piątek, 31 października 2014

5 rzeczy... interesujących i dziwnych

Jutro 1 listopada, z doświadczenia wiem, że atmosfera takich dni jak ten nie sprzyjają czytaniu postów, więc dzisiaj będzie tu więcej zdjęć i minimum słów. Życzę ciekawego oglądania! Nie ukrywam, że chciałam tymi zdjęciami wywołać Wasze zdziwienie, zaskoczenie, tylko czy mi się udało...?



źródło
"Miasto umarłych" w Kairze to dzielnica najuboższych powstała na terenie dwóch zabytkowych miejskich nekropolii. 2-3 mln Egipcjan żyje i pracuje między grobami, zamieszkując mauzolea i inne zabudowania cmentarne. Mają podciągnięte z miasta wodę i prąd całkowicie za darmo. Są tam sklepiki, bary, punkty usługowe, a nawet szkoły.



źródło
Ganges - święty ściek Indii. Wyznawcy hinduizmu wciąż obmywają się w Gangesie, świętą wodą płuczą usta, a do rzeki spychane są często niedopalone szczątki zmarłych, co widać na załączonym obrazku. Więcej drastycznych zdjęć można obejrzeć po kliknięciu w link ale ostrzegam, że to dla ludzi o mocnym nerwach. Mówi się już o ekologicznej tragedii Gangesu. Pływające w nim zwłoki i padlina, a także toksyczne odpady zagrażają zdrowiu i życiu ludzi, a ci jak się pluskali przez lata tak samo i dzisiaj, nic sobie z zagrożenia nie robiąc. Bóg ich strzeże???



źródło
Harpia Wielka jest uważana za największego ptaka drapieżnego na świecie ze względu na rozpiętość skrzydeł wynoszącą od 176 do 224 cm . Od 2002 r. symbol Panamy. Jest to gatunek znajdujący się pod ścisłą ochroną, występuje od południa Meksyku do Argentyny.



źródło
Wiszące trumny na skałach w Sagadzie (Filipiny) to atrakcja dla turystów podróżujących po tamtej części Azji. Na taki pochówek mogą liczyć jedynie małżonkowie posiadający wnuki, a trumny wykonywane są własnoręcznie przez osoby starsze przed śmiercią - coś jak "oswajanie ze śmiercią".


źródło
Kevin Richardson "Zaklinacz lwów" pochodzi z Johannesburga w RPA. Jego unikalne relacje z tymi drapieżnikami (dorosły samiec lwa może ważyć 150 - 250 kg) są znane i podziwiane na całym świecie. Kevin uważa, że kluczem do do poskromienia zwierzaka jest miłość, zrozumienie i zaufanie, a nie wiązanie, klatka czy pejcz. Jest autorem książki pt. "Zaklinacz lwów. Historia najniebezpieczniejszej przyjaźni na świecie". Książki nie czytałam, za to oglądałam o nim film i przyznaję, wygląda to niesamowicie.

Znacie to? A może obiło Wam się o uszy coś równie niesamowitego? Podzielcie się, proszę - takie historie to moja pasja!


poniedziałek, 27 października 2014

Książki ze smakiem

Wrzesień i październik upłynął mi pod znakiem książek, w których opowieści autorów przeplatały się ze smakowicie brzmiącymi przepisami. To dla mnie nowość, nigdy wcześniej po takie lektury nie sięgałam, myślałam, że to nuda, ale się myliłam - książki były ciekawe (chociaż jedna jakby mniej). Jeśli przeczytaliście coś ciekawego w tym stylu, to proszę o namiary. A oto co przeczytałam w ostatnim czasie:







"Przepisy na bycie razem" - Katarzyna Żelazek
To prawie 30 portretów rodzin i wiele przepisów kulinarnych, które tym rodzinom służyły przez lata. Przyznaję, że historie rodzin - mimo że stanowią piękne świadectwo wielu  zalet jakie niesie za sobą życie w trwałej, wielopokoleniowej rodzinie - szybko zaczęły mnie nużyć, dlatego oceniam tę książkę najsłabiej z prezentowanej tu trójki. Natomiast wśród przepisów znalazło się wiele perełek, które albo przypomniały mi dawne, zapomniane smaki (jak przepis na kwas chlebowy, zwykle robiony przez moją babcię, aczkolwiek babcia robiła swój inaczej), albo wydały się ciekawe, taka np. cytrynówka, od dawna planuję ją zrobić (no i znów - co tam robi mleko???).


"Słodkie życie w Paryżu" - David Lebovitz
Autor - sławny cukiernik - przeprowadza się ze Stanów do Paryża by móc pełniej doświadczać francuskiej kuchni, którą pokochał. W książce zamieścił 50 przepisów dań w większości ociekających czekoladą oraz opisy niuansów paryskiego życia i cech, a raczej przywar Paryżan.  Zabawnym tonem opowiada o zderzeniu dwóch mentalności - Amerykanów i Paryżan (bo to właśnie Paryżanie wyróżniają się wśród Francuzów swoim upierdliwym charakterem). Możemy przeczytać o tym jak to Paryżanie z zamiłowaniem sikają w miejscach publicznych, wciskają się bez kolejki, są nieuprzejmi i szaleje u nich biurokracja. Równie humorystycznie wypowiada się o francuskiej służbie zdrowia, mi w pamięci utkwił ten fragment, kiedy jako pacjent szpitala sam musiał sobie robić iniekcje i w jakie osłupienie go to na początku wprawiło. Książkę czytało się lekko i przyjemnie, gdyż narracja skrzyła dobrym humorem i nawet zdarzyło mi się w trakcie lektury roześmiać. Przepisy będą gratką głównie dla miłośników deserów, ale nie tylko. Książkę polecam, a niżej zamieszczam jeden z przepisów w niej zamieszczonych, na tapenadę z fig i oliwek (dla mnie nowość!):






I ostatnia, zdecydowanie najlepsza z tej trójki książka. Najlepsza, ponieważ wzbudziła najwięcej emocji. Pierwsza - kucharska, druga - zabawna, trzecia - poruszająca. Tak bym je w skrócie opisała.

"Codzienność w Toskanii" - Frances Mayes
Włochy, Włochy... Łagodny śródziemnomorski klimat i ta kuchnia! W swojej książce F. Mayes opowiada nam o codziennym życiu w swoim domu w Toskanii, a nasycone ciepłem opowieści przetyka przepisami na tradycyjne potrawy, które od lat jada się w tych okolicach. Jedzenie zajmuje w umyśle Włochów szczególne miejsce. Włosi ponoć ciągle o jedzeniu mówią i z zamiłowaniem planują kolejne wielogodzinne kolacje. Jednak jedzenie nie oznacza dla nich wyłącznie zaspokojenia fizjologicznej potrzeby, to raczej karmienie ciała i ducha. A oto co autorka zaobserwowała w zachowaniu Włochów przy stole i w kuchni:

  • jeśli dysponuje się najlepszej jakości składnikami, nie ma potrzeby komplikowania swojego dania, wystarczą dwa, trzy smaki - wyraźne i świeże,
  • Włosi nie przepadają deserami ociekającymi cukrem,
  • za to używają ogromnej ilości oliwy, na niedużą rodzinę albo bezdzietne małżeństwo wychodzi ok. 1l na tydzień,
  • piją do posiłku mniej więcej pół na pół wodę i wino, picie alkoholu zaczyna się razem z jedzeniem - wino jest używane do jedzenia,
  • w porze kolacji czas się rozciąga, podaje się do 5 dań, ale jedzonych z umiarem,
  • zjada się niewielką ilość mięsa,
  • potrawy jedzone są ze smakiem, bez poczucia winy, uważa się, że inaczej szkodzi się procesom trawiennych.
I na zakończenie kilka zdjęć z książki:

Carpe diem po włosku

Jak to jest mieć czas

Przepis na majonez czosnkowy


Alberobello w Apulii - kto widział te dziwne dachy na własne oczy?

czwartek, 23 października 2014

W świecie kosmetyków

Lubię tematy kosmetyczne, szczególnie jeśli dowiaduję się czegoś nowego bądź mogę zaprezentować jakiś w miarę nietypowy produkt, który wzbudził moje zainteresowanie. Ponieważ w ostatnich tygodniach (astronomicznego) lata miałam okazję takich produktów używać, dzisiaj nadszedł czas na ich zaprezentowanie. Zapraszam na krótki przegląd!



O nawilżających rękawiczkach SPA marzyłam, ale kiedy wreszcie założyłam je na dłonie mój entuzjazm znacznie osłabł. Mam je od pół roku, a korzystałam może kilka razy ze średnim zadowoleniem - dłonie były lekko nawilżone, ale tylko przez godzinę czy dwie. Lepszy efekt uzyskuję za pomocą ulubionego kremu do rąk.

Nie lubiłam ich zakładać też z dwóch innych powodów:

  • wiosną, latem i wczesną jesienią było ciepło i zupełnie nie miałam ochoty na siedzenie w rękawiczkach,
  • mają uniwersalny rozmiar i moje drobne ręce (S) po prostu się w nich topiły, w okolicy wierzchu dłoni i nadgarstków zbyt dużo luzu - żel nie przylegał do skóry jak należy i ciągle musiałam przyciskać rękawice do dłoni, co uważam za upierdliwe.
Żelowa powłoka wewnętrzna rękawiczek zawiera olejek z jojoby, olejek lawendowy, oliwę z oliwek i witaminę E - wydziela przyjemny zapach. Nie należy nosić ich dłużej niż 20 minut, mogą wystąpić negatywne reakcje skórne (zaczerwienienie, swędzenie). Ja w swoich zdrzemnęłam się pół godzinki, a po przebudzeniu i zdjęciu rękawic czułam nienaturalne ciepło w dłoniach, coś jakbym trzymała bardzo ciepły przedmiot. Rękawice można prać ręcznie.

Podsumowując: to, że dla mnie rękawiczki z w/w powodów nie przypadły do gustu, nie oznacza, że nie mogą się podobać. Pewnie za rzadko je używałam, żeby cieszyć się dobrymi efektami, może zimą to się zmieni. Ostatecznie rękawiczki podobno zachowują swoje właściwości nawet do 40 prań. Osoby młodsze o dekadę i więcej na pewno będą z efektu nawilżania bardziej zadowolone, tak samo te z większymi dłońmi.



Puder Bambusowy FM to kosmetyk po który na pewno jeszcze nie raz sięgnę. Cytuję za producentem: "Transparentny puder idealny do wykończenia makijażu i poprawek w ciągu dnia. Stworzony na bazie ekstraktów roślinnych, naturalnych olejów oraz witaminy E. Ekstrakt z bambusa absorbuje nadmiar sebum, nadając cerze matowy wygląd i odczuwalną gładkość, a dzięki zawartości krzemionki, optycznie zmniejsza marszczki i rozświetla cerę. O doskonałą kondycję skóry dbają olej z nasion bawełny oraz ekstrakt z alg o właściwościach nawilżających. Odpowiedni do każdego rodzaju skóry."

Skład: Bambusa Arundinacea Stem Extract, Mica, Caprylic / Capric Trigliceryde, Isodecyl Neopentanoate, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Algae Extract, Silybum Marianum Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum.
Krótki nie jest i niewiele mi mówi, zostawiam jego analizę osobom wtajemniczonym w arkana czytania składów. Jeśli coś z niego wyczytacie, dajcie znać.

Pomijając kwestię składu, w codziennym stosowaniu puder bambusowy świetnie się sprawdza, chociaż na początku bałam się, że będę wyglądała jak gejsza, niepotrzebnie - puder idealnie matuje moją niezbyt wymagającą w tym zakresie cerę, ale nie bieli jej. No chyba, że nie zrobiliśmy peelingu i mamy suche skórki na nosie. Mam wrażliwą skórę, a po bambusku nie zauważyłam żadnych niepożądanych objawów. 

Według informacji zamieszczonej na Biochemii Urody, puder bambusowy zawiera ponad 90% krzemionki, dzięki której otrzymujemy transparentne wykończenie makijażu bez bielenia skóry oraz efekt matowania i wygładzania. Działa antybakteryjnie i łagodząco, reguluje aktywność gruczołów łojowych. Nie powoduje zatykania porów. I jeszcze coś - na Biochemii Urody jest dwa razy tańszy niż w FM. Chyba w przyszłości to rozważę...

niedziela, 19 października 2014

Naturalnie

Ostatnio często zachwalam na blogu wychodzenie z domu na tzw. łono natury. Nie musimy od razu myśleć o czymś wielkim jak morze czy góry, także te tereny zielone, które mamy do dyspozycji w najbliższym otoczeniu pozytywnie wpływają na nasze samopoczucie czy zdrowie. 

Kiedy tylko mogę uciekam do pobliskiego Myślęcinka - godzina spaceru, jazdy rowerem czy biegania czyni cuda. Wtedy czas się zatrzymuje i wydaje się, że chwila trwa i trwa. Wracam do domu z lekką głową, wyciszona i wypoczęta. Dlaczego tak się dzieje? Spróbujmy rozłożyć to na czynniki pierwsze, może wtedy jeszcze wyraźniej poczujemy sens wychodzenia. Bo spacerowanie dlatego, że tak radzi "Przyjaciółka", bez zrozumienia podstaw, może spowodować, że pierwsze uderzenie jesieni skutecznie uwięzi nas w domach.

Po pierwsze, promienie słońca leczą (helioterapia), ale nieumiejętne korzystanie z niego korzystanie może też szkodzić, szczególnie kiedy robimy to w samo południe, przez długi czas jednorazowo albo zbyt rzadko. Organizm powinien mieć kontakt ze słońcem przez cały rok, a kąpiel słoneczna jest możliwa nawet w lekkim, przewiewnym jasnym stroju.

A w jaki sposób my korzystamy ze słońca? Podaję tu pewne uogólnienie, być może niektórym wyda się bliskie: latem, kiedy mamy więcej czasu (urlop, wakacje, dłuższy dzień) robimy to w miarę często i intensywnie, może nawet zbyt intensywnie, za to w pozostałych porach roku lekka klapa - telewizja i inne elementy naszego ucywilizowania potrafią nam to słońce zaćmić. No i głód słoneczny gotowy! Długotrwały głód słoneczny powoduje utrudnienie wchłaniania wapnia przez organizm, a to z kolei obniża sprawność umysłową i fizyczną człowieka, staje się on bardziej drażliwy, szybko się męczy. Ponadto zmniejsza się odporność na działanie drobnoustrojów chorobotwórczych. Twierdzi się też, że nadciśnienie jest wywoływane między innymi przez niedobór słońca.

Norwegia, Finlandia czy Rosja to kraje, w których mieszkańcy "narażeni są" na noc polarną, mi wystarczą nasze krótkie dni, które pojawią się już w listopadzie, po zmianie czasu na zimowy. Znów będę wychodziła z domu i do niego wracała o zmroku. I tak przez trzy miesiące... A przez nieliczne, słoneczne godziny będę oglądała słońce zza szyby w pracy. Łapać słońce, ile się da! To moje najnowsze wyzwanie.


Po drugie, nawet kiedy słońce nie dopisuje, na zewnątrz czeka na nas świeże powietrze, które ma wiele cennych dla nas zalet:

  • zawiera do około 15% więcej tlenu (las, tereny nadmorskie) niż powietrze zalegające w pomieszczeniach zamkniętych,
  • powietrze chłodne hartuje,
  • pobudza układ naczyniowy, pogłębia oddech,
  • poprawia samopoczucie, pomaga w stanach osłabienia i wyczerpania,
  • ułatwia przemianę materii,
  • ciepłe, nasycone wilgotnością regeneruje wysuszone błony śluzowe,
  • powietrze leśne zawiera terpentyny i olejki eteryczne oraz mało pyłów i zanieczyszczeń gazowych,
  • powietrze morskie przesycone jest bryzą morską, która zawiera sól, której największe  stężenie występuje na samych plażach,
  • powietrze górskie jest rzadsze, uboższe w tlen, przez co zmusza do głębokiego oddychania.
Najniebezpieczniejsza pogoda dla zdrowia to połączenie silnych wiatrów z niską temperaturą i dużą wilgotnością.



Jesienią, zimą i wczesną wiosną może zbyt przesadnie chronimy się w pomieszczeniach zamkniętych, a hartowanie nie tylko na temperaturę, ale także na uciążliwości typu błoto, śnieg, wilgoć, opady, mróz itp. to bardzo pożądany efekt - na pewno nie dostaniemy kataru, kiedy tylko staniemy w otwartym oknie.

Ale to nie wszystko co czerpiemy z natury. Cisza lasu, śpiew ptaków, szum drzew czy fal to dźwięki zupełnie innej jakości niż hałas cywilizacji, dodatkowo kształty, barwy, a nawet zapachy, działają profilaktycznie i terapeutycznie na nasze zestresowane organizmy.

A kiedy pewnego dnia nie będzie nam po drodze do lasu, warto pamiętać, że w domu czy w miejscu pracy również możemy stworzyć namiastkę kontaktu z naturą:

  • widok z okna
  • umieszczanie w zasięgu wzroku obrazów przedstawiających naturę (zdjęcia z wakacji oprawione w ramki, tapety na ekranie komputera, filmy przedstawiające naturę), 
  • umieszczenie w bezpośrednim otoczeniu roślin doniczkowych,
powinny pomóc w przetrwaniu nadchodzących surowych miesięcy.



I tylko trochę żal, że ciepłe, jasne wieczory odeszły, ale "jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma" - to powiedzenie idealnie pasuje do sytuacji. Życzę przyjemnych i częstych spacerów przez cały rok. Miłego hartowania!

Do napisania posta natchnął mnie między innymi artykuł na stronie prywatnezdrowie.pl

środa, 15 października 2014

Zakwaszenie organizmu - prawda czy mit?

źródło
Czy zakwaszenie organizmu jest realnym zagrożeniem dla przeciętnego "zjadacza chleba" czy też może sztucznie  rozdmuchanym tematem poruszanym przez nawiedzone ortorektyczki? Skoro już na licealnych lekcjach biologi młodzież uczy się o równowadze kwasowo-zasadowej to na logikę, coś musi być na rzeczy. Z drugiej strony obserwując najbliższe otoczenie mogę stwierdzić, że nauka ta najwyraźniej u większości idzie w las. Zazwyczaj nie przekuwamy tej wiedzy w praktykę, a i podejście lekarzy do tematu również bywa lekceważące.

Kiedy w ubiegłym tygodniu, przy okazji skierowania na badania zapytałam grzecznie swojego lekarza, czy nie dostałabym skierowanie na badania stopnia zakwaszenia organizmu, ten zrobił zdziwione oczy. Po czym pobłażliwym tonem wyjaśnił, że na takie badania kieruje się zazwyczaj pacjentów z ostrą niewydolnością oddechową. Badanie nazywa się gazometria i ma na celu wykrycie zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej w organizmie. Dodał też, że mam być spokojna, bo nic takiego mi nie grozi, na pewno naczytałam się tych modnych ostatnio treści o zakwaszeniu, których pełno w internecie, ale to kompletna bzdura, ponieważ  zakwaszenie to mit i trzeba naprawdę się napracować, żeby coś takiego nas dopadło i dało konkretne objawy.

Doszłam do wniosku, że jako samouk, przepadnę w dyskusji z tzw. "autorytetem medycznym" i grzecznie zamknęłam buzię, ostatecznie badanie ogólne moczu również pokaże jego odczyn. I tu znów ciekawostka - na stronie poradnikzdrowie.pl jest napisane, że odczyn moczu powinien być lekko kwaśny pH 5,5. Bardziej zasadowe pH - 6 i powyżej może wystąpić na diecie wegetariańskiej i mlecznej (?!), bardziej kwaśny mocz - poniżej pH 5, mają osoby które jedzą dużo mięsa. Odczyn poniżej 5 może świadczyć o odwodnieniu i gorączce. I tyle, zero słów o naszym słynnym zakwaszeniu organizmu.

Tymczasem na stronach pasjonatów zdrowego odżywiania możemy przeczytać inne informacje: norma kwasowości moczu zależy od naszego stylu życia i diety i powinno wynosić pomiędzy 6,5 a 7,5 pH, niższe oznacza błędy w diecie. Najlepiej jest zbadać mocz w warunkach laboratoryjnych, ale orientacyjnie możemy też samodzielnie wykonać badania za pomocą papierków lakmusowych dostępnych w sklepach internetowych, do których dołączana jest szczegółowa instrukcja. W aptekach internetowych można nabyć testy domowe do ogólnego badania moczu (koszt 2 testów to ok. 15 zł). Ja swoje wyniki mam z laboratorium, w moim przypadku pH wynosi 6.

źródło
Mam to do siebie, że nie łatwo uznaję autorytety, także te medyczne, dlatego zazwyczaj staram się samodzielnie zgłębiać temat, korzystając z różnych źródeł, aż do skutku. Nie wystarczy mi jedno zapewnienie lekarza, że problem nie istnieje - CHCĘ ZROZUMIEĆ. Skoro równowaga kwasowo-zasadowa rzeczywiście istnieje i w dodatku jest pożądanym stanem faktycznym, a uzyskuje się ją poprzez dostarczenie do organizmu pożywienia w skład którego wchodzą pierwiastki zasadotwórcze lub kwasotwórcze, to możemy sobie łatwo wyobrazić jak to co jemy wpływa na pH poszczególnych części składowych naszego organizmu.

A jemy naprawdę różnie, znam wiele osób, które twierdzą, że życie jest zbyt krótkie i do d..y, żeby sobie z własnej woli czegokolwiek odmawiać, a w wielu domach codzienny jadłospis składa się z samych zakwaszających pokarmów. Dopóki jesteśmy młodzi, nie odczuwamy aż tak bardzo konsekwencji, a jeśli zdarza nam się niedyspozycja to winę zwalamy na wyczerpujący styl życia. Silniejsze objawy na ogół zaczynają nam towarzyszyć po 35 roku życia: zmęczenie, brak energii, podatność na infekcje, cellulit, nadwaga, rozdrażnienie, senność, zmniejszenie jasności umysłu, bóle stawów, problemy ze skórą i włosami, wtedy idziemy do lekarza po receptę i mamy błędne koło - lekarstwa leczą objawy, ale nie przyczyny.


A nie tylko jedzenie zakwasza, jest jeszcze wszechobecny stres i gnuśny styl życia. Jestem przekonana, że najlepszym dla nas rozwiązaniem jest polubienie Natury i jej darów - warzyw i owoców, świeżego powietrza, spacerów pośród drzew, wiatru, słońca, deszczu i mrozu.

Sama od kilku miesięcy obserwuję obfitujące w przydatne treści blogi takie jak alkaliczny styl życia czy akademia witalności i muszę przyznać, że moja świadomość powoli zmienia się na lepsze - na zakupach już nie zgarniam z półek wszystkiego jak leci, ale zaczynam czytać etykiety, a niektóre produkty omijam szerokim łukiem, co przy okazji pozwala na oszczędność czasu i pieniędzy (były czasy, kiedy przywoziłam do domu tony słodyczy i żywności wysoko przetworzonej). Jak wspominałam w jednym z wcześniejszych postów pt. Zaśluzowani , do takiej zmiany jestem dodatkowo zmotywowana chęcią poprawy swojej jakości życia, a dokładniej mówiąc - przywrócenia normalnego oddychania przez nos.

Czuję, że coś jest na rzeczy w temacie równowagi kwasowo-zasadowej i dlatego nie uwierzyłam ślepo swojemu lekarzowi, a Wy - jesteście zwolennikami czy przeciwnikami dbania o właściwą proporcję produktów zakwaszających i alkalizujących w swojej diecie? Chętnie poznam Wasze przemyślenia czy rady!



sobota, 11 października 2014

Liebster Blog Award - dacie radę?

Kochani, w związku tym, że zostałam nominowana do LIEBSTER BLOG AWARD przez Beatę z vademecumblogera.pl dzisiaj kolejny post o mnie. Czasami mam wrażenie, że za dużo tu o mnie, ale nominacja zawsze cieszy i budzi wdzięczność, więc jak tu nie odpowiedzieć? Dziękuję Beatko!

Dla tych wszystkich co za tagami nie przepadają, na osłodę wrzucam zdjęcia kotów...

Mały Diabełek z Wystawy Kotów Rasowych na bydgoskiej Łuczniczce. 

Moje odpowiedzi na 11 pytań:

1. Jak zaczęła się Twoje przygoda z blogowaniem? 1 rok i 1 miesiąc temu napisałam pierwsze nieudolne posty, a pomysł na bloga dojrzewał 4 miesiące. Zaczęło się dziwnie: pewnej  bezsennej, majowej nocy, zamiast nerwowo przewracać się w łóżku, wstałam i włączyłam tablet. MUSIAŁAM sprawdzić co mówią o moim zdrowiu pryszcze wyrastające na poszczególnych partiach twarzy. Przekierowało mnie na blog Liliowy zakątek - nigdy wcześniej nie byłam na żadnym blogu. Tej nocy zajrzałam po raz pierwszy i tak znalazłam w blogosferze.

2. Czego dzięki niej się nauczyłaś? Co Ci to daje? Treści które zamieszczam na moim blogu to dla mnie coś wyjątkowego, ponieważ piszę to co czuję, a czuję, że szczęście jest moim powołaniem (jak i każdego człowieka). W związku z tym zbieram tu wszystko co kojarzy mi się z odczuwaniem szczęścia. Czasami myślę sobie, że gdybym umiała tak pięknie żyć ile mam w głowie pomysłów, to już byłaby pełnia szczęścia. Niestety i stety, ciągle istnieje pewien ułamek niedosytu, dzięki czemu mogę rozmyślać dalej, co również daje mi szczęście.




3. Jedna porada dla zaczynających pisanie bloga. Bądźcie sobą, bądźcie autentyczni, pozowanie i sztuczność nie wystarczy na dłuższą metę. Albo mamy o czym pisać, albo robimy sobie wakacje. Nie ma pisania na siłę, bo odbiorcy to czują.

4. Twoja pasja. Największa to pisanie, jest jeszcze rozwój osobisty i ostatnio zdrowe odżywianie. Czytam również z pasją - blogi, książki, czasopisma, ciekawe portale - choćby do północy, a później niestety oczy na zapałki. Uregulowanie snu to obecnie jedno z poważniejszych wyzwań jakie na mnie czeka. Na razie nie wiem jak się za to zabrać... Obecnie śpię 6 - 7 godzin i to trochę zbyt mało dla mnie.

5. Kawa czy herbata. W moim przypadku i jedno i drugie, jednak ostatnio nie piję czarnej herbaty, nawet nie wiem kiedy wypadła z torów. Herbaty pijam różne: yerbę, rooibos, zieloną, ziołowe. Kawę tylko sypaną, kiedy mam więcej czasu to gotuję sobie w garnuszku z kardamonem.

Świat zza krat.
6. Masło czy margaryna (polecam masło). Masło, ale szczerze to od niedawna. Z czystego wygodnictwa była wcześniej miękka margaryna.

7. Twój ulubiony kolor. Naprawdę łatwiej by mi było odpowiedzieć, że mój najmniej lubiany kolor - to czerń. Resztę kolorów lubię jednakowo, to chyba widać na moim blogu, który wygląda jak papuga.

8. Twoja ulubiona pora roku. Wiosna, z wiosną rodzi się nadzieja, że będzie kolejny świetny wiosenno-letnio-jesienny sezon, a zimą naturalnie zwalniam obroty, chociaż zobaczymy, jak przetrwam nadchodzącą...




9. Twoja ulubiona piosenka. Never let me down Depeche Mode, od niepamiętnych czasów ta sama. Jestem wierną fanką tego zespołu, aczkolwiek nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby wyglądać  jak "depeszowiec".

10. Marzy mi się ... Życie z pasją i z pasji. Domek z drewnianych bali. Polubienie samochodu. Kot-przyjaciel w domu. Że nie muszę już mieć szefa.

11. Nie mogłabym żyć bez ... wolności. Wolnej Duszy.

Tyle tych Liebsterów...
Nie nominuję nikogo i nie podam pałeczki dalej z jednego powodu - to mój siódmy raz i podejrzewam, że zaczęłabym nominować te same osoby. Moje pozostałe odpowiedzi można sprawdzić klikając w etykietę akcja. Wierzę, że Liebster Wiecznie Żywy i tak przetrwa ;-)

Odpowiedzi miały zająć tylko małą część posta jednak znów się rozpisałam (ach ta samodyscyplina...) i dlatego nic więcej oprócz LBA dziś tu nie napiszę. Wiem, że musicie lecieć do swoich zajęć. 

Zatem do następnego razu!

wtorek, 7 października 2014

Moje pierwsze "ambasadorowanie"

Moje pierwsze "ambasadorowanie", spadło na mnie niespodziewanie ze strony Rekomendujto.pl . Zarejestrowałam się na tej stronie i prawie natychmiast o tym zapomniałam, a tu niespodzianka - na początku września dotarła na mojego maila informacja, że szukają ambasadorek Rodzinnych Zup Winiary.

Mogłam z czystym sumieniem przystać na propozycję, gdyż i tak dość często korzystam z zup Winiary w kuchni, kiedy chcę  szybciej ugotować posiłek. Ponadto zupa w torebce dodana do wywaru nadaje pożądaną przeze mnie konsystencję potrawy i nie używam wtedy mąki do zagęszczania. Jednym słowem, lubię niestety kiedy moja zupka jest lekko zawiesista. Dla osób preferujących zdrowe odżywianie sensu stricto wklejam zdjęcie z składem zupy, nie jestem wielkim znawcą etykiet, ale mimo wszystko staram się je czytać -  zupy Winiary chyba nie wypadają najgorzej?...


Rodzinne Zupy Winiary gotowałam tak jak zwykle to robię, a więc przede wszystkim nigdy nie na skróty czyli zupa z torebki + woda = 10 minut czekania i gotowe. Zawsze wcześniej przygotowuję wywar z włoszczyzny, czasami dodaję skrzydełka, czy jakąś mięsną "wkładkę" z uwagi na mężczyznę w domu, dodaję również więcej przypraw i zieleninę, czasami łyżkę śmietany. Muszę przyznać, że takie zupy smakują dobrze i dość naturalnie. I jeszcze jedno: Rodzinne Zupy Winiary wystarczają na co najmniej 6 talerzy.

Do przetestowania od Winiary otrzymałam 5 zup w tradycyjnych smakach, każdą można wzbogacić dodatkowymi produktami kierując się radami zawartymi w otrzymanych ulotkach czy po prostu intuicją. Do zup możemy dodać np.:
  1. Barszcz biały - pół szklanki tartego parmezanu, 3 łyżki gęstej śmietany, jajka, 1 marchewka, 2 duże ziemniaki (według mnie zbędne), biała kiełbasa, majeranek, ząbek czosnku, liść laurowy.
  2. Kartoflanka - 300 g gotowanych dużych krewetek, 2 łyżki sosu sojowego, 200 ml mleka kokosowego, dwa duże ziemniaki, 1 marchewka, świeża natka kolendry lub pietruszki, tymianek, liść laurowy, kiełbasa węgierska z papryką lub zwykła wiejska lekko podsmażona.
  3. Krupnik - 4-6 suszonych kalifornijskich śliwek, pół szklanki kremowej śmietanki, świeża szałwia, natka pietruszki, ząbek czosnku, lekko przesmażone pieczarki (albo leśne grzyby) z dodatkiem cebulki.
  4. Grochówka - szczypta curry, 1 pierś z kurczaka podsmażona, wędzony boczek,  preferowana kiełbasa, 1 marchewka, 1 pietruszka, ziemniak, majeranek, ząbek czosnku, natka pietruszki.
  5. Żurek - 2 duże ziemniaki, 1 marchewka, 1 pietruszka, 1 łyżka chrzanu, 1 łyżka soku z cytryny, śmietana, 400 g łososia (filet), i znów kiełbasa, jajka, majeranek, czosnek.
Kartoflanka
Zupy mają naturalny smak i szybko się je przygotowuje, w pół godziny nadają się do spożycia, oczywiście tempo można jeszcze bardziej podkręcić i zjeść zupę w po 15 minutach, ale wg mnie posiłek przygotowany z większą uwagą, taki "dopieszczony", bardziej smakuje. 

W kuchni nie używam już od dłuższego czasu sosów czy innych dań z torebek i słoików, z jednego powodu - te w przeciwieństwie do zup zwykle trącą sztucznością i żeby je odpowiednio podrasować i tak muszę dodać mnóstwo składników ze swojej kuchni, po co więc dopłacać do posiłku, skoro danie obiadowe można szybko, prosto i smacznie przyrządzić ze znajdujących się w domu komponentów.

Kolejnym powodem dla którego ograniczam korzystanie z takich półproduktów jest podjęte w tym roku postanowienie stopniowego wprowadzania w swoje życie zasad zdrowego odżywiania. Ponieważ robię to stopniowo, a nie drastycznie, mam nadzieję, że "za rok, może dwa" moja dieta będzie kumulacją wszystkich małych, zdrowych zmian przeprowadzonych w tym czasie. Jednak przy tych szczytnych założeniach nie zakładam, że zrezygnuję całkowicie z popełniania od czasu do czasu tzw. małych grzeszków, gdyż na tym etapie nie wyobrażam sobie życia bez kawałka pysznego ciacha do porannej, niedzielnej kawy.

Póki co, na Zupy Winiary, nie tylko Rodzinne, od czasu do czasu sobie pozwalam, żeby  po prostu ułatwić sobie życie. To mój żelazny zapas w sytuacji braku czasu na: zaplanowanie posiłków, odpowiednie zakupy czy w końcu na dłuższe stanie przy garach. Jestem też ciekawa co Wy sądzicie o takim ułatwianiu sobie gotowania? Czy również Wam się to zdarza czy raczej jesteście przeciwnikami korzystania z takich "pomocników"? Piszcie!

piątek, 3 października 2014

Po co nam wyzwania

Wyzwania kuszą mnie od dawna, lubię je podejmować i zaraz na starcie jestem bardzo podekscytowana i pełna zapału do działania. Myślę, że to dla mnie dobra zabawa. 

Chętnie śledzę je na blogach czy na portalu http://www.hellozdrowie.pl/wyzwania - tu mamy do dyspozycji całą masę wyzwań do realizacji, na przykład:
  • przesiądź się na rower,
  • piękna figura w 60 dni,
  • zrób sobie detoks,
  • trenuj silną wolę,
  • wyśpij się wreszcie
i wiele innych. Podzielone są na stopnie trudności: łatwe, średnie i trudne.
Podobna zabawa czeka nas na stronie http://www.activia.pl/cele .

Jak wspomniałam, chętnie podejmuję się nowych wyzwań, ale nie wszystkie udaje mi się ukończyć. Najczęściej tłumaczę sobie porażkę tym, że wyzwanie nie było dla mnie, albo wręcz pytam samą siebie po przebyciu połowy drogi ", a właściwie to po co mi to, po co się męczyć, co mi to da?" Wiadomo, odpowiedź nasuwa się od razu jedna: mogę  świetnie obyć się bez tego wysiłku. Niby w porządku, bo nie wszystko musi być dla nas, może tylko lepiej zadać sobie to pytanie zanim podejmiemy wysiłek, a nie przerywać w połowie - to nie najlepsze dla naszego morale..

Ale wyzwania to nie tylko zabawa, to także okazja do nauczenia się samodyscypliny, nie wspominając już o oczywistych korzyściach dla ciała i ducha jakie niesie za sobą ich realizacja.



Samodyscyplina to prostymi słowy umiejętność zmuszenia się do zrobienia tego co musimy, pomimo braku chęci. Prosty przykład: rano, zaraz po przebudzeniu, zawsze mam ochotę zadzwonić do szefa i poprosić o dzień urlopu na żądanie, a mimo to biorę się w garść i wychodzę do pracy. Z jednej strony dyscyplina kojarzy się z brakiem wolności, przymusem, obowiązkami, z drugiej - prowadzi do efektywności działań, ponadprzeciętności, osiągnięć oraz kontroli nad własnym życiem. Mimo wrodzonej skłonności do wygodnictwa muszę przyznać, że samodyscyplina nie jest taka zła, na jaką wygląda.

Nawet jeśli w tym momencie życia moja samodyscyplina nie jest wysoka, to nic straconego, ponieważ można się jej nauczyć. Praca nad samodyscypliną polega między innymi na:

  • nie odkładaniu czynności na później (warto ćwiczyć na czynnościach domowych), wykorzystajmy samodyscyplinę do zarządzania czasem,
  • wyznaczanie sobie realnych celów (wyzwań), coraz trudniejszych, z konkretną datą do realizacji,
  • nawet w przypadku nauki samodyscypliny ważna jest odpowiednia ilość snu, ponieważ wypoczęty i zregenerowany organizm łatwiej poradzi sobie z trudami dnia,
  • dobrym pomysłem jest prowadzenia dziennika samodyscypliny, który pomoże w ustalaniu priorytetów oraz zaplanowaniu odpowiedniej ilości czasu na realizację zadań, ułóżmy plan dnia, nie zapominając o tym, że poślizg jest rzeczą naturalną, a odpoczynek między zadaniami - niezbędną.
Samodyscyplina jest jak mięsień, im bardziej trenujemy, tym silniejsi się stajemy, tak więc jeśli stwierdzimy, że nasza jest słaba to czas zająć się treningiem. Musimy zacząć z ciężarami/wyzwaniami, które w danym momencie zdołamy udźwignąć. Błędem jest wymaganie od siebie zbyt wiele na raz, kiedy nasza samodyscyplina jest dopiero w budowie, jednak z czasem wyzwania powinny być coraz większe. 

Jeżeli chcemy podnieść poziom swojej samodyscypliny, powinniśmy wiedzieć w jakim punkcie znajdujemy się teraz. Jak silna jest w tej chwili nasza dyscyplina? Jakie wyzwania są dla nas łatwe, a jakie praktycznie niemożliwe do pokonania?
Oto lista wyzwań które mogą dać do myślenia w kwestii aktualnego położenia (bez konkretnego porządku):
  • Czy codziennie bierzesz prysznic/kąpiesz się?
  • Czy codziennie rano wstajesz o tej samej porze? Włączając w to weekendy?
  • Czy masz nadwagę?
  • Czy jesteś od czegoś uzależniony (kofeina, nikotyna, cukier itd), od czego chciałbyś się uwolnić ale tego nie zrobiłeś?
  • Czy Twoja skrzynka mailowa jest teraz pusta?
  • Czy Twoje biuro jest czyste i dobrze zorganizowane?
  • Czy Twój dom jest czysty i dobrze zorganizowany?
  • Ile czasu marnujesz w ciągu typowego dnia? W weekend?
  • Jeżeli złożysz komusz obietnicę, jaka jest procentowa szansa, że jej dotrzymasz?
  • Jeżeli złożysz obietnicę sobie, jaka jest procentowa szansa, że jej dotrzymasz?
  • Czy byłbyś w stanie zrobić sobie jednodniową głodówkę?
  • Jak dobrze jest uporządkowany dysk twardy Twojego komputera?
  • Jak często ćwiczysz?
  • Jakie jest największe fizyczne wyzwanie, jakiemu kiedykolwiek sprostałeś, jak dawno temu to było?
  • Ile godzin skupionej pracy uzyskujesz w typowym dniu pracy?
  • Ile rzeczy na Twojej liście rzeczy do zrobienia jest starszych niż 90 dni?
  • Czy masz jasne, spisane cele? Czy masz pisemne plany ich osiągnięcia?
  • Gdybyś stracił pracę, ile czasu poświęcałbyś każdego dnia na poszukiwanie nowej i jak długo utrzymałbyś ten poziom wysiłku?
  • Ile telewizji aktualnie oglądasz? Czy mógłbyś nie oglądać telewizji przez 30 dni?
  • Jak wyglądasz w tej chwili? Co Twój wygląd mówi o poziomie Twojej dyscypliny (ubrania, uczesanie)?
  • Czy jedzenie wybierasz przede wszystkim z punktu widzenia wartości zdrowotnej, czy smaku/sytości?
  • Kiedy po raz ostatni wypracowałeś nowy pozytywny nawyk? Pozbyłeś się złego nawyku?
  • Czy masz długi? Czy uważasz że długi są wynikiem inwestycji, czy błędu?
  • Czy wcześniej zadecydowałeś, że będziesz czytać ten blog, czy tak po prostu wyszło?
  • Czy możesz powiedzieć mi, co będziesz robić jutro? W następny weekend?
  • W skali od 1 do 10 – jak oceniłbyś swój ogólny poziom dyscypliny?
  • Co jeszcze mógłbyś osiągnąć gdyby odpowiedź na ostatnie pytanie brzmiała 9 lub 10?
Lista pochodzi ze strony http://stevepavlina.pl/blog/10/samodyscyplina-akceptacja .



Udało mi się wprowadzić do mojego życia dużo pozytywnych nawyków, ale istnieją obszary, które ciągle opierają się zmianom. Np. od roku nie używam cukru, tylko stewię, ale co z tego, kiedy słodycze to ciągle dla mnie łakomy kąsek i często łamię swoją zasadę zjedzenia dziennie tylko jednej dawki tych śmieci w godzinach przedpołudniowych. Udało mi się również zrezygnować z białego, nadmuchanego pieczywa, teraz uważnie wybieram chleb - musi być pełnoziarnisty i na naturalnym zakwasie (mam nadzieję, że sprzedawcy aż tak często nie kłamią, bo chleba upiec raczej nie dam rady...) i zjadam go w ilości do 3 zwykłych kromek dziennie. Dość łatwo poszło mi z ograniczeniem soli i zastąpienie jej ziołami i przyprawami. Natomiast jak po grudzie idzie jedzenie śniadań jak król(owa), a to przez to, że równie trudno jest mi spać 8 godzin, a tyle potrzebuję, żeby po przebudzeniu mieć energię do działania. No i regularny wysiłek fizyczny też ciężko przychodzi, chociaż przyjęłam już bardzo liberalne zasady oraz wprowadziłam system nagród.

Dobrze jest traktować samodyscyplinę jako pozytywny wysiłek, a nie rodzaj represji. Myślę, że nie ma też niczego złego w traktowaniu wyzwań mniej poważnie - jako rodzaj dobrej zabawy. Trochę jak w przedszkolu ale cel uświęca środki, a nauka nastąpi przez zabawę. Dochodzę do wniosku, że wszyscy ludzie sukcesu musieli coś poświęcić, żeby dojść do swoich osiągnięć, a do tego niezbędne jest jednak zdyscyplinowanie. 

Pozostawanie rozlazłym może spowodować, że nasze cele nigdy nie wyjdą poza strefę marzeń, tak więc podejmujmy wyzwania, bo one kształtują nasz charakter. A jak tam z Waszą samodyscypliną? Co mówią o Was odpowiedzi na pytania ze strony stevepavlina.pl?