich cukierników jak ja. Może wcześniej uda mi się wyciągnąć męża na sushi - wasabi również wypala kubki smakowe jak należy!

Ale uwaga - ostrych przypraw powinny używać jedynie osoby dorosłe, które nie mają problemów gastrycznych. Zbyt duża ilość kapsaicyny może też nieodwracalnie uszkodzić kubki smakowe, co szczególnie groźne może okazać się u starszych osób, u których regeneracja błony śluzowej odbywa się znacznie dłużej, a także u dzieci - mówi się, że poniżej 3-go roku życia - jednak lepiej nie ryzykować, takie przyprawianie może u dziecka uszkodzić śluzówkę nosa czy jamy ustnej, a nawet zakłócić odbieranie smaku.

Ci którzy mogą bezkarnie przyprawiać na ostro, z pewnością, oprócz ulubionego pieczenia w jamie ustnej, doświadczą też innych korzyści, ale nie będę się powtarzać, ponieważ już o tym kiedyś pisałam TUTAJ. Dzisiaj przypomnę tylko, że pikantne przyprawy przyspieszają metabolizm, co pomaga w utrzymaniu zgrabnej sylwetki. Czy słyszeliście o diecie 3D chili? Ta dieta jest wprost stworzona dla osób, które nie cierpią się głodzić - chudnie się dzięki odpowiednio dobranym przyprawom poprawiającym przemianę materii.


W diecie 3D chili stosuje się trzy grupy przypraw:
  • przyprawy czerwone, przyspieszające metabolizm i niszczące tkankę tłuszczową - curry, pepperoni, pieprz czarny, papryka, chili;
  • przyprawy żółte, ułatwiające trawienie, poprawiające krążenie oraz hamujące apetyt - kardamon, imbir, cynamon;
  • przyprawy zielone, działające stabilizująco i łagodząco na układ pokarmowy - mięta, tymianek, szałwia, oregano, bazylia.
Oprócz tego, stosuje się także mieszankę oleju lnianego (omega-3) i kapsaicyny, której nie musimy przechowywać w lodówce, co jest wygodne - zwykle olej lniany w przechowujemy w lodówce. Ci którzy wykupią dietę, mogą liczyć na przesyłkę z zapasem powyższych specyfików w formie kapsułek do połknięcia, a także jadłospis i wskazówki. Po szczegóły odsyłam zainteresowanych na stronę diety, ale ostrzegam, to nie są małe pieniążki, ja nie zamierzam ich wydawać. Znając główne założenia diety, sami możemy sobie skomponować odpowiednie posiłki, albo skorzystać z inspiracji, których pełno w internecie.
Nie będziemy mieli wtedy do dyspozycji gotowych do połknięcia preparatów, ale nic straconego, ponieważ przyprawy są ogólnodostępne, a olej lniany z chili to też nie problem - możemy z łatwością zamówić go w sklepie internetowym (dostępny jest pod nazwą Kapsalen i zapłacimy za 0,5 l ok. 40 zł + koszty przesyłki kurierem - dostarczany jest przez kurierów w opakowaniach termicznych). 

Nie dbam o diety, ale o zdrowe odżywianie już tak, a jeśli mogę w granicach rozsądku skorzystać z takich pomocników w utrzymaniu prawidłowej wagi, to nie muszę sobie robić wyrzutów - wszystko to przecież naturalne i zdrowe. Tak więc może Dzień Pikantnych Przypraw stanie się dla kogoś inspiracją do wprowadzenia takich przypraw na stałe do swojego menu? Przyprawiajmy na zdrowie!






niedziela, 11 stycznia 2015

Panujemy nad czasem

źródło
W ostatniej notce stawiałam sobie ambitne cele na bieżący rok, podobnie jak mniej więcej rok temu TUTAJ. Skoro zapowiadałam coś publicznie, to - w moim mniemaniu - wypadałoby wspomnieć jak mi się udała realizacja. Oto moja "spowiedź" - przyznaję, że analizując swoje poczynania momentami miałam ochotę walnąć się w piersi, mamrocząc pod nosem "moja wina".
  1. Wprowadzenie dnia bez komputera - zakładałam, że będzie występował raz na dwa tygodnie, a w praktyce był to każdy piątek, ale uwaga - małe oszustwo - w biurze do 15:30 komputer był, to narzędzie mojej pracy ;-) W tym roku to kontynuuję, popołudnie bez komputera niewątpliwie swój urok ma.
  2. Wprowadzenie dnia dla swojej pasji, również raz na dwa tygodnie, tego dnia bez wyrzutów sumienia miałam robić to, co kocham robić - w letnich miesiącach poczułam, że to postanowienie jakoś mi nie leży i bez poczucia winy zrezygnowałam z niego. Żelazna konsekwencja to gwarancja sukcesu, ale po co ciągnąć coś, co wydaje się już pozbawione sensu.
  3. Robienie więcej zdjęć na swego bloga - to postanowienie stało się ciałem i myślę, że efekty są widoczne.
  4. Sprawniejsza organizacja swego czasu (wcześniej pół dnia spędzam w internecie, a później z niczym się nie wyrabiałam, choć nauka i opieka nad dziećmi dawno już za mną). W gruncie rzeczy udało się, chociaż to nie jest tak, że chodzę teraz jak w zegarku - potknięcia ciągle się zdarzają, ale system mam i to taki, który się sprawdza, o ile się nie zakręcę ;-).
  5. Większa dbałość o kontakty z rodziną i przyjaciółmi. I tu mam sobie trochę do zarzucenia, bo mogłam więcej, bardziej, a niestety wolę zaszyć się w domu. Jestem niepoprawną domatorką, lubię być w swoim przytulnym mieszkanku, lubię swoją codzienność, a na towarzyskie imprezy zwykle chodzę, kiedy  już muszę. Mogłabym też częściej dzwonić do rodziców, przyjaciół i krewnych. Moglibyśmy się częściej spotykać. Niestety było inaczej, a przecież nie nie jestem na tyle pusta, żeby nie wiedzieć, że związki międzyludzkie należy pielęgnować. Usprawiedliwiam się, że to przez to wygnanie z dala od rodziny, ale to na nic - ten punkt do poprawy w bieżącym roku.  
  6. Zrzucenie kilku kilogramów, z przyczyn estetycznych. Z wagą to nie jest tak prosto, a szczególnie, kiedy przemiana materii zwalnia. Rok temu moja moja waga wahała się w granicach 62 - 64 kg, teraz 61 - 63 kg, a tak się starałam - biegałam, uważałam na to, co jem. Dobrze, że przynajmniej brzuch prawie się "wchłonął". Dla mnie to połowa sukcesu, zresztą gdzieś na blogu są moje zdjęcia i mam nadzieję, że "maćka" na nich brak. No dobrze, przyznaję, brakowało systematyczności w tym moim bieganiu, za dużo robiłam sobie przerw i to jest dla mnie żenujące... Ale nie odpuszczam, bo ze wszystkich aktywności fizycznych, bieganie jednak najbardziej mi odpowiada.
  7. Uregulowanie swego snu. Jest dobrze, zawsze dbam by spać minimalnie 7 godzin, jednak nie mam stałych godzin kładzenia się spać i pobudek, w weekendy czy dni wolne żyję ciągle jak chcę, bo co tu kryć - ja po prostu uwielbiam przesiadywać wieczorami do późna, szczególnie, kiedy dzieci są w domu, zwykle wtedy oglądamy straszne filmy i dobrze się bawimy, a później boimy się wyłączyć światło ;-) Nie wiem, czy chcę to teraz zmieniać...
  8. Czytanie książek. Myślę, że czytałam dużo, nawet spotykałam się z komentarzami, jaką to jestem farciarą, że tyle mogę czytać. W grudniu czytanie książek stanęło w martwym punkcie z powodu zamknięcia dwóch najbliższych bibliotek. Teraz jakąś kupię od czasu do czasu, ale głównie zajęłam się lekturą różnorodnych blogów, stron internetowych i czasopism. 
  9. Walka z uzależnieniem od słodyczy. Tutaj świetnie! Opanowałam temat w stopniu zadowalającym. Co prawda nie wyrzekłam się słodkości na amen, ale określiłam limity spożycia i (przeważnie) ich przestrzegam. Na co dzień - coś słodkiego do porannej kawy (np. 2 - 3 michałki, kawałek ciasta), uważam, żeby nie jeść słodyczy po południu tj. po 12-stej. W weekendy mogę zjeść drugie tyle do popołudniowej kawy. Nie mam już napadów głodu na słodkie, bo im mniej tego jemy, tym mniej potrzebujemy. Nie używam cukru do słodzenia, zamieniłam go na stewię. Nie piję słodzonych napojów gazowanych i soków w kartonach.
  10. Dalsze prowadzenie i udoskonalanie swego bloga. Tego nie muszę komentować ;-) Co do doskonalenia, to lubię zmieniać szatę graficzną Plantacji wraz ze zmianą pory roku i zdecydowanie wolę pławić się w kolorach. Chociaż takie profesjonalnie wyglądajace blogi robią na mnie pozytywne wrażenie, to jeszcze nie wiem, czy zmienię w ten sposób swój...


A oto i mój magiczny kalendarz na 2015 r.! Myślę, że mogłabym się z powodzeniem bez niego obyć, ale Mikołaj przyniósł go zanim podjęłam decyzję, że będę korzystała z kalendarza Google. Tytuł kalendarza wskazuje, że dużo w nim znajdziemy rytuałów i innych magicznych ciekawostek i rzeczywiście, takie treści tam znajdziemy, jednak mnie osobiście bardziej przyciągnęła do niego piękna okładka i tematy zahaczające o duchowość, rozwój osobisty, naturę i te balansujące na granicy zdrowego rozsądku jak np.:
  • pokonywanie rutyny,
  • przyciąganie pieniędzy,
  • rytuały oczyszczania domu i energia domu,
  • magia świec,
  • świecznik, który oczyszcza powietrze,
  • metody na zdrowy i spokojny sen,
i wiele innych. Zresztą, tak naprawdę, kiedy tylko zobaczyłam reklamę tego kalendarza, od razu wiedziałam, ze muszę go mieć. Najbardziej rozbawiła mnie córka, która stwierdziła, że szukanie go po księgarniach było dla niej jednym z większych obciachów, bo podobno panie patrzyły na nią z politowaniem ;-)


A obecnie w panowaniu na czasem pomaga mi wspomniany kalendarz Google, gdzie zapisałam wszystkie stałe czynności na poszczególne dni tygodnia oraz w miarę rozwoju sytuacji dodaję kolejne zadania do wykonania. Ponieważ swoje konto Google mam zsynchronizowane z komórką, na nią w ciągu dnia otrzymuję przypomnienia, w każdej chwili mogę też sprawdzić, co mam danego dnia do wykonania. Myślałam, że planowanie z Google nie dla mnie, ale spróbowałam i wsiąkłam! W torebce noszę kieszonkowy kalendarz na szybkie notatki, które potem przenoszę do Google. Natomiast będąc w domu, notuję w aplikacji Everynote. Z mojego doświadczenia wynika, że w procesie planowania i realizacji najlepiej jest:

  • nie zapisywać szczelnie każdego dnia zadaniami, a skupić się na dwóch, maksymalnie 3 ważnych - to duże kamienie w słoiku, potem w miarę możliwości dosypujemy mniejsze kamyki, czyli zadania drobne czy takie, których odpuszczenie danego dnia jest dopuszczalne,
  • przeznaczać określoną ilość czasu na określone zadanie i sztywno się tego trzymać, ja ustawiam w kuchni elektroniczny minutnik, do którego muszę się pofatygować w celu uciszenia hałasu.

Niewątpliwie panowanie nad czasem to podstawa sukcesu - dzięki skutecznemu planowaniu możemy realizować swoje cele, ale mimo wszystko nie dajmy się w tę grę wciągnąć na 100% i zostawmy trochę miejsca na spontaniczność. Bo jesteśmy ludźmi, a nie robotami!

                                                                    



środa, 7 stycznia 2015

Mogę wszystko?

Bywają w naszym życiu takie okresy, kiedy wydaje nam się, że jesteśmy panami świata i okolic - możemy wszystko! Nie ma pracy w naszym regionie? Bzdura, wystarczy chcieć i odpowiednio się starać. Magister prawa na kasie w supermarkecie? Widocznie był za mało zdeterminowany, zabrakło mu pasji. "Mnie się to nie przytrafi".

Tak najczęściej myślą ludzie młodzi, jeszcze nie styrani przez życie. Jednak kiedy mija rok za rokiem, a oni zamiast robienia wymarzonej, błyskotliwej kariery aktorskiej służą komuś w biurze za wynieś, przynieś i pozamiataj, animusz powoli ich opuszcza. 

Powtarzamy stare, wyświechtane powiedzenie "dobrze, że w ogóle mamy jakąś pracę". I ja też myślę, że dobrze - jakby nie było lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, sama też tak mam i nauczyłam się z tym żyć, jednak kiedy czytam historie ludzi spełnionych zawodowo, mimo pogodzenia się ze swoim losem, moje serce zaczyna bić szybciej. Zaczynam analizować swoje życiowe poczynania, sprawdzam, w którym miejscu popełniłam błąd, uczę się od nowa jak wygląda mechanizm sukcesu, próbuję siebie poznać dokładnie, by wiedzieć, co dzisiaj dałoby mi poczucie spełnienia. 

Mam świadomość, że nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa. Jest mnóstwo przykładów na to, że w każdym wieku można dobrze wystartować i odnieść sukces, ale wypadałoby wiedzieć, czego tak naprawdę chcemy. Tylko świadomość własnego powołania może nam dać wystarczająco dużo determinacji by pokonać KAŻDĄ przeszkodę na naszej drodze. Tak więc śmiem twierdzić (na podstawie obserwacji siebie i ludzi z otoczenia), że wielu z nas nie wie czego chce, nie zna swego powołania, w wyborze drogi życiowej kieruje się opiniami osób, które usiłują na nas wpływać.


Nie będę się oszukiwać - prawda jest taka, że zaraz po wczesnym wyjściu za mąż, z ochotą zabrałam się za prokreację i poświęciłam się w 100% rodzinie. Typowa Matka-Polka. Hormony wzięły górę nad wszelkimi ambicjami, także tymi zawodowymi, stąd w wyborze pracy kierowałam się głównie swoją dyspozycyjnością dla domu i rodziny. Czy tego naprawdę chciałam? To jest dobre pytanie, już wiemy, że nie zawsze w życiu postępujemy idealnie, czasami wystarcza jeden krok w bok i już inny wir nas wciąga. Dlaczego więc teraz tak często zaprzątam sobie tym głowę? Proste - dzieci już wyfruwają z domu, wracam do punktu wyjścia, mam więcej czasu na rozmyślania i czasu dla siebie, mam bloga, który pomaga mi rozwinąć świadomość samej siebie i pracę biurową, która - gdyby nie popołudniowe pasje - z pewnością by mnie "zabiła". Chcę czegoś więcej!!!

Chcę czegoś więcej, niż bycie trybikiem w "korpomachinie". Zaspokojenie podstawowych potrzeb jest ważne, ale przecież równie istotne jest też bycie uczciwym i szczerym wobec siebie. Stąd podejmuję jedno, ale złożone z wielu działań, postanowienie na 2015 r. Jest to:
PRÓBA PÓJŚCIA INNĄ DROGĄ, KTÓRA MA MNIE ZAPROWADZIĆ DO 100% ZGODNOŚCI MOICH DZIAŁAŃ Z MOJĄ WIZJĄ DOBREGO ŻYCIA.



Postanowienie to nie oznacza rezygnacji z tego co mam i rzucenie się na głęboką wodą - to nie ja. Wspominałam wyżej, że mam coraz więcej czasu, który przecieka mi między palcami, a gdyby tak wykorzystać go na stopniowe odkrywanie nowych możliwości? Sama jestem ciekawa, co uda mi się osiągnąć przez 12 miesięcy, ile kroków w kierunku nowego życia postawić. Na pewno będę konsekwentna i napiszę tutaj o tym za rok.

Na zakończenie kilka sytuacji, które powodują, że nie żyjemy zgodnie ze swoją wizją życia:

  1. Wielkie plany. Problem tkwi w tym, że łatwiej jest czasami siedzieć na nudnym zebraniu i fantazjować o niebieskich migdałach niż podjąć jakiekolwiek działania. Ambitne pomysły i wielkie plany poprawiają nam jedynie nam nastrój w chwili frustracji, ale brak nam energii, żeby swoje wizje rozpisać na realne predyspozycje i możliwości.
  2. Idealne JA. Perspektywa przejścia etapu przejściowego drogą prób i błędów blokuje nas, ponieważ boimy się być osobą początkującą. Osoba która uczy się nowych rzeczy potrzebuje wskazówek i rad, nieraz słyszy się wtedy w myślach, a czasami i w realu "jesteś beznadziejna, na pewno to schrzanisz". Znacznie bezpieczniej jest wybrać bezpieczną i pewną rutynę dotychczasowej pracy, zamiast ryzyka i niepewnej satysfakcji. 
  3. Porywy serca. Z trudem przychodzi nam koncentrowanie się na pracy, kiedy życie osobiste dostarcza tak wielu wrażeń. Współczesne badania psychologiczne potwierdzają, że to, kim kobieta jest, w dużej mierze zależy od tego z kim jest, bo nieświadomie odbiera od partnera sygnały wspierające jej dążenia lub, niestety takie, które je blokują. Możliwe też, że kłótnie, napięcia i problemy w związku pochłaniają jej uwagę i siły życiowe, więc nie starcza ich na wyzwania zawodowe.
  4. Żelazna konsekwencja. Jest jednym z warunków osiągania celów, ale nierzadko, kontynuowanie za wszelką cenę rozpoczętych działań staje się naszym przekleństwem. Ciągniemy coś, czego mamy już dość, bo: "tyle włożyliśmy w to wysiłku i pieniędzy, wiec teraz tego nie zostawimy". 
  5. Cudze życie. "Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one", czyli rola wpływu innych ludzi na nasze wybory, postrzegania siebie i swoich celów życiowych. Nawet jeśli jesteśmy odważne i śmiałe, zrobienie czegoś wbrew otoczeniu może być ponad siły, dlatego uważnie przyjrzyjmy się ludziom z którymi mamy do czynienia, unikajmy takich, którzy ciągną nas w dół, a spędzajmy więcej czasu z tymi, którzy są ciekawi świata, otwarci na nowe idee i inspirujący.
(Na podstawie testu zamieszczonego w miesięczniku SENS z lipca 2014)

Niech to zdjęcie będzie symbolem mojej/naszej drogi przez 2015 rok.
Zidentyfikowaliście może swoją sytuacje wśród wyżej wymienionych? Bo ja tak - z całą pewnością kierowałam się oczekiwaniami innych, zabrakło odwagi, by zdecydować, że mój plan na życie też jest dobry, a rozterki dnia codziennego chłonęły moją uwagę jak gąbka. Ale nie jestem skłonna do płaczu nad rozlanym mlekiem, raczej powiem, że odwaliłam kawał dobrej roboty, a teraz czas na odbiór nagrody. Tylko ode mnie zależy jak będzie wyglądał ten rok, mam nadzieję, że nie okażę się niezorganizowanym leniem i po jego upływie nie będę musiała świecić oczami ;-)

Z badań wynika, że upublicznienie zamiarów motywuje do działań i wytrwałości. Dlatego i ja (jakby nie było, wystawiając się na publiczne biczowanie) podarowałam sobie dodatkową motywację. A jak będzie? Ewangelia mówi "po owocach ich poznacie".



sobota, 3 stycznia 2015

Zadbaj o siebie przez 365 dni w roku

Na początku Nowego 2015 Roku zachęcam do dbania o siebie, a pomóc nam w tym mogą porady z książki Christine Wagener-Thiele "Zadbaj o siebie. 365 porad i złotych myśli na każdy dzień roku".

Jestem z zamiłowania kolekcjonerką "złotych rad", toteż w moim życiu były lata, podczas których szłam krok w krok z takimi książkami (mam podobnych w swoich zbiorach więcej). Lubię czuć równowagę i swoją wewnętrzną siłę, a żeby taki stan uzyskać wiem, że muszę o siebie zadbać, dać sobie prawo do nabrania tchu każdego dnia w roku. 

Bez względu na to, jak bardzo lubimy swoją pracę, czy też pragniemy być aktywni i staramy się wykorzystać na maxa każdą chwilę, warto znaleźć też czas tylko dla siebie. Odnajdźmy zatem chociaż na kilka minut zacisze, gdzie w spokoju możemy złapać kontakt z samym sobą, albo zróbmy dla siebie cokolwiek innego - byleby dzięki temu po prostu się zrelaksować.

Każda(y) z nas ma swoje patenty na dobre samopoczucie i ulubione czynności poprawiające humor: zakupy, godzinka w fotelu z książką i herbatą, joga. Ale jeśli chcielibyśmy doświadczyć czegoś innego, a zwyczajnie brakuje nam pomysłów, taka książka podpowie nam codziennie coś innego - wystarczy, że każdego dnia otworzymy ją na właściwej dacie, a uzyskamy podpowiedź, co dobrego moglibyśmy dla siebie zrobić, podsunie inspiracje do zmiany.

I tak, kiedy otwieram ją na 3 stycznia, czytam: "Spośród wszystkich osób, z jakimi zetkniesz się w życiu, jesteś tą, która będzie przy tobie najdłużej i której nigdy nie opuścisz ani nie utracisz." Jo Coudert 
"Dbaj o siebie, staraj się, aby dobrze Ci się wiodło! Nie myśl jedynie o zapewnieniu szczęścia rodzinie i przyjaciołom, nie tylko to się liczy. Jesteś odpowiedzialna przede wszystkim za samą siebie. Czy dbasz o siebie należycie? Troszczysz się o własne ciało i duszę, czy może tańczysz wyłącznie koło innych, nie myśląc o własnych potrzebach? Pamiętaj: stanowisz centrum swojego życia. Wszystkie inne osoby towarzyszą ci w życiu jedynie przejściowo... A więc: uważaj i zajmij się sobą."

Tak to wygląda od środka - od 1 stycznia do 31 grudnia

ZADBAJMY O SIEBIE W STYCZNIU!

  1. Początkowo nie lubimy chłodnych i ciemnych zimowych miesięcy, ale łatwo jest odkryć ich urok: długie wieczory przy kielichu grzanego wina i dobrej książce, układanie planów na przyszłość, robienie notatek w świeżutkich terminarzach. Nasze zaganiane życie ma szansę na zwolnienie tempa.
  2. Zróbmy mapę marzeń - za każdym razem, kiedy na nią spojrzymy, będziemy mieli przed oczyma swoje cele.
  3. Wysypiajmy się - czy tylko ja zimą potrzebuję więcej snu???
  4. Wyślijmy do bliskiej osoby list albo kartkę pocztową, ma to być coś ładnego, co w dobie e-maili wywoła w nas poruszenie. Może kupimy w tym celu ładny papier listowy?
  5. Odwiedźmy kwiaciarnie i nasyćmy zmysły feerią ciepłych barw. Może przy okazji wpadnie nam w oko jakaś wyjątkowa roślina, którą zabierzemy ze sobą do domu? Możemy też zasadzić w ładnych doniczkach cebulki kwiatów wiosennych, już w lutym dadzą znak życia.
  6. Biblioterapia to leczenie za pomocą książek (taki kierunek istnieje naprawdę!). Skupianie się na ciekawej książce odpręża, otwiera przed nami nowe perspektywy, ale ważne jest, by np. główny bohater wykazywał pozytywne i wyraziste cechy charakteru.
  7. Siadając do porannej kawy zarezerwujmy sobie dziesięć minut na zaplanowanie rozkładu dnia - więcej namysły to mniej wysiłku! Może przez styczeń uda nam się wypracować nowy, dobry nawyk.
  8. Jeśli się przeziębiliśmy, walczmy z tym np. pijąc mnóstwo płynów, w tym herbatki ziołowe i rosół z kury. Zraszajmy nos wodą morska w sprayu i używajmy olejków eterycznych do inhalacji. Jednak najważniejsza rada to: pozostańmy w domu przynajmniej przez dwa dni i spędźmy je w całkowitym spokoju - to może okazać się najlepszym lekarstwem.
  9. Zacznijmy dzień od przychylnego spojrzenia na siebie. Wyprostujmy się i unieśmy wyżej głowę, zdobądźmy się - mimo zaspania - na radosny uśmiech. Powiedzmy swojemu odbiciu w lustrze: "dzień dobry, moja piękna, dzisiaj będzie wspaniały dzień!"
  10. Pijmy rozgrzewające herbatki z dodatkiem cynamonu, goździków, kardamonu i imbiru.
  11. Wykreślmy ze swego słownika stwierdzenia "nie potrafię" i "nie dam rady". Po prostu zmieńmy sposób myślenia - większość barier istnieje w naszej głowie. 
  12. A może spróbujmy wstawać pół godziny wcześniej, przed resztą domowników? Wtajemniczeni twierdzą, że to doskonały sposób na zrobienie czegoś, na co w ciagu dnia nie starcza nam czasu - ja mogłabym robić wreszcie "powitanie słońca".
  13. Chodźmy na spacery i chłońmy urok zimowego krajobrazu, może przy okazji uda się złowić trochę słońca?
  14. Starajmy się robić coś innego niż zwykle, albo inaczej. Przełamujmy rutynę - ta w zestawieniu z ciemnem i zimnem ma wyjątkowo trujące działanie.
  15. Rano dobrze jest obmyć twarz i kark zimną wodą, pobudzi to krążenie, a nasza twarz wyraźnie się ożywi.
  16. Hobby to zajęcie, któremu oddajemy się tylko dlatego, że sprawia nam przyjemność - nie przynosi korzyści materialnych i nie wchodzi w zakres naszych codziennych obowiązków domowych. Dobrze jest mieć hobby, to klucz do prawdziwego wypoczynku i odprężenia.
  17. Skupiajmy się na bieżącej chwili, to pomoże w odczuwaniu smaku życia. Nauczmy się wykonywać wyłącznie jedną rzecz na raz.
  18. Postarajmy się o kosmetyki na zimę, aby w czasie mrozu czy śnieżycy porządnie chronić naszą twarz i dłonie.
  19. Sięgnijmy po gry, ale nie mam tu na myśli gier na laptopach czy smartfonach. Odkryjmy gry planszowe czy karciane, to może być ciekawe doświadczenie, a może i dobra zabawa...
  20. Idealnie byłoby sobie zrobić jeden dzień w tygodniu wolnym od pracy. Coś na kształt żydowskiego szabasu. Hmm... chrześcijańska niedziela też chyba ma podobne założenia - to przecież dzień, w którym Bóg zdecydował się złapać oddech po stworzeniu świata.
Moja Mapa Marzeń w wersji mini, ale dzięki temu zerkam na nią zaraz po przebudzeniu.

I już wiem, że styczeń będzie milutki :-)