czwartek, 27 listopada 2014

Zamknęli moją bibliotekę!

No i zamknęli moją bibliotekę - z powodu remontu, który ma trwać do 30.06.2016 r. (!!!), a znając życie, remont na pewno się przeciągnie. Stąd w listopadzie nie mogłam już wypożyczać i muszę znaleźć inną dobrą bibliotekę w okolicy. Raz w miesiącu zwykle kupuję jedną książkę, chociażby dlatego, żeby kiedyś ktoś kupił moją ;-), jednak nie więcej niż jedną, ponieważ te, które mnie interesują są dość drogie, a poza tym, nie mam zbyt dużo miejsca w mieszkaniu.

Tak więc dzisiaj o moich ostatnich książkach z Biblioteki Klubu Inspektoratu Wsparcia SZ, a były to:
                                                                                             
Ponoć w Hiszpanii organizuje się rocznie około 13 tys. mniej lub bardziej znanych fiest publicznych.  Tak więc istnieje 12 fiest ogólnonarodowych,  17 fiest regionalnych, fiesty lokalne - każde z ponad 8 tys. miast i wsi ma swoje święto, ale fiesty odbywają się też w poszczególnych dzielnicach, a nawet na konkretnych ulicach. Autorka książki Katarzyna KOBYLARCZYK, łapie bakcyla i podąża z jednej fiesty na drugą, a owocem tych podróży jest książka pt. "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty". Tytułowy pył z landrynek unosi się po fieście na ulicach jednego z katalońskich miast, które pokrywała warstwa cukierków, a dzieci jadły je wprost z chodników (obchody święta na cześć św. Piotra Nolasco). Najsłynniejsze fiesty przyciągają turystów z całego świata. Kto nie słyszał o korridzie, La Tomatinie, Święcie Ognia czy Andaluzyjskim Wielkim Tygodniu, kiedy ulicami miast podążają tajemnicze postacie, ubiorem przypominające członków Ku Klux Klanu? Albo o gonitwie byków w Pampelunie? Dla mnie to wszystko wydaje się bardzo egzotyczne, barwne, ciekawe, a czasami okrutne. Wiem, wiem, nie należy oceniać innej kultury, ale sami zerknijcie...



TUTAJ więcej zdjęć z korridy, jeśli komuś jeszcze serce nie pękło.

A tutaj wielkie morze pomidorowej pulpy - zobaczyć to na własne oczy! Czy to już  marnotrawstwo? Oglądając zdjęcia z La Tomatiny odbywającej się w mieście Buniol zawsze jestem ciekawa, kto za to płaci? Pomidory, a potem sprzątanie. Jeśli klikniecie na źródło pod poniższym zdjęciem, dowiecie się, że w 2009 r. fiesta kosztowała władze miasta ok. 90 tys. euro, w tym koszt pomidorów 28 tys. euro. Czyli płacą rządni zabawy podatnicy.

źródło
Inne popularne fiesty:

Wielkanoc w Andaluzji (źródło)

Figury przed nocnym spaleniem (Las Fallas źródło)

Las Fallas (Święto ognia źródło)

Gonitwa byków w Pampelunie (źródło)

Druga książka jest cięższego kalibru. Jest to opowieść żołnierza Armii Czerwonej o życiu frontowym, w której autor ukazuję grozę wojny w pełnych barwach. Nie ma dla niego spraw, które powinien przemilczeć, nie ma obrazów, które lepiej zachować dla siebie, bo zbyt brutalne czy obrzydliwe. Wojna saute nie wygląda dobrze, dlatego zwykle się ją w książkach podkolorowuje, pewne fakty taktownie pomija, bo po co rzucać cień na żołnierzy-bohaterów tych trudnych dni. W "Sołdacie" Nikołaja Nikulina znalazłam wiele szokujących opisów działań Armii Czerwonej, wiele drastycznych scen.  Kto jest w stanie "strawić" taką treść niech po nią sięgnie, a na pewno nie pożałuje - czyta się ją jednym tchem. Na zakończenie daję tu kilka zdjęć stron, tak na próbę, dla zainteresowanych:



Pole bitwy po nadejściu wiosny.

O Rosjanach, dlaczego tacy są jacy są.

Eliminacja uczciwych obywateli.

Zagadka waleczności Armii Czerwonej.

Niepotrzebne ofiary?

poniedziałek, 24 listopada 2014

Kolejne siedem faktów o mnie

Zostałam nominowana przez nieidealną-perfekcjonistkę do Versatile Blogger Award - 7 faktów o mnie za co bardzo dziękuję.  Ponieważ raz już brałam udział w tej zabawie (TUTAJ), postanowiłam wzorować się na mojej poprzedniczce i również wyszperać w zakamarkach pamięci fakty, które można z powodzeniem uznać za  małe, nieszkodliwe dziwactwa. Oto i one, tylko mnie za bardzo nie obśmiejcie ;-)

1. Każdy kosmetyk muszę zużyć w 100%, moje słoiczki po kremach są wytarte do sucha, butelki szamponach wypłukane, a tubki po kremach rozcięte i opróżnione do czysta. Tak samo bardzo się staram, żeby nie wyrzucać żywności. Dopuszczam małe odstępstwa od tej reguły, kiedy zdarzy mi się kupić wyjątkowy bubel albo kiedy jedzenie mimo mojej uwagi jednak się przeterminuje. Takie podejście powoduje, że moje zakupy w tych kategoriach są przemyślane, zwykle robię je z listą, jeśli chcę coś kupić pod wpływem impulsu, pytam siebie czy na pewno tego potrzebuję. W szafie z ubraniami mój minimalizm się kończy...

2. Prawdopodobnie cierpię na nerwicę natręctw, ponieważ o wiele za często sprawdzam, czy gaz jest zakręcony, a drzwi zamknięte. Zwykle, kiedy wyjeżdżamy z domu  na kilka dni, proszę koleżankę, żeby tego dnia przyszła sprawdzić, czy w domu wszystko wyłączone, zakręcone i zamknięte. Niedawno ta koleżanka przyznała mi się, że ona też tak ma i dlatego kiedy wyjeżdża na urlop to do mnie wydzwania, czy u niej wszystko w porządku (podlewam u niej wtedy kwiatki). Absurdalna sytuacja, bo kiedy zamykamy czyjś dom to denerwujemy się podwójnie. Mam swoje patenty na opanowanie tej dolegliwości, np. mówię na głos, że drzwi są zamknięte.

3. Nie przepadam za pluskaniem się w wodzie, za wyjątkiem wylegiwania się w ciepłej i pachnącej kąpieli, ale ten rarytas jest dla mnie rzadko dostępny, ponieważ w domu mam tylko kabinę prysznicową. Tak wiec woda służy mi przeważnie do mycia, natomiast moczenie się w basenach czy jeziorach nie wydaje mi się wielką atrakcją. Wyjątkowo nie cierpię klasycznych basenów z chlorowaną wodą, ale i SPA też specjalnie mnie nie nęci. Podczas tegorocznego urlopu mieszkaliśmy w hotelu ze SPA i mąż codziennie wyciągał mnie na basen, och jak ja miałam już tego po dziurki w nosie! Jeszcze jacuzzi mogłam jakoś ścierpieć, ale włażenie w drugiej połowie sierpnia do dość chłodnej wody wywoływało u mnie silny opór i zupełnie nie rozumiałam co mąż widzi w tym fajnego.

4. Obwąchuję jedzenie mimo, że niektórzy twierdzą, że jest to niegrzeczne. Dla mnie to jednak podstawa, ponieważ zapach dużo mi mówi o danym produkcie czy potrawie. Jeśli zapach do mnie nie trafia to wiem, że i jedzenie nie będzie mi służyło czy po prostu nie będzie smakowało. Może to wiąże się z faktem, że od urodzenia byłam niejadkiem i rodzice mieli duże problemy z wykarmieniem mnie za pomocą produktów dostępnych na wsi w latach 70-tych. Wbrew obiegowym opiniom o zdrowym wiejskim jedzeniu, rzeczywistość była inna i wiem, że do dzisiaj w wielu domach na wsi serwuje się posiłki, które w niczym nie kojarzą mi się ze zdrowym jedzeniem czy nawet apetycznym wyglądem.

5. Bardzo nie lubię, kiedy mówią mi co mam robić (nie mylić z uzasadnioną prośbą), nawet praca na etacie lekko mi uwiera. Z tego powodu, osoby władcze, które usiłują mną kierować, natrafiają na ostry opór. Zwykle (poza pracą oczywiście) wszelkie próby rozporządzania moją osobą kończą się tym, że mówię wyraźne i zdecydowane NIE, bo nie potrzebuję, żeby ktoś organizował mój czas. Myślę też nad zostaniem własnym szefem, ale to nie może być pochopna decyzja i wiem, że trzy lata etatu jeszcze przede mną - ideały są ważne, ale i pieniądze są potrzebne. Sama nie jestem typem władczym i uważam, że każdy normalny, zdrowy człowiek doskonale wie, co ma zrobić ze swoim czasem, stąd uwagi typu "co powinnam zrobić" oraz "w jaki sposób powinnam coś zrobić" szanowni kierownicy mogą sobie w stosunku do mnie darować, bo to się nie uda.

6. Myślę, że jestem indywidualistką. Nigdy nie zrobię czegoś, ponieważ "wszyscy tak robią", albo "bo tak się robi", muszę czuć, że moje działanie wynika z logicznej potrzeby. Właściwie to bardzo potrzebuję czuć pasję w każdym swoim działaniu, i myślę, że jest to możliwe - przecież nawet sprzątać można z pasją, jeśli odpowiednio się zmotywujemy. Jeśli chodzi o styl ubierania, to zwykle uciekam od mody popularnej na ulicach. Nie znoszę mieć ubrań takich jak wszyscy dookoła i tak było od najmłodszych lat. Do dzisiaj pamiętam rozmowę z koleżanką, która miała miejsce jeszcze w szkole średniej, a więc lata osiemdziesiąte. Tamten okres charakteryzował się między innymi tym, że większość mieszkańców nosiła te same dżinsy piramidy, sweterki Lacoste, białe trzewiki, sznurowadła w odblaskowych kolorach czy tzw. tureckie sweterki. To był kanon z którym na ogół nikt nie próbował dyskutować, cała klasa w tureckich sweterkach, oprócz mnie. Koleżanka nie mogła zrozumieć, dlaczego nie chcę nosić takiego swetra, moja odpowiedź, że nie noszę, ponieważ wszyscy noszą, bardzo ją zdziwiła. Stwierdziła, że według niej to jest właśnie fajne, że wszyscy noszą i dlatego należy taką rzecz koniecznie sobie kupić. Lepiej mi się także pracuje w pojedynkę, w swoim tempie, niż w grupie, kiedy pozostali za wszelką cenę muszą rywalizować - kto szybciej, kto więcej, kto lepszy.

7. Nudzą mnie rozmowy o niczym, a dosadniej mówiąc "o d...e Maryny", dlatego nie dzwonię do swoich znajomych codziennie, żeby zadać sakramentalne pytanie "co słychać". Rozmowa nasycona pasją, na konkretne tematy, rozmowa ciekawa, to prawdziwa uczta intelektualna. Myślę, że spotykając się w gronie znajomych zawsze możemy znaleźć interesujący temat do rozmowy, więc skąd ta cisza, która nieraz zapada na imieninowych spotkaniach? Bardzo sobie cenię żywą, wartką wymianę poglądów i stwierdzam, że aby takie rozmowy prowadzić jednak potrzebne jest jakieś minimalne oczytanie czy wiedza o otaczającym świecie. Dobrze jest też mieć wyrobione poglądy na różne tematy. Tymczasem dużo osób chce rozmawiać tylko o tym, jak to jest źle, co im dolega, jaką mamy pogodę albo obmawiać różne osoby z otoczenia.

Uwaga! Widzicie ten drewniany doklejony ganeczek?
To ówczesny kibelek, jak działał, łatwo się domyślić :-)

Każdy z nas ma jakieś cechy mniej lub bardziej zwariowane. Myślę, że te bardziej zwariowane dodają nam trochę kolorów, bo co to za frajda być takim samym jak wszyscy dookoła? Wywiązałam się z nominacji odsłaniając swoje "wnętrze", teraz rzucam wyzwanie kolejnym osobom - oczywiście mogą to być zwykłe fakty, ostatecznie to Versatile Blogger Award. Zasady TUTAJ.

Do zabawy nominuję mniejszą liczbę blogów niż w zasadach, ale przy 15-stu jest tyle pracy, a ja już raz się trudziłam...:

Athoualia z http://herbaceum.blogspot.com
Marzena T. z http://www.naturalniepiekna.info
Hutosia z http://hutosia.blogspot.com
Czerwona Filiżanka z http://czerwonafilizanka.blogspot.com
Monika D. z http://monika40.blogspot.com, czyli Życie zaczyna się po 40 (ja też tak twierdzę!)


czwartek, 20 listopada 2014

Trzykrotnie odnotowane - listopad, listopad, listopad

To pewnie z powodu listopadowej aury mam ochotę dzisiaj zastanowić się nad emocjami negatywnymi. Złość, lęk czy smutek często nas przerastają kiedy są wyrażane przez innych, ale też kiedy sami je odczuwamy. Myślę, że patrzymy na nie przez krzywe zwierciadło wyobrażeń, tym bardziej, że dużo wcześniej, kiedy byliśmy dziećmi, być może dorośli przekazali nam, że te emocje nie są w porządku.

Samej również zdarza mi się czuć zmieszanie, kiedy wybuchnę złością, albo kiedy odczuwam lęk, który za jakiś czas wyda mi się zupełnie bezpodstawny. A że nie lubię czuć się podle, zaraz znalazłam przemawiające do mnie wyjaśnienia tego stanu rzeczy. Ciekawa jestem, czy do Was również przemówią:

Złość - tak naprawdę służy do wprowadzania zmian, ponieważ kiedy pod wpływem tej emocji budzi się w nas wyraźna myśl, że nie jest tak, jak chcemy, to jednocześnie z tą myślą powstaje w nas siła, energia, żeby ten stan zmienić. Złość pomaga nam również w wyznaczaniu granic, których inni ludzie nie powinni przekraczać. Kiedy nie umiemy sobie radzić ze złością, staje się ona agresją.

Lęk - możemy porównać do bólu, który uczy co jest dla nas szkodliwe. Lęk to taki ból występujący w sferze psychicznej: mobilizuje nas do ucieczki albo do ataku, poczuciem dyskomfortu ostrzega przed staniem w miejscu i znoszeniu niszczących  nas okoliczności.

Smutek - zazwyczaj towarzyszy stracie: człowieka, pracy, czegoś dla nas istotnego. Dzięki niemu zwalniamy, zastanawiamy się co powinniśmy zmienić w swoim życiu. Smutek pozwala nam na moment refleksji, zbadania w jakim punkcie życia się znajdujemy. Z drugiej strony jest sygnałem, żeby takiej zasmuconej osobie udzielić wsparcia, ponieważ kiedy widzimy kogoś zasmuconego czy płaczącego zwykle uruchamiają się w nas pokłady współczucia, dobitnym przykładem jest widok płaczącego dziecka.


Emocje mogą nam dużo powiedzieć. Małe dzieci jeszcze umieją je wyrażać: przestraszone płaczą, zezłoszczone krzyczą. A dorośli? Albo stają się agresywni, albo coraz lepsi w tłumieniu uczuć myśląc, że w ten sposób je kontrolują. Osoby reagujące emocjonalnie są odbierane jako co najmniej dziwne, nie potrafiące nad sobą zapanować, a w środowisku zawodowym - jako nie posiadające profesjonalnego podejścia do tematu.

Tak więc nie powinniśmy dusić w sobie emocji, ale też ich nadmierna ekspresja może powodować, że inni odsuną się od nas. Myślę, że najskuteczniejszą metodą radzenia sobie z negatywnymi emocjami jest zauważenie ich, uświadomienie sobie co tak naprawdę czujemy i co to może dla nas oznaczać (patrz - pierwsza część artykułu).

Cytuję: "W buddyzmie stosuje się metodę znaną jako "trzykrotne odnotowanie". Jeśli pojawia się problem emocjonalny, np. jeśli ktoś poczuje nagle... gniew - należy trzy razy potwierdzić jego istnienie" (źródło). Mówimy - gniew, gniew, gniew. Pozwoli to na uświadomienie sobie obecności w nas trudnej emocji i tym samym zdystansowania się do niej, a im więcej w nas świadomości, tym mniej pretensji do świata.

Pamiętajmy, że to my wybieramy co myślimy, mówimy, a nawet - jak się czujemy. Nikt oprócz nas nie jest za to odpowiedzialny. Zatem wybierzmy szczęście! Proste, prawda?


niedziela, 16 listopada 2014

Trzy produkty na odchudzanie czyli całkiem nowy tag

Trzy produkty na odchudzanie to tag, którym poczęstowała mnie Athoualia z Blogum Herbaceum. Kiedy dowiedziałam się o nominacji zaraz zaczęłam główkować, jakie produkty mogę wymienić w swojej notce, ostatecznie udało mi się zrzucić kilka kilogramów. Jednak czy stało się to dzięki jedzeniu konkretnych produktów? W moim przekonaniu bardziej pomogło mi właśnie wyeliminowanie z diety niektórych produktów, zmniejszenie porcji posiłków oraz ruch, ale taki konkretny, aż do skąpania we własnym pocie.

Niemniej jednak, żeby wywiązać się z zadania, wybrałam swoją złotą trójkę, może nie klasyczną, ale dzięki niej jem mniej i zdrowiej, a to sprzyja utrzymaniu prawidłowej wagi ciała.


1. Błonnik witalny

źródło
Błonnik witalny to suplement diety zawierający w swoim składzie łuski babki płesznik oraz nasiona babki jajowatej. Zawarty w nich błonnik wspomaga w walce z nadprogramowymi kilogramami, zmniejszając apetyt i przedłużając uczucie sytości. Żeby tak się stało najlepiej spożywać błonnik jakiś czas przed posiłkiem lub zaraz po posiłku. Błonnik oczyszczając organizm i zmniejszając poczucie łaknienia ułatwia chudnięcie ale nie odchudza bezpośrednio.

Moja przygoda z tym produktem trwa z przerwami od lipca i przyznaję, że pomógł mi wyregulować częstotliwość posiłków oraz wyhamował apetyt na przegryzanie między posiłkami. Ja zażywam błonnik w sposób zaprezentowany na grafice, ale równie dobrze można go dosypywać do zupy lub jogurtu. Myślę, że warto sięgnąć po ten czy inny błonnik, jeśli zależy nam na dobrej kondycji naszego ciała. O błonniku już pisałam TUTAJ.


2. Pieczywo pełnoziarniste, razowe, najlepiej na naturalnym zakwasie

źródło
Co ma pieczywo do odchudzania? Myślę, że coś ma, pod warunkiem, że jest to odpowiednie pieczywo. Proponuję wybierać wg składu - powinny się tam znaleźć wyłącznie zakwas, mąka, woda i sól, oczywiście pieczywo na zakwasie w dzisiejszych czasach stanowi rarytas i trudno takie upolować w pierwszym lepszym sklepie.

Najlepiej jest jeśli spożywamy pieczywo razowe, zawierające mąkę z pełnego przemiału, które jest źródłem witamin z grupy B, witaminy E oraz żelaza cynku, wapnia, magnezu, fosforu i potasu. Im rodzaj mąki opatrzony jest wyższą liczbą tym więcej tych składników zawiera. Niestety, nie wszystkim takie pieczywo służy - osoby cierpiące na refluks, zespół jelita nadwrażliwego czy problemy z wątrobą powinny na nie uważać.

Nie każde ciemne pieczywo jest pieczywem razowym, zawsze należy czytać etykiety i zwracać uwagę czy w składzie nie ma karmelu. Mnóstwo ludzi ciągle naiwnie się na taką sztuczkę nabiera, sama kiedyś byłam wśród nich. Ponadto prawdziwe razowe pieczywo trochę waży, bo nie jest nadmuchane spulchniaczami. Chleb nie powinien się łamać i kruszyć, a jego skórka nie powinna odchodzić od miąższu.

Pieczywo może przyczyniać się do nadwagi, kiedy jest jedzone w dużych ilościach lub nieodpowiednim asortymencie. Spróbujcie przesadzić z jedzeniem razowego, pełnoziarnistego chlebka - śmiem twierdzić, że to nie jest możliwe! O ile kiedyś "dmuchanego" chleba do talerza zupki mogłam zjeść nawet i pół bochenka, to teraz zadowalam się połową kromki. Dzięki temu, że wybrałam pieczywo razowe pełnoziarniste, zjadam je w śladowych wręcz ilościach, co bezsprzecznie działa pozytywnie na moją figurę.


3. Yerba mate
źródło
Yerba Mate jest ze mną od ubiegłorocznych Świat Bożego Narodzenia (to był mój prezent pod choinkę!), pisałam o tym TUTAJ. Nie była to miłość od pierwszej kropli, ale z każdą kolejną dawką, yerba coraz bardziej mi smakowała i obecnie zastąpiła zupełnie herbatę. Yerba działa na mnie odświeżająco, ale w obiegowych opiniach twierdzi się również, że napar z niej pomaga utrzymać szczupłą sylwetkę, a mniej więcej brzmi to tak: yerba mate zmniejsza aktywność lipazy trzustkowej, która trawi tłuszcze, w efekcie tłuszcze nie są trawione w jelicie cienkim, co skutkuje obniżeniem kaloryczności posiłku. Dlatego zaleca się picie yerby najlepiej po 30 minutach od chwili spożycia posiłku obfitującego w tłuszcze.

Napar z yerba mate znacznie wpływa na spowalnianie opróżniania żołądka i zmniejsza ilość czasu potrzebnego do osiągnięcia sytości (wg chińskie przepisy.pl). Oprócz tego, yerba wzmacnia siły witalne organizmu oraz zwiększa odporność organizmu. Z mojego doświadczenia wynika, że po wypiciu yerby nie prześladuje mnie natrętny głód, a muszę przyznać, że wcześniej żarłokiem byłam wielkim, 70 kg przy wzroście 164 cm nie wzięło się znikąd. Aktualnie ważę 10 kg mniej, a fanką ćwiczeń fizycznych nie jestem, tak więc liczby mówią same za siebie.

O swoje propozycje trzech produktów pomagających w odchudzaniu czy utrzymaniu wagi proszę:
Małgorzatę M. z Harmonia Mojego Ja
Sylwię M. z Dzixonafit
Ewelinę ze  Slavic Nature



środa, 12 listopada 2014

Co intuicja podpowiada w kuchni

źródło
Nie lubię trzymać się diet, o czym zresztą nieraz już na blogu wspominałam. Uważam, że jedyną wiarygodną opcją diety jest jedzenie zdrowej i jak najmniej przetworzonej żywności. Ale i tutaj czyhają na nas pułapki - kiedy pisałam o zakwaszeniu organizmu (TUTAJ), w komentarzach pojawiły się głosy, że zdrowe odżywianie dzisiaj nie jedno ma imię. Jedni straszą glutenem,  drudzy zakwaszeniem, a inni wysokim indeksem glikemicznym. Naprawdę można się zniechęcić, albo... zaufać intuicji.

Wykorzystywanie intuicji w odżywianiu to nie tylko mój wymysł, podobny pogląd  prezentuje również Maciej Szaciłło w wywiadzie dla Sensu pt. "Żyjemy świadomie" (Nr październikowy/2013). Bardzo przyjemnie czyta się słowa, które do nas trafiają, są dokładnie tym, co w nas siedzi. Ten wywiad jest dla mnie właśnie czymś takim. Dla osób interesujących się zdrowym odżywianiem mogę ze spokojnym sumieniem polecić stronę M. Szaciłły MedytuJemy.pl. To kopalnia świetnych przepisów wegańskich, wcześniej zwykle brakowało mi pomysłów na dania bezmięsne, teraz mam je pod ręką.

Ale do brzegu. Otóż intuicja w kuchni podpowiada, co w danym momencie najlepsze jest dla naszego organizmu, dobrym przykładem są kobiety w ciąży, które są bardziej wyczulone na swój wewnętrzny głos i co chwila mają "dziwne" zachcianki, a tymczasem np. taki apetyt na legendarne ogórki kiszone (kto nie słyszał o nagłym apetycie ciężarnych na ogórki kiszone?) jest w pełni uzasadniony - zawierają one kwas mlekowy, który powoduje, że w jelitach rozwijają się pożyteczne bakterie probiotyczne, polepszające trawienie i wchłanialność związków odżywczych z jedzenia.

źródło

Jednak, żeby intuicja zadziałała, muszą być spełnione następujące warunki:

  • pokochanie i zaakceptowanie siebie, ponieważ wtedy pojawia się chęć dbania o siebie, a tym samym wybieranie dla siebie takiej żywności, która jest wartościowa, zaprzestanie jedzenia "śmieci" - nadwaga często wynika z braku akceptacji siebie czy własnego ciała;
  • oczyszczenie organizmu z nadmiaru toksyn pochodzących z zanieczyszczonego powietrza, konserwantów w jedzeniu, chemii w kosmetykach itd. - kiedy jesteśmy uzależnieni od cukru, trudno przytakiwać twierdzeniu, że skoro mamy apetyt na słodkie, to pewnie nasz organizm tego potrzebuje;
W tym miejscu dosłownie zacytuję M.S.: "Intuicyjne działanie w kuchni to taki stan, kiedy w przestrzeni miłości i szacunku do samego siebie gotuję jednoosobową kolację. Zjadam ją z radością, nie w biegu - świadomie. Oczywiście wiedza, jak łączyć produkty, żeby były zdrowe i pomagały redukować wagę, jest bardzo przydatna."

źródło
Są narody, a jednym z nich są na pewno Włosi, (o czym wspominałam TUTAJ) które mimo, że kochają jedzenie, rzadko mają problemy z nadwagą, a przynajmniej taka krąży o nich opinia.  Ich jedzenie bywa tłuste, nie brakuje w nich węglowodanów, nie jadają posiłków z zegarkiem w ręku i wagą w oku. Wieczorne spotkania przy kolacji ciągną się po kilka godzin. Włosi słyną także ze swego sensualnego kontaktu z jedzeniem - tam jedzenie się próbuje, targuje, dotyka.

Może i my tak spróbujmy? Pójdźmy na zakupy zrelaksowani. Zamiast w biegu wrzucać do koszyka co tam mamy na liście, zatrzymajmy się przy stoisku, które zwraca naszą uwagę, weźmy do ręki wybrane warzywo czy owoc i powąchajmy je. Wybierzmy tylko produkty, które budzą nasz apetyt. A po powrocie do domu skomponujmy z nich smaczny posiłek, który zjemy niespiesznie, z prawdziwą przyjemnością. Niech to będzie prawdziwa uczta zmysłów. Mimo, że jesień już hula, wierzę, że nas nos zaprowadzi nas do wyjątkowych produktów, gdziekolwiek się one ukrywają. Smacznego! Jedzmy na zdrowie.

sobota, 8 listopada 2014

Urodzinowa mapa marzeń

Symboliczne wspinanie po drodze życia ;-)
Mapa marzeń to coś na kształt zamówienia złożonego do naszej podświadomości, napisane w jej języku - obrazami i emocjami. Są tacy, którzy twierdzą, że to niezwykle skuteczna metoda na spełnienie marzeń.

Pracując nad mapą stajemy się konkretni, z wielu różnych obrazów wybieramy te, które wzbudzają w nas najsilniejsze emocje i dlatego uruchamiają wielką energię. Koncentrując się na marzeniach, w myślach tworzymy idealną przyszłość. Kiedy później często zerkamy na swoją mapę, zachodzą w nas zmiany, idziemy ku  nowemu, lepszemu życiu. A jednym zdaniem: mapa jest wizualną afirmacją, która działa na zmysł wzroku, porusza nasze emocje, zarazem oddziałując na podświadomość.

Najgorzej jest, kiedy żyjemy z dnia na dzień, nie zastanawiając się, co jest dobre dla nas, do czego powinniśmy dążyć. Ot taki kierat, polegający na wykonywaniu codziennych obowiązków i odpoczywaniu, ewentualnie planujemy wyłącznie wakacje, bo pracę to już się przecież bierze, jaka się nawinie pod rękę - nie stać nas na wybredzanie w tej materii. I jak tu przyciągnąć co najlepsze, jeśli sami nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy? Tak, jestem fanką prawa przyciągania. Wierzę, że to na czym się skupiamy, zasilamy swoją energią, inaczej "karmimy wilka", tego właściwego.

Dobry wilk!

Piszę o mapie marzeń w dniu swoich 42 urodzin, ponieważ czuję, że jest to świetny dzień na jej wykonanie. Planowałam to od dawna, niestety los trochę pokrzyżował moje plany i urodziny spędzam poza domem, dlatego stać mnie w tej chwili jedynie na wstawienie zdjęć, które symbolizują moje cele na najbliższy rok, za to prawdziwą mapę - kolaż z powycinanych z gazet ilustracji - postaram się wykonać 1 stycznia 2015 r. 

Mapy marzeń wykonuje się raz roku, w różnych terminach. Niektórzy uważają, że dobrym momentem jest nów księżyca, inni znów - że pełnia. Ze mnie żadna czarownica, więc przychylam się do zdania tej części populacji, która uważa, że każdy czas jest dobry na zrobienie swojej mapy marzeń, jeśli jednak czujemy, że pewne symboliczne daty jak np. dzień swoich urodzin są ważne, to bez wątpienia tak jest. Warto w życiu kierować się intuicją. 

A to? Pierwsze skojarzenie będzie najlepsze.

Po wykonaniu mapy, nie powinno się jej zmieniać, gdyż to będzie sygnałem, że nie jesteśmy pewni, a to może oznaczać dla naszej podświadomości, że nie warto działać. Kiedy już nasza mapa będzie gotowa, najlepiej zawiesić ją w widocznym miejscu tak, żeby nasz wzrok często się na nią natykał i tym samym karmił podświadomość obrazami tego, czego pragniemy. Jeśli jednak tkwi w nas przekonanie, że podzielimy się ze światem naszymi marzeniami, to je "zapeszymy", to lepiej ją schować i tylko zerkać na nią z ukrycia jak najczęściej. 

Kilka lat temu zrobiłam tradycyjną mapę mapę marzeń, po czym zwinęłam ją w rulon i ukryłam w czeluściach biurka. Myślicie, że długo chciało mi się ją wyciągać i rozwijać? Po miesiącu miałam to w nosie. Teraz swoją mapę chętnie zawieszę w sypialni, żeby spoglądać na nią zaraz po przebudzeniu.

Już wspominałam, jak kocham drewniane domy?

Co do techniki wykonania, to również twierdzi się, że forma jest dowolna. Każdy może sobie wybrać taką technikę, która jest mu najbliższa i najłatwiejsza, można nawet wykonać ją w programie graficznym, a następnie wydrukować czy ustawić jako tapetę w komputerze czy komórce. Bo tu liczy się skupienie, jakie towarzyszy tworzeniu, wiara w działanie metody  oraz włożona energia. Ważne też jest, aby podczas pracy czuć się lekko i radośnie.

Stąd w dzień moich urodzin tworzę mapę marzeń ze zdjęć, zupełnie nie przeszkadza mi, że ją zobaczycie - przesądy to niepotrzebne pęta! Na podstawie zdjęć symboli czasami trudno jest odgadnąć marzenia, zresztą po pewnym czasie sama mogłabym z tym mieć problem ;-) Stąd pod zdjęciami oszczędne podpowiedzi.

Zdjęcie kobiety biegającej w chmurach pochodzi z bloga http://www.runtheworld.pl i zostało opublikowane za zgodą jego autorki. Jeśli lubicie biegać i chcecie się w swoim bieganiu doskonalić - zajrzyjcie tam.

Z głową w chmurach. 
źródło. Chcesz mieć kaskę, noś portfel we właściwym kolorze ;-)
                                             
Chwila wytchnienia w takim miejscu ma wagę złota. źródło
Wszystkiego co najlepsze razy dwa i tym samym bratnia dusza. źródło
Same pyszne smaki, mniam! (źródło-Groupon)

Albo coś około tego...  źródło
Jak zwykle liczę na cuda, a one się wydarzają :-))
Zgaduj-zgadula :P (źródło-internet)

Ruszam w kolejny rok...

wtorek, 4 listopada 2014

Porozmawiajmy o kolagenie

O działaniem kolagenu na własnej skórze przekonałam się podczas stosowania maseczek w płatku fizelinowym (TUTAJ). Kiedy zauważyłam jak świetnie sprawdzają się maseczki i jak wręcz spektakularny efekt dają, od razu zaczęłam rozglądać się za innymi kosmetykami w składzie których znalazłby się ten składnik. 

Wieczorami zamiast kremu zwykle używam oleju (aktualnie z dzikiej róży, wcześniej z czarnuszki), jednak posmarowanie twarzy olejem na rozpoczęcie dnia to nie najlepszy pomysł, stąd rano wklepuję krem. Wczesnym latem zakupiłam wreszcie wymarzone produkty z kolagenem - mój wybór padł na kosmetyki Oriflame, seria Ecollagen właśnie znajdowała się w promocyjnej ofercie. 

Były to:

- lekki krem przeciwzmarszczkowy na dzień, który dzięki lekkiej konsystencji bardzo szybko się wchłaniał;
Z ulotki kremu dowiadujemy się, że krem jest idealny do cery mieszanej i tłustej, a cała seria została wzbogacona najnowszą technologią peptydów prokolagenowych, silnie działającym ekstraktem z komórek macierzystych (kolagen roślinny), który reaktywuje produkcję kolagenu w skórze. Rezultaty to wygładzona i bardziej miękka skóra, zmarszczki znikają, dzięki efektowi wypychania ich na zewnątrz.

- krem pod oczy  wypełniający zmarszczki z formułą bezzapachową dostosowaną do potrzeb wrażliwej skóry w okolicach oczu, a chłodzący aplikator pomaga zlikwidować opuchnięcia;

- dwufazowy płyn do oczyszczania twarzy i demakijażu




Oba kremy oceniam pozytywnie, chociaż nie było takich czarów jak podczas stosowania maseczki, ale też nie zauważyłam niczego, co mogłabym uznać za minus tych kosmetyków. Po ich nałożeniu twarz po prostu wyglądała świeżo, nie błyszczała. Nie wystąpiły podrażnienia. Kremy jak kremy, trudno jest ocenić ich działanie jako rewelacyjne (zresztą, rzadko kiedy tak można ocenić działanie kremów, no chyba, że tych za kilka stówek, po które jeszcze nie sięgałam), nie zauważyłam też cudownego odmłodzenia. Bardziej oczarował mnie płyn do oczyszczania twarzy i po niego na pewno jeszcze sięgnę. To właśnie po zastosowaniu płynu skóra jest wyraźnie wygładzona i miękka, zostawia on delikatną, śliską powłokę, która wchłania się mniej więcej w ciągu pięciu minut.



Myślę, że spróbuję jeszcze innych produktów z kolagenem, może trafię na coś lepszego. A dlaczego się tak uparłam? Trochę przetrząsnęłam temat i oto na na co się natknęłam:

Kolagen jest głównym składnikiem tkanki łącznej, występuje wraz z elastyną i kwasem hialuronowym, tworząc coś na kształt jej szkieletu - te trzy składniki nadają skórze odpowiednią elastyczność i jędrność. Dodatkowo kolagen posiada zdolność wiązania wody. Jednak z upływem czasu w naszym organizmie postępuje jego deficyt, co najszybciej da się zauważyć na skórze, która staje się mniej elastyczna, pojawiają się pierwsze zmarszczki i bruzdy.

Już po 25 roku życia komórki skóry zmniejszają stopniowo naturalną produkcję tego składnika. Dlatego, aby utrzymać dobrą kondycję skóry, warto używać kosmetyków z kolagenem. Z drugiej strony słyszy się głosy, że kremy kolagenowe to strata pieniędzy ponieważ cząsteczki kolagenu w nich zawarte są tak duże, że tylko niewielka ich ilość przenika w głąb skóry. Oczywiście, są też głosy na tak dla tych kremów, więc najlepiej osobiście produkt przetestować i ocenić, co też uczyniłam.


Oprócz kremów czy balsamów z kolagenem, w sklepach możemy też nabyć kolagen naturalny, np. rybi, uzyskiwany z ryb słodkowodnych. Na przeróżnych forach możemy przeczytać mnóstwo entuzjastycznych opinii o tym produkcie. Niestety,  jego cena będzie dość wysoka, np. za kolagen do twarzy Laudine 30 ml musimy zapłacić 99 zł, za 50 ml - 139 zł, a za 200 ml - 299 zł. Może jednak warto zainwestować, gdyż kolagen naturalny posiada ponoć nawet moc zwalczania cellulitu i rozstępów, mocno nawadnia i ujędrnia skórę, a także nie podrażnia, natomiast kremy zawierają mniej tego składnika i mogą podrażniać.

Twierdzi się też, że przyjmowanie tabletek kolagenowych (czyli aplikacja doustna) daje świetne efekty, jednak z uwagi na mój minimalizm pigułkowy, do tej metody podchodzę z rezerwą... Pomijając wątek suplementacji, stosowanie kolagenu w kosmetyce jest dla mnie warte uwagi, a nawet sprawdzenia efektów na własnej skórze. Wy też tak uważacie?