poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Kosmetyczny misz-masz

Moje wakacje trwają, Wy też pewnie cieszycie się latem, a ja ciągle serwuję na blogu beznadziejnie długie i treściwe posty. Czas na małą przerwę - dzisiaj więcej zdjęć, trochę mniej słów. Oto jakich kosmetyków używałam tego lata:


Niezbędnik letni do stóp: Spray Cytryna i Lawenda (Oriflame) + jedwab do stóp przeciw otarciom. 

Spray odświeża na jakiś czas, oczywiście po powrocie z pracy stopy już bezwzględnie wymagają wody i mydła, więc jakichś cudownych właściwości nie posiada, jednak jego użycie pogłębia uczucie świeżości po kąpieli oraz poprawia mi samopoczucie, więc chętnie sięgam po niego i jemu podobne wynalazki z Oriflame czy Avon. Jedwab ratuje moje stopy przed podrażnieniami, o które łatwo podczas upałów - wtedy otarcia robią mi się nawet od arcywygodnych japonek.



Ziołowa pasta do zębów Dabur RED o właściwościach przeciwzapalnych, przeciwgrzybicznych oraz przeciwbólowych. W skład pasty wchodzą między innymi pieprz czarny, imbir, cynamon, goździk i mięta. Pasta bardzo skutecznie eliminuje nieprzyjemny zapach z ust, ma przy tym tak mocny smak, że aż język cierpnie. Wyraźnie wyczuwalny jest goździk. Pasta jest w 100 % wegetariańska. Osobiście bardzo lubię pasty z goździkiem, mam wrażenie, że odświeżają jamę ustną najlepiej i najdłużej ze wszystkich znanych mi past. A oto inna pasta zawierająca goździki, której wcześniej używałam:

Tak w ogóle, to goździki noszę w swojej torebce zamiast gumy do żucia. Kiedy potrzebuję odświeżenia, biorę jeden i najpierw czekam aż delikatnie rozmięknie, a następnie rozgryzam go zębami.
O goździkach można pisać długo i namiętnie, ta znana przyprawa posiada szereg właściwości mogących przysłużyć się naszemu zdrowiu, takich jak:

  • działanie antywirusowe, antybakteryjne, przeciwzapalne - olejek goździkowy może być stosowany podczas kaszlu, przeziębienia czy grypy;
  • usuwanie brzydkiego zapachu z ust;
  • uśmierzanie bólu, także bólu zębów.


Moje ulubione szampony Batiste. Miałam już każdy, najbardziej podoba mi się działanie strength & shine, zaraz potem XXL volume (z lakierem), odżywki używam pierwszego dnia po wieczornym umyciu włosów - przestają się puszyć. Odżywka stosowana z umiarem nie obciąża mi włosów, w dalszym ciągu są w stanie wytrwać trzy dni bez mycia. Kolorowe Batiste też były niezłe, na odrosty używałam red, ponieważ farbuję włosy henną - doskonale wpasowywał się w kolorystykę czupryny. Brązowy należał do córki. Na zdjęciu widać ich kolory na skórze dłoni, a zaraz obok - zaczerwienienie jakie zostało mi po eksperymencie, które utrzymywało się przez tydzień. Nie mam pojęcia co to było, na głowie nic podobnego się nie dzieje...



Peelingi - nic nadzwyczajnego, kupiłam dla kuszących zapachów truskawki i czekolady.
Preparaty z Avonu na rozstępy i cellulit, żadnych zmian po stosowaniu nie zauważyłam, ot tyle, że człowiek miał poczucie zadbania o siebie na wiosnę.
No i Bisho Vit żel-balsam do masażu, naturalny, wydobywany z głębokości 2500 m (Ukraina-Połtawa) środek balneologiczny o wysokiej zawartości minerałów i mikroelementów. Producent obiecuje rewitalizację i ujędrnienie skóry - to by się zgadzało, skóra nabiera miękkości i gładkości. Używam go do masażu, wcześniej ciało szczotkuję na sucho i biorę prysznic. Z tego preparatu można też robić okłady na bolące miejsca.

I to by było na tyle. Kończą mi się już ciekawe kosmetyki do prezentowania, muszę odkryć coś nowego, albo pomyśleć nad zakończeniem cyklu "kosmetyczny misz-masz"...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kuchnia bez rutyny

Gotuję od 20 lat, przeważnie codziennie - nie znoszę odgrzewanych potraw. Lubię to zajęcie, ale czasami wręcz szkoda mi na nie czasu i gdyby nie poczucie odpowiedzialności za nakarmienie rodziny, to wolałabym zjeść zupę w pracy, a w domu na kolację jakąś niezbyt pracochłonną sałatkę.

Poczucie konieczności gotowania powoduje, że czynność ta zaczyna mi ciążyć, obieram i kroję warzywa, a myślami jestem gdzie indziej, doprawiam zupę i nerwy mnie biorą, bo zbliża się 19-sta, a ja zamiast robić coś, co bym chciała, znów spędziłam całe popołudnie w kuchni.

Takie smutne refleksje dopadają człowieka, kiedy z utęsknieniem odlicza dni do rozpoczęcia urlopu (pisane przed jego rozpoczęciem!). Wtedy przez tydzień nie dotknę do garów, a przez kolejne dwa będę robiła to do spółki z mamą, więc będzie przynajmniej do kogo buzię w kuchni otworzyć. Jednak wszystko mija, więc i urlop kiedyś minie, a ja znów zostanę z problemem.

Skoro już rozpoczęłam reformowanie swego życia, to pomyślałam, że warto zahaczyć także o kuchnię, bo właśnie tutaj spędzam dużo czasu, może nawet za dużo. Jak wyżej wspomniałam - lubię gotować, jednak tylko wtedy, kiedy mam na to ochotę. Zmuszanie się do tego zajęcia, poczucie obowiązku, robienie wszystkiego  w kuchni samodzielnie, spowodowało u mnie odczucie nudy, rutyny i bycia wykorzystywaną. Skoro już ustaliłam co mnie boli, nie ma sensu dłużej cierpieć, a raczej pora na zmiany.

źródło
Bagaż doświadczeń kulinarnych wyniesiony z domu rodzinnego nie jest bez znaczenia, obraz mamy przygotowującej jedzenie - bo tak trzeba, może obciążać, a  ten o wspólnym, radosnym lepieniu pierogów z babcią - uskrzydlać. Dojrzewanie w poczuciu przekonania, że gotowanie to wysiłek, pot i zmęczenie i jeszcze ta góra garów do zmywania, może determinować nasze podejście do tematu w dorosłym życiu, ale tak czy inaczej, żeby żyć musimy jeść, a nie ma to jak smaczne i zdrowe jedzenie domowe. Dlatego, jeśli nie mamy dość pieniędzy na wynajęcie pomocy domowej, lepiej przestroić swój umysł na inną częstotliwość, przekonać się, że gotowanie może być zabawą, a nie udręką:

1. Jeśli spojrzymy na gotowanie, jako czynność domową wymagającą wyobraźni i eksperymentowania, dającą możliwość sprawienia frajdy innym, może okazać się, że to raczej fajna zabawa, niż rola matki-polki, której musimy podołać.

2. Gotujmy na zapas tak, żeby nie spędzać wszystkich popołudni po powrocie z pracy (uczelni) w kuchni. Nie wszystkie potrawy nadają się do odgrzewania, ale są takie, które po odgrzaniu smakują nieźle. Oprócz bigosu, leczo czy gulaszu możemy ugotować wielki gar rosołu, jednego dnia jesz ten rosół, a co zostanie będzie stanowiło bazę na zupy (ogórkową, koperkową, pomidorową), rosół też można mrozić. Z kurczaka na którym gotowaliśmy rosół możemy zrobić potrawkę, z warzyw - sałatkę jarzynową. Podobnie rzecz ma się z mielonymi: jednego dnia jemy kotlety, a resztę mięsa przerabiamy na klopsy, podawane z różnymi sosami.

3. Zainspirujmy się! Obecnie łatwo można dotrzeć do poradników kulinarnych i przepisów, wystarczy chcieć. Jeśli lubimy buszować po blogosferze, możemy upatrzyć sobie ciekawe blogi kulinarne i podczas codziennego przeglądania blogosfery wrzucać do zakładki "gotuję" ciekawie wyglądające przepisy, a podczas tworzenia listy zakupów, spisać potrzebne produkty.

4. Urządźmy kuchnię po swojemu, wygodnie. Musimy tam się czuć swojsko. Na parapecie hodujmy zioła, posegregujmy przyprawy - to dusza naszych potraw! Kupujmy fajne naczynia i kuchenne przyrządy.

5. Bądźmy kreatywni i zaufajmy własnym zmysłom, nie bójmy się czasami improwizować, mając w nosie wszystkie przepisy. Po prostu otwieramy lodówkę i zaczynamy gotowanie z tego co mamy, ratując przed wyrzuceniem składniki, które do żadnego z posiadanych przepisów już nie pasują.

6. Rozumiem tych, dla których kuchnia to ich królestwo - ja taka jestem, a później narzekam, że jestem zmęczona, że tylko ja tyram w tym domu. Myślę, że rodzinę należy angażować, a może nawet ustawiać dyżury w gotowaniu.

7. Radio w kuchni? Czemu nie! Cisza i odcięcie od świata nie zawsze poprawia nastrój.

8. Spróbujmy zarazić się pasją gotowania - pasje podobno są zaraźliwe. Może znajdzie się ktoś w otoczeniu albo na szklanym ekranie, od kogo złapiemy tę "zarazę".

9. Gotowanie to zwykle nie wszystko, co mamy ciekawego do zrobienia po powrocie do domu, więc nauczmy się kontrolować swój czas spędzany w kuchni. Załóżmy, że będzie to 45 minut. Żeby coś takiego osiągnąć, musimy przyzwyczaić się do planowania rozkładów posiłków na ustalone okresy (np. tygodniowe).

10. I ostatnia rada: jeśli jakiejś czynności w gotowaniu nie lubimy, to po prostu ją sobie odpuśćmy. Albo odłóżmy na dzień, kiedy będziemy mieli więcej czasu do dyspozycji. Na mnie działa przygnębiająco popołudniowa "zabawa" w lepienie pierogów. Może dopiero na emeryturze będę je lepiła, bo ciasto to tak średnio mnie bawi, za wyjątkiem naleśnikowego i na placki ;-)

źródło
Nie musimy lubić gotować, jednak jeść trzeba, więc nie wypada tracić energii na niechęć do tej czynności. Jedząc "na mieście" szybko zrozumiemy, że to drogo wypada i nie zawsze służy zdrowiu, zresztą cała prawda o knajpianym jedzeniu mogłaby nam zepsuć nastrój, a wizyta w zakładach produkujących żywność pewnie mogłaby się skończyć stuprocentową zmianą nastawienia nie tylko względem gotowania, ale wręcz i uprawiania własnych plonów na działce. Tak więc my - chwilowo rozczarowani życiem kuchennym, musimy wziąć się w garść, gdyż nasze umiejętności to prawdziwy skarb, a w naszych rękach spoczywa zdrowie nas samych i wszystkich, którzy z tego daru korzystają - bo jak to ktoś mądrze ujął "człowiek kopie sobie grób widelcem i nożem".

czwartek, 14 sierpnia 2014

Od jutra złota wolność!

Od jutra rozpoczynają się moje trzy tygodnie złotej wolności, na które w tym roku czekałam wyjątkowo długo. W związku z tym posty na blogu będą publikowane rzadziej - ale mimo wszystko, będą publikowane. Pisanie sprawia mi tyle radości, że zrobiłam to na zapas :-)

Jednak postaram się dla własnego dobra mniej czasu spędzać z tabletem, inna sprawa, że pewnie z dostępem do internetu czasami może być krucho... I dobrze, bo mojemu mózgowi przyda się trochę odświeżenia. A we wtorek 9 września br. wracam, z nowymi pomysłami i zapałem do pracy na moim dodatkowym etacie, a może także na podstawowym - tu w ciągu ostatnich trzech tygodni trudno było wykrzesać choćby małą iskrę zaangażowania. Mam nadzieję, że wypoczynek mi pomoże, bo zaangażowanie to pracy, to coś, co powoduje, że ta nabiera sensu, a obowiązkowe 8 godzin mija nie wiadomo kiedy.

Trzy tygodnie zupełnie innego życia (wolnych od dotychczasowej rutyny i obowiązku prowadzenia domu, z dala od miejsc w których przebywam na co dzień) - tylko o tym teraz marzę!






źródło zdjęć


wtorek, 12 sierpnia 2014

Książki ostatnio przeczytane

Na wstępie tego książkowego wpisu trochę zboczę z tematu, by zachęcić do odwiedzania strony "internetowego uniwersytetu" dla każdego - kenis.pl (baner tuż obok). Uniwersytet startuje 1 września br. a nauka na nim będzie darmowa. Na Kenis znajdziemy m.in. materiały wideo, kursy i testy z przedmiotów szkolnych i studiów, IT, programowania, prowadzenia biznesu, rozwoju kariery zawodowej, nauki języków obcych, a także wielu innych, mniej popularnych.

Uniwersytet ma swoich ambasadorów, są to: Patrycja Markowska, Robert Janowski, Ewa Błaszczyk, Jacek Borkowski, Zespół Enej, Andrzej Grabowski, Marcin Chochlew, Irek Bieleninik.

Więcej informacji można uzyskać na stronie uniwersytetu. 
Sama również zamierzam poszukać tam czegoś dla siebie po powrocie z urlopu.

A teraz pora na krótkie recenzje książek - tym razem aż czterech!:

I.
"Niedziela, która wydarzyła się w środę" - Mariusz Szczygieł

Ta książka to zbiór reportaży z lat 90-tych okraszone zdjęciami Witolda Krassowskiego, ukazujące przeciętność i siermiężność tego okresu. To był czas, kiedy rodziłam i wychowywałam swoje dzieci, kiedy studiowałam i stawiałam pierwsze kroki w pracy. Ciekawa byłam, jak wyglądały one w oczach reportera, co jego zdaniem z wydarzeń tamtych lat zasługiwało na wyróżnienie.

Ciekawsze tematy prezentowane w książce to:

  • rozkwit disco polo (w tym wywiad z liderem zespołu Bayer Full), rzeczywiście pamiętam, kiedy na Polsacie leciały programy poświęcone disco polo i na początku nie widziałam niczego śmiesznego w tej muzyce, wręcz przeciwnie, taki program był punktem obowiązkowym naszych niedziel, z czasem było tego coraz mniej, pojawiły się ostrzejsze fale krytyki, a ja wróciłam do Depeche Mode, którego muzyka towarzyszyła mi od kiedy pamiętam, jednak w przypływie sentymentu nagrałam sobie płytę z moimi ulubionymi piosenkami takimi jak "Czarownica" zespołu Fanatic i czasami słucham na poprawę humoru i przypomnienie tych lat "durnych i chmurnych", bo nic tak jak muzyka nie przywołuje wspomnień,
  • o fenomenie Amway,
  • o polskim onanizmie,
  • o budowie największego kościoła w Polsce (Licheń),
  • o tym jak język angielski wkracza do języka polskiego przez co nasza mowa staje się coraz bardziej niezrozumiała dla najstarszego pokolenia Polaków.
Dla mnie książka była ciekawa, bo każdy z tematów znam z "autopsji", jednak już ktoś o dwie dekady młodszy mógłby uznać ją za przynudzanie.

Handel w przejściu podziemnym Marszałkowska - Aleje Jerozolimskie w Warszawie

II.
 

"Eli, Eli" - Wojciech Tochman

Wojciech Tochman nie szuka łatwych tematów, jego "Dzisiaj narysujemy śmierć" o ludobójstwie w Rwandzie jeszcze dzisiaj tłucze mi się w pamięci. Ta książka również do łatwych nie należy i w słowach nie przebiera, a fotografie tam zamieszczone pokazują niedolę najuboższej warstwy ludności zamieszkującej Manilę (Filipiny). Ich domy nieraz przypominają szafy, tysiące ludzi zamieszkuje grobowce na cmentarzach, a małe dzieci bawią kośćmi wystającymi z rozwalonych grobów. Zamiast streszczenia przygotowałam zdjęcia z książki, uprzedzam - treść jest brutalna, tak jak brutalna jest rzeczywistość tych biedaków. Czytałam i myślałam, gdzie są granice ludzkiej wytrzymałości? Ile możemy znieść? Moje życie po lekturze "Eli, Eli" wydało się bajką...

Nikt nie wie, na co choruje ta kobieta, nie udało jej się dotrzeć do lekarza, będąc mieszkanką slumsów to nie jest takie proste...
Mały chłopiec w swoim domu na cmentarzu.







III.

"W 80 dni dookoła świata" - Michael Palin

Michael Palin, członek grupy Monty Pythona, wyrusza w podróż dookoła świata, wzorując się na książkowej podróży Phileasa Fogga, czyli nie może poruszać się drogą powietrzną - tu robi mały wyłom, w Aspen startuje Balonem. Książka lekka i przyjemna. Daruję sobie szerszy opis z uwagi na objętość tego posta, i tak już ogromną. Tak gwoli ciekawości zamieszczam zdjęcie wychodka na łajbie, którą  autor płynął w kierunku Indii.


oraz plan podróży:


IV.





"Nas dwoje czyli miłosna układanka" - Maria Rotkiel

Czytając tę książkę myślałam, że cała wiedza w niej zawarta tak naprawdę już we mnie jest, słowo po słowie przypominałam sobie wszystkie prawdy dotyczące funkcjonowania związków.
  • nie ma idealnych ludzi ludzi i związków;
  • kochaj siebie;
  • zrozum siebie i poznaj swoje potrzeby;
  • otwórz się na miłość;
  • nie krzycz, nie obrażaj, nie mów raniących rzeczy;
  • pytaj i słuchaj chcąc zrozumieć;
  • nie rezygnuj z siebie;
  • dzielcie się obowiązkami
  • itd.
Jeśli ktoś ma ochotę odkurzyć swoją wiedzę dotyczącą związków, a może nawet odkryć jakąś perełkę, polecam książkę M. Rotkiel, jako kompendium wiedzy w tej dziedzinie.



piątek, 8 sierpnia 2014

Księżniczka na ziarnku grochu

Księżniczki na ziarnku grochu istnieją naprawdę. Płaczą, kiedy widzą na ulicy bezdomnego psa, a usłyszana w serwisie informacyjnym wiadomość o wypadku busa powoduje, że od razu ogarnia je żałoba. Ponadto księżniczki boją się każdej krytyki, opinie innych (nawet te na pierwszy rzut oka pozbawione racjonalnych podstaw) od razu biorą do siebie, a kłopotami przyjaciół martwią się jak własnymi. No i pragną być lubiane - za każdą cenę.

Można być wrażliwym na wszystko: promieniowanie UV, określone pokarmy, czyjąś urodę, piękno przyrody, krzywdę słabszych, ale też na ból cierpienie czy ocenę siebie. Na identyczny bodziec każdy z nas może reagować inaczej, bo każdy z nas posiada osobisty poziom wrażliwości - można być wrażliwym na piękno muzyki, ale nie dostrzegać bólu drugiego człowieka. Ale można też być nadwrażliwym. 

Nadwrażliwość to reakcja niewspółmierna do bodźca, np. pięćdziesiąt osób na krytykę ze strony szefa zareaguje lekkim zdenerwowaniem, a jedna z tego powodu będzie przez resztę dnia miała mętlik w głowie. Twierdzi się, że nadwrażliwość najczęściej wynika z neurotyczności, a neurotyczność jest zaś cechą osobowości, taką samą jak intro- i ekstrawertyzm. Przeciwieństwem neurotyczności jest równowaga emocjonalna. 

źródło

Neurotyczność jest w dużej mierze cechą wrodzoną, może mieć też źródło w wychowaniu. Bardzo często występuje u jedynaków lub u osób, które z różnych względów były szczególnie hołubione (chorowite, najmłodsze, uzdolnione). Niemal zawsze występuje u DDA czy osób molestowanych seksualnie.

Czy jestem nadwrażliwa? Czasami myślę, że tak - dość łatwo przejmuję niektóre emocje od otoczenia, zdarza mi się płakać oglądając w TV transmisję z pogrzebu obcej osoby, która w gruncie rzeczy była mi zupełnie obojętna, a emocje moich najbliższych wyczuwam z mocą radaru. Tak posunięta empatia dla mnie samej bywa kłopotliwa, chciałabym mieć parę spraw w przysłowiowym "tyle", bo wyraźnie widzę, że moje udręki niczego nie wnoszą do sprawy, a nieraz porządnie wymęczą. Dlatego często chronię się od tego emocjonalnego rezonansu na swoją bezludną wyspę, którą stwarzam każdego dnia dla siebie chociaż na chwilę. Często towarzyszy mi beznadziejny lęk o to czy np. nie spóźnię się gdzieś, kogoś nie urażę, aczkolwiek tu już jest lepiej niż było. W przeszłości byłam też wręcz przesadnie grzeczna i uległa, ale to się gdzieś na życiowych zakrętach rozpłynęło. Z kolei opinie innych na mój temat są mi wręcz obojętne i często sama szturcham się w bok, żeby sprawdzić jak widzą mnie inni i wzmacnia się to u mnie z biegiem lat. Może wiec jestem nadwrażliwa, a może tylko lekko wrażliwa, trudno samodzielnie ocenić, a innych nie mam ochoty pytać, a przynajmniej dopóki mam poczucie, że sobie radzę.

Myślę, że warto pracować nad opanowaniem swojej nadwrażliwości. Dla siebie, bo życie jest dla nas takim, jakim je widzimy, nie możemy być  szczęśliwi na okrągło wszystko rozpamiętując. Dla innych, bo jeśli łatwo poddajemy się emocjom, ciężko z nami wytrzymać. Co możemy zrobić?:

  • i znów wracamy do myśli, ich okiełznanie, zaprzestanie nakręcania się w każdej sytuacji pomoże w utrzymaniu równowagi emocjonalnej, trzeba umieć powiedzieć sobie STOP, co złego jest w krytyce? Każdy ma prawo oceniać sytuację po swojemu, my też oceniamy i nie zawsze wszystko nam się podoba,
  • zobaczmy prawdę, kto mówi o nas źle? Może w pierwszej kolejności ta osoba powinna zająć się sobą? Człowiek, który prowadzi harmonijne, pełne miłości życie, nie odczuwa potrzeby wtrącania się w sprawy innych ludzi,
  • starajmy się za każdym razem spokojnie zidentyfikować fakty i na zimno ocenić swoją reakcję na nie, czy przepadkiem nie przesadzamy? Zanim wpadniemy w popłoch, postarajmy się świadomie o chwilę na zebranie myśli, uspokojenie, może za pomocą oddechu,
  • uczmy się, ciągle się uczmy trudnej sztuki dystansu i koncentracji, i nie ustawajmy, pewnego dnia po prostu zacznie nam to udawać, to mogę obiecać.



Z wrażliwością jest podobnie jak z ambicją która, gdy ją kontrolujemy, prowadzi nas do sukcesu, jeśli nie robimy tego - spalamy się w jej ogniu dążąc do doskonałości. Zatem uczyńmy ze swojej wrażliwości atut, ostatecznie to dzięki niej widzimy więcej niż inni, jej pozbawieni. Intuicję też mamy bardziej wyczuloną, czytamy w ludziach jak w otwartej księdze. Myślę, że dzięki wrażliwości można pełniej przeżywać świat, dlatego warto ją kontrolować, żeby czuć jak łagodny powiew wiatru pieści naszą skórę, a nie urasta w naszych myślach do rangi wichury urywającej głowę.

Cieszę się, że jestem osobą wrażliwą i nie chciałabym iść przez życie jak taran, nie chciałabym być twardzielem o stalowych nerwach i emocjonalności na zerowym poziomie. No chyba, że te dwie cechy można ze sobą pogodzić. Dobrze jest jak jest. Na zakończenie wiersz Kazimierza Dąbrowskiego, ku pokrzepieniu serc wszystkich wrażliwców!



Posłanie do nadwrażliwych



Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi

za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności

za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem

za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna

za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi

bądźcie pozdrowieni.



Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi

za wasz lęk przed absurdem istnienia

i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie

za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością

za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,

za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno

za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane

ukryte w was.



Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi

za waszą twórczość i ekstazę

za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk

że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.



Bądźcie pozdrowieni

za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -

(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli

poznać wielkości tych, co przyjdą po was)

za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować

że jesteście leczeni zamiast leczyć świat

za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę

za niezwykłość i samotność waszych dróg

bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

Kazimierz Dąbrowski



poniedziałek, 4 sierpnia 2014

4 tygodnie z błonnikiem witalnym - subiektywnie

Błonnik witalny od kwietnia stał w mojej kuchni - mąż gdzieś wyczytał, że to wręcz magiczna mikstura, pił go i zachwalał. Spróbowałam i ja, ale zaraz wykrzywiłam się z obrzydzenia, ponieważ napój z błonnika naprawdę smakował ohydnie, coś jak popłuczyny z pieczarek o konsystencji rzadkiej galarety (to białe w nią się zmienia) z wyczuwalnymi ziarnami (to czarne). 

Pod koniec czerwca, kiedy robiłam zakupy w "Zielarni u Alicji" w Bydgoszczy, znów spotkałam się z błonnikiem - p. Alicja polecała go gorąco jednej z klientek, twierdząc, że pomoże jej pozbyć się nadwagi i oczyści organizm. Wtedy właśnie postanowiłam przemóc obrzydzenie i kupiłam pierwsze opakowanie 150g za 18,90 zł, oczywiście przepłacając, gdyż błonnik najlepiej kupować w sklepach internetowych, gdzie można znaleźć naprawdę dobrą cenę. Obecnie w jednym ze sklepów internetowych kupuję 1 kg tego produktu za 56 zł. Nasiona babek wyglądają identycznie jak te kupione w zielarni.

Na opakowaniu znajdują się ogólne informacje o produkcie, resztę znalazłam na www.poradnikzdrowie.pl., między innymi zalecenia, których należy bezwzględnie przestrzegać:
  • nie należy spożywać preparatu w postaci suchego proszku, ponieważ istnieje ryzyko zablokowania jelit,
  • nie należy pić preparatu na noc,
  • podanie preparatu dzieciom poniżej 12. roku życia wymaga konsultacji lekarskiej,
  • osoby z cukrzycą powinny uzyskać zgodę lekarza na zażywanie preparatu,
  • błonnik witalny należy przyjmować zachowując odstęp czasu (30 - 60 min.) po zażyciu leków.
Błonnik najlepiej przyjmować na trzy godziny przed posiłkiem lub bezpośrednio po posiłku, ponieważ w ten sposób w znacznym stopniu zwiększa uczucie sytości. Podczas stosowania preparatu należy pić codziennie ok. 2 l wody.

Błonnik witalny jednej osobie pomaga, innym nie, są też tacy, którzy skarżą się na wzdęcia i ból brzucha podczas jego przyjmowania. Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje, u mnie nie wystąpiły reakcje niepożądane, muszę też przyznać, że zauważyłam pozytywne skutki jego działania, jednak nie ma co się łudzić - natychmiastowego działania odchudzającego raczej nie doświadczymy.

W ciągu dnia wypijam dwie dawki błonnika witalnego (2 razy po trzy łyżeczki). Co zaobserwowałam w trakcie 4 tygodni stosowania? 
  • pod koniec pierwszego tygodnia moja twarz pokryła się pryszczami, w tym "bolakami", co było prawdopodobnie dowodem na oczyszczanie organizmu, po wygojeniu sytuacja się unormowała,
  • apetyt znacznie mi się zmniejszył, przed błonnikiem w pracy jadłam drugie śniadanie o 10-tej, jabłko około 12-stej i obiad o 13-stej, teraz wystarczy mi jabłko i  posiłek przyniesiony z domu, najczęściej na bazie świeżych warzyw, po południu też jest lepiej, skończyły się ataki głodu późnym wieczorem,
  • zero problemów trawiennych czy jelitowych.
Chudnięcie musi po pewnym czasie nastąpić, z dwóch powodów:
  • błonnik pomoże usunąć z organizmu resztki pokarmów, które zalegają nam w jelitach, podobno może to być nawet kilka kilogramów nadwyżek, twierdzi się, że w jelitach może znajdować się aż do 15 kg niestrawionego do końca pokarmu, ciekawe informacje TUTAJ,
  • błonnik daje nam uczucie sytości, a więc będziemy zjadać mniej pokarmu, co zaowocuje po pewnym czasie niższą wagą naszego ciała.
Ale to nie tak hop-siup, minęło cztery tygodnie, a wskazówka na mojej wadze nawet nie drgnęła. Nie zrażona tym faktem planuję pić błonnik do końca września, czyli w sumie trzy miesiące. Nawet jeśli nie schudnę, to na pewno mi nie zaszkodzi, a jakieś  oczyszczenie też mi się przyda. Nie biorę ślubu z tym specyfikiem, jeśli w przyszłości trafię na coś ciekawszego, bardziej obiecującego i jednocześnie naturalnego, to bez żalu z błonnikiem witalnym się rozstanę. 

Nie ukrywam, że jestem ciekawa, czy Wy przywiązujecie jakąkolwiek wagę do oczyszczania organizmu i czy macie swoje na to sposoby... 
Zachęcam do podzielenia się swoją wiedzą :-)