czwartek, 31 lipca 2014

10 rzeczy które dały mi radość

Lubię czytać na na blogach posty typu "10 rzeczy które...", to dla mnie zawsze duża dawka inspiracji i zachęty do działania. Od kilku miesięcy nosiłam się z pomysłem napisania takiego tekstu i ciągle nie miałam o czym pisać, czas pędził jak szalony i nie przynosił niczego poruszającego emocje. W końcu musiałam się zastanowić, co jest ze mną nie tak, dlaczego nic szczególnego w moim życiu się nie dzieje.

Znalazłam odpowiedź, która mnie usatysfakcjonowała: tu nie chodzi o brak wydarzeń, a o brak uważności. Jak bardzo bywam nieuważna obrazuje również fakt, że rano po wyjściu z domu zdarza mi się wbiegać z powrotem na drugie piętro z przekonaniem, że nie zamknęłam wyjściowych drzwi, z tego samego powodu nigdy nie prasuję rano, bo wiem, że po dotarciu do pracy przeżywałabym horror bijąc się z myślami czy na pewno wyłączyłam żelazko. Kiedyś też zginęły mi w domu klucze, które dopiero co trzymałam w dłoni. Po przekopaniu całego mieszkania znalazłam je  nie wiedzieć czemu w łazience, schowane w kosmetyczce.

Być uważnym to umieć odczytywać sygnały napływające z otoczenia, od innych i z naszego ciała. To że funkcjonujemy nieuważnie może świadczyć o wysokim poziomie stresu, wtedy przechodzimy na tryb automatyczny - pracujemy jak komputer w trybie awaryjnym, pomijamy wiele danych, nie widzimy obrazu całości. Jednocześnie w głowie mamy tak naprawdę zamęt. Obecne w tle naszych działań procesy to nieustanna ocena siebie, innych, sytuacji. Czy wszystko idzie dobrze? Co zrobię dzisiaj? Lubię go czy nie? Porównywanie do stanu pożądanego, lęki, obawy... 

Tak więc chwilę pomyślałam i przypomniałam sobie, co dało mi radość w ostatnich miesiącach. Nie jest ze mną jeszcze tak źle ;-)




Puzzle zaczęłam układać w jednym celu - oprawienia swojej pracy w antyramę i zawieszenie na ścianie. Tak więc jeden obraz już mam, kiedy wieczory staną się dłuższe, powstaną inne.



Wraz z nadejściem lata zaczęłam używać kolorowych tuszy do rzęs, całkowicie rezygnując z nakładania cieni. Tusze mają tak wyraźne kolory jak widać na opakowaniach, a oczy w oprawie tak umalowanych rzęs wyglądają jakoś radośniej.



Małe zakręcenie na punkcie biżuterii Cakes of Lex.



Oszalałam na punkcie tych 11-centymetrowych szpilek z Bon Prix, niestety dla mnie okazały się kompletnie nie do chodzenia. Ledwie wytrzymałam w nich przez komunijną mszę, w samochodzie od razu zmieniłam buty na bardziej przyjazne dla stopy. Może dlatego tak się skończyła ta przygoda, ponieważ nie noszę szpilek i moje stopy nie są przyzwyczajone, a może - jak uzgodniłyśmy w kobiecym gronie - jeśli szpilki, to drogie i porządne, każde inne dadzą popalić. Jednak chwile radości kiedy pierwszy raz je zobaczyłam pamiętam do dzisiaj.



Zachody słońca obserwowane z mojego balkonu. Bardzo lubię wieczory, a szczególnie letnie, kiedy powietrze otula skórę jak balsam. Lubię też robić zdjęcia chmurom. To prawdziwa radość.







Spacery po pobliskim Myślęcinku. Teraz, kiedy lato w pełni, często w weekendy pakujemy plecak i rowerem jedziemy poleżakować na łonie natury. Czasami jeździmy tam też w środku tygodnia - prosto z pracy. Raz zdarzyło mi się podczas takiego leżakowania usnąć, budzę się, a obok, nad brzegiem jeziorka wypoczywa małe stadko kaczek. Obecność tuż obok zwierząt dziko żyjących zawsze wydaje mi się ekscytujące. To pewnie dlatego ludzie tak chętnie jeżdżą na safari w Afryce. Znajomy z pracy robi zdjęcia zwierzętom - każdemu, jakie wpadnie mu w zasięg obiektywu. Zdarza mu się nieraz długo czekać na dobre ujęcie. W swoich zbiorach ma między innymi zdjęcia ponad 50 gatunków ważek. Wierzę, że sprawia mu to radość.



Taki kolorowy widok mijałam po drodze do pracy (teraz już drzewko przekwitło), ale cieszył oczy!



A tu po raz pierwszy w życiu zobaczyłam kaktusa zbierającego się do rozkwitu.


Tym razem nie uzbierałam dziesięciu rzeczy, może następnym razem powiedzie mi się lepiej. Liczę, że podczas urlopu będzie trochę więcej okazji do radości...

Uważność nie oznacza życia bez kłopotów, ale daję możliwość właściwego przeżywania każdej chwili i wyraźnego widzenia szczegółów. Przykładowo: jeżeli czujemy lęk oraz związane z nim doznania płynące z ciała, to właśnie to czujemy i nie zmieniamy niczego na siłę. Obserwujemy jak to uczucie nasila się lub słabnie, nie oceniamy, nie staramy się go zagłuszyć. Można powiedzieć, że uważność ma jeszcze jedną dobrą stronę, która pokazuje, że wszystko się zmienia, nic nie trwa wiecznie, wszytko mija - i dzień i noc i radość i ból. 

"Wszystko płynie, nic nie stoi w miejscu" - Heraklit z Efezu


niedziela, 27 lipca 2014

Postawa cesarza

źródło
Marek Aureliusz - cesarz rzymski, filozof na tronie i stoik powiedział: "rzuć wyzwanie sędziemu, którego nosisz w sobie, odrzuć jego wyroki, a wszystko stanie się proste. Rzeczy są takie, jakimi czyni je twoja opinia, a opinia mieszka w tobie. Możesz ją odmienić, a wówczas wszystko się wyciszy".

Obecnie dużo mówi się o stresie, zaczęliśmy wyraźnie dostrzegać jego wyniszczającą ciało i psychikę moc. Według mnie stres związany jest głównie z myślami. To wewnętrzny dialog, który czasami kłębi się w naszych głowach, pozbawia nas siły i powoduje, że zaczynamy odczuwać w ciele przykre dolegliwości. Często zaczyna się od napięci mięśniowych, na przykład u mnie w wyniku silnego stresu zwykle sztywnieje kark. Długotrwałe napięcie jest przyczyną wielu chorób.

Skąd biorą się te burzowe chmury nad głowami? Prawdopodobnie kwestia naszego dzieciństwa jest tu kluczowa. Najbliższe otoczenie, w tym rodzice, wypowiadało do nas różne słowa: wsparcia, krytyki, pochwały, ostrzeżenia, zawstydzania czy opisu otaczającego świata. W jakiej atmosferze wzrastaliśmy, jakie słowa najczęściej nam towarzyszyły, takie teraz tłuką się w naszych głowach. Dopóki nie uświadamiamy sobie tego połączenia - nie wiemy co tak naprawdę się z nami dzieje. Mówimy: to nerwy, powinnam brać jakieś tabletki i pędzimy do apteki po ziołowe tabletki uspakajające, a kiedy i one nie działają to do lekarza, żeby przepisał coś mocniejszego. Inni próbują radzić sobie ze stresem poprzez aktywność fizyczną, próbują problem wybiegać, wypocić na siłowni.


Postawa cesarza to nic innego jak uświadomienie sobie myśli odpowiedzialnych za nasze samopoczucie oraz odczuwanych w ciele napięć. Czytałam o ćwiczeniu podczas którego uczestnicy w parach sprawdzali co się dzieje, kiedy ktoś na nich krzyczał - efektem było napięcie w ciele, złość, lęk. W drugim etapie poproszono by osoba, na którą się krzyczy pozostawała świadomie rozluźniona. I tu efekty były inne: skrzyczana lecz rozluźniona osoba miała wrażenie, jakby krzyk przechodził przez jej ciało, zupełnie jej nie poruszając. Podsumowanie ćwiczenia: kiedy jesteśmy świadomie rozluźnieni, stres nas nie atakuje.

Podsumowanie tak mi się spodobało, że zapragnęłam stosować je w praktyce, niestety z różnymi skutkami. Bywało, że za bardzo mnie emocjonowałam się jakimś tematem i w żaden sposób nie potrafiłam osiągnąć stanu rozluźnienia. Przyznaję, były to tematy, które wloką się za mną jeszcze z domu rodzinnego, co potwierdzałoby  jak ważne są klimaty z dzieciństwa.

Rzeczy są takie, jakimi czyni je twoja opinia. Możesz ją odmienić, wówczas wszystko się wyciszy.

Bardzo mnie to stwierdzenie przekonuje, można powiedzieć, że w nie uwierzyłam. W ogóle wierzę w potęgę umysłu i codziennie motywuję się do pracy nad sobą, wierząc, że wszystko jest możliwe, dopóki ja będę tak uważała.

Jeśli pojawiają się problemy z osiągnięciem stanu zrelaksowania i napięcie utrudni nam codzienne funkcjonowanie spróbujmy sobie pomóc - na pewno każdy z nas ma swoje ulubione sposoby na relaks. Na mnie najlepiej działa nie wiedzieć czemu sen, samotny spacer, ulubione piwo imbirowe (to że systematyczne zapijanie stresu grozi nałogiem to prawda, ale czasami po ciężkim dniu w pracy taka chwila relaksu bywa wybawieniem!).

Na zakończenie szybkie streszczenie sposobów na relaks, które proponuje Dagmara Gmitrzak w swojej książce "Pokonaj stres":

1. Zarządzaj problemami 
Czyli spisujemy na kartce wszystkie nasze bolączki, na drugiej kartce - te, z którymi możemy sobie najszybciej poradzić oraz pierwszy krok. Celem ćwiczenia jest wprowadzenie struktury problemów do lepszego zarządzania stresującymi sytuacjami.

2. Praktykuj relaksację w pozycji leżącej
Najlepiej przy dźwiękach muzyki relaksującej czy dźwięków przyrody. Seans powinien trwać co najmniej 20 minut, w jego trakcie skupiamy się na spokojnym oddechu.

3. Porozmawiaj z kimś bliskim
O wszystkim co leży na sercu, bez kontrolowania się. Po tym naprawdę można poczuć się lepiej i dlatego warto mieć przyjaciół. Mówi się, że kto ma przyjaciół, ten nie potrzebuje psychologa.

4. Korzystaj z wyobraźni
Mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzimy w rzeczywistości, zatem spróbujmy sobie wyobrazić jakieś ciekawe okoliczności - niekoniecznie przyrody. Nasz organizm zareaguje na te obrazy rozluźnieniem mięśni, spowolnieniem oddechu, wyrównaniem pracy serca.

5. Powiedz STOP
Gdy złapiemy się na czarnowidzeniu, które podcina skrzydła - powiedzmy STOP i nie traćmy cennej energii. Spróbujmy przenieść swoją uwagę na coś, co może poprawić nam humor.

6. Sprawiaj sobie przyjemność
Skupmy się na prostych i dostępnych w danej chwili rzeczach lub czynnościach. Odłóżmy na bok wszystko inne i wypijmy filiżankę ulubionej herbaty, obejrzyjmy śmieszne filmiki czy romantyczną komedię.


A swoją drogą, Marek Aureliusz zostawił nam dużo mądrych myśli - niektóre, podane w lekkostrawnej formie, możemy przeczytać TUTAJ.

środa, 23 lipca 2014

Czy twój obiad jest martwy?

źródło
W mojej kuchni stoi mikrofalówka, od dłuższego czasu używam jej tylko do odgrzewania posiłków, codziennego podgrzania porannej szklanki wody, czasami odświeżam w niej pieczywo. Dzieje się tak nie dlatego żebym jakoś szczególnie  tego urządzenia się bała, po prostu  przygotowane w niej jedzenie mi nie smakuje. 

Obiad odgrzewany na zwykłej kuchence też nie wydaje mi się wykwintny, ale i tak góruje smakiem nad tym z mikrofali, a czy jest pełnowartościowy i zdrowy? Z pewnością mniej niż ten świeżo przygotowany, ale twierdzi się, że i tak ciągle zdrowszy od dań typu fast food. No właśnie, a jeżeli zechcę odgrzać go w mikrofali, to czy zgodnie z niektórymi opiniami stanie się "martwy" - pozbawiony wartościowych składników?

W tej kwestii opinie są biegunowe i tak w jednych wylicza się same negatywy mikrofali, a więc pozbawianie żywności odżywczych składników, dezaktywacja około 30-40% witaminy B12, możliwość zmiany naszego składu krwi na skutek spożywania potraw z mikrofali (maleje ilość krwinek czerwonych, rośnie ilość białych) czy możliwość zaburzenia rytmu serca w związku z przebywaniem w polu elektromagnetycznym emitowane przez to urządzenie. W innych opiniach temu wszystkiemu się zaprzecza, twierdząc, że kuchenki mikrofalowe są całkowicie bezpieczne, a zwolennicy poszczególnych teorii oskarżają się wzajemnie o pisanie artykułów sponsorowanych czy bycie w lobby różnych, konkurujących ze sobą producentów.

Po przebrnięcie przez morze sprzecznych ze sobą opinii podjęłam próbę zdroworozsądkowego ogarnięcia tematu. Przede wszystkim, co miałoby świadczyć na NIE dla mikrofali? Otóż przeprowadzono szereg doświadczeń, których efekty wyglądały następująco:

  • zdjęcia aury jabłka po potraktowaniu mikrofalą miały czarną aurę, przed zabiegiem aura była jasna,
  • nasionka podlewane wodą zagotowaną w mikrofali nie kiełkują, a podlewane nią rośliny marnieją,
  • badanie opublikowane w listopadowym numerze 2003 roku Magazynie Nauki Żywności i Rolnictwa wykazało, że brokuły gotowane w mikrofalówce tracą 97% antyoksydantów, gotowane na zwykłej kuchence - 11%, występowała też redukcja fenoli i glukozynolatów, ale poziom minerałów pozostawał nietknięty,
  • podgrzewanie czosnku przez 60 sekund powodowało utratę aktywności alinazy (głównego składnika przeciwrakowego czosnku),
  • badania Japończyka dr Watanabe pokazały, że tylko 6 minut podgrzewania w mikrofalówce obraca 30-40% B12 w mleku w martwą postać,
  • niedawne australijskie badania odkryły, że mikrofale powodują wyższy stopień rozkładu protein niż konwencjonalne podgrzewanie,
  • w 1992 r. dr Richard Quan odkrył, że w mikrofalówce mleko z piersi traci aktywność lizozymy i antyciał.
Wybrany opis działania mikrofalówki, znaleziony TUTAJ: "Mikrofale wprawiają cząsteczki w drgania rotacyjne, coraz szybsze i szybsze. Ten ruch powoduje tarcie, które powoduje denaturację oryginalnej struktury substancji. To skutkuje zniszczonymi witaminami, minerałami, białkami i tworzy nowy związek "radiolytic compounds" (w wolnym tłumaczeniu: zradiolizowane zwiazki chemiczne), który nie występuje w przyrodzie".


źródło
Jak wyraźnie widać, obróbka termiczna w mikrofalówce budzi kontrowersje. Zakładając, że nie jest to najlepszy sposób przygotowywania posiłków, chyba lepiej znać umiar w korzystaniu z tego urządzenia.

Przygotujmy nasze posiłki odpowiednio wcześniej, abyśmy zawsze mogli mieć dobre jedzenie na te dni, gdy jesteśmy bardzo zajęci czy zbyt zmęczeni, aby zabierać się za gotowanie.

Niektóre potrawy takie jak zupy, bigos, chili con carne, węgierskie leczo czy inne dania jednogarnkowe świetnie znoszą odgrzewanie i z powodzeniem możemy to robić na kuchenkach gazowych czy elektrycznych. 

Potrawy zamrożone starajmy się wyciągać z zamrażarki rano, tak aby zdążyły  spokojnie odtajać, zanim wrócimy do domu. 

Jedzmy więcej naturalnego, surowego pokarmu.


źródło
Prawdopodobnie podgrzanie od czasu do czasu posiłku w mikrofalówce krzywdy nam nie wyrządzi, ale stałe postępowanie w taki sposób być może nie pozostaje bez wpływu na nasze zdrowie, natomiast fale elektromagnetyczne przez nią wytwarzane dostarcza nam chociażby telewizor czy telefon komórkowy. Kto wie, jak na nas działa nadmiar tych urządzeń?

Chciałoby się powiedzieć - żyjemy w plastikowym świecie, jemy plastikowe jedzenie, a martwy obiad niekoniecznie musi pochodzić z mikrofalówki, jednak jest ona jednym z elementów naszego (mojego) otoczenia i trochę żałuję, że mimo wielu poszukiwań, w tym temacie zastałam wyłącznie chaos informacyjny, nie wiadomo  też kto naprawdę podaje w mediach informacje i na czyją korzyść działa. Czuję się zakręcona, ale czy kręcą nami tylko w temacie mikrofalówek? Mam wrażenie, że dzieje się to o wiele częściej niż mi się wydaje, bo dla wielu najważniejsze jest, żeby  to ich interesy kwitły, a nie nasze zdrowie.



sobota, 19 lipca 2014

Moje terytorium

Pewnego razu rozmawiałam z mamą o jej (moim zdaniem) przesadnie altruistycznej postawie, przez którą czuje się ona nieustannie zobowiązana do dogadzania wszystkim dookoła - wszystkim, tylko nie sobie. Mama troszczy się tak samo o mego ojca czy o sąsiadkę z dwójką małych dzieci, a nie chce myśleć ani o własnej wygodzie, ani o odpoczynku. Ona bez przerwy czuje się zobowiązana.

Próbowałam jej otworzyć otworzyć oczy na drugą stronę medalu: często pozwala się wykorzystywać, nawet tego nie zauważając, ma już swoje lata i powinna bardziej o siebie zadbać czy wreszcie cytując przykazanie miłości "Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego". No i okazało się, że jej rozumienie tego przykazania zupełnie rożni się od mojego. Mama była mocno zdziwiona usłyszawszy, że wg mnie najpierw należy zaspokoić swoje potrzeby, żeby móc skutecznie pomagać innym ludziom. Jak to? Przecież to właśnie jest grzech, zawsze najpierw powinno się myśleć o innych!

Mama należy do pokolenia kobiet wychowywanych w duchu opiekowania się innymi i posłuszeństwa. Od dziecka zachęcało się je uczynności, skromności i dbania o potrzeby pozostałych członków rodziny. Siłą rzeczy doprowadziło to do tego, że jako dorosłe kobiety całą uwagę skupiają na innych. Zachowują się trochę tak, jak gdyby nie były świadome własnych potrzeb, uczuć czy wartości. I co ciekawsze - sprawiają wrażenie, jakby było im z tym dobrze.

Ja byłam wychowywana podobnie, ale czasy zaczęły się zmieniać i gdzieś podpatrzyłam, że można inaczej. Swoją córkę wychowywałam już w poszanowaniu osobistych praw i granic, zresztą myślę, że obecnie wszyscy właśnie tak wychowują  dziewczynki. Mam wrażenie, że skończyło się raz na zawsze z postrzeganiem kobiet poprzez ich służebną rolę w społeczeństwie.

Próbuję sobie wyobrazić jak to jest - przeżyć życie i nie zrobić dla siebie niczego, co nie wiązałoby się z poczuciem winy. Jak można zasiąść bezczynnie z ulubionym czasopismem, kiedy w tym czasie można wykonać jakąś pożyteczną czynność dla domu i rodziny? Kiedy podczas urlopu mieszkałam przez tydzień czy dwa z teściową i jej córką, starym zwyczajem zabierałam się po śniadaniu za lekturę "Twojego Stylu" w towarzystwie filiżanki kawy. Najpierw słyszałam troskliwe - nie szkoda marnować oczu? Po pewnym czasie dowiedziałam się, że to nie o moje oczy chodzi, a o te pół godzinki spędzone na hołdowaniu własnym przyjemnościom. To nic, że przez cały dzień byłam do ich dyspozycji - chciały żebym oddała także te pół godziny, bo one sobie nigdy na taki luksus nie pozwalały. Przecież w domu jest coś zawsze do zrobienia!

Mimo zmian w mentalności społeczeństwa, obecnie również twierdzi się, że z dwojga płci to kobiety mają większy problem z mówieniem NIE nawet w banalnych, codziennych  sytuacjach. Gdy istnieje zagrożenie zranienia czyichś uczuć przeciętna kobieta prędzej ugnie się niż odmówi. Asertywność kobiet w tym chęć dbania o własne potrzeby jest często utożsamiana z zadufaniem w sobie, pychą i traktowana jest jako zachowanie sprzeczne z postawą (rolą) kobiety, podczas gdy asertywni mężczyźni z reguły są chwaleni.

Tak wcale nie musi być! Każda z nas powinna walczyć o swoje "terytorium" - prawo do jego posiadania i obrony, a jeśli drzemie w nas duch walki, możemy też walczyć z przedpotopową świadomością tych z naszego otoczenia, którym się wydaje, że mogą  sami wyznaczać granice innym ludziom, innymi słowy próbują dyktować co ktoś ma robić. Że muszę koniecznie zrywać ogórki w momencie, kiedy potrzebuję swojej porannej kawy - jakby ogórki przez pół godziny mogły uciec z ogrodu.

Każdy człowiek  ma takie same prawa i może z nich korzystać dotąd, dopóki nie zaczynają ograniczać praw innych - to podstawowe założenie asertywności, która w rzeczywistości wywodzi się z biblijnej zasady "Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego", a ta, jak widać na wstępie, różnie jest interpretowana.

Prawa człowieka zawierającego istotę asertywności określił doktor psychologii Herbert Fensterheim:

  • masz prawo do robienia czegoś, dopóty nie rani to kogoś innego,
  • masz prawo do zachowania swojej godności poprzez asertywne zachowanie - nawet jeśli rani to kogoś innego - dopóty, dopóki twoje intencje nie są agresywne lecz asertywne,
  • masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb dopóty, dopóki uznajesz, ze druga osoba ma prawo odmówić.
  • istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste, zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania tej sprawy z drugą osobą i wyjaśnienia jej,
  • masz prawo do korzystania ze swoich praw.
źródło

Korzystajmy ze swoich praw, dbajmy o granicę swego terytorium - obszaru, który należy tylko do nas. Wręcz musimy to robić, bo inaczej cała ludzkość wejdzie nam na głowę, bo stres nas wykończy, bo istnieje limit spraw,którymi możemy się zająć. Musimy poczuć, że kiedy czasami mówimy NIE, to jednocześnie mówimy TAK dla swoich potrzeb i uczuć i to TAK jest ważne, bo z pustego i Salomon nie naleje.



wtorek, 15 lipca 2014

Książki ostatnio przeczytane

Od jakiegoś czasu myślę nad przeczytaniem powieści. Myślę i myślę, a w bibliotece i tak wybieram co innego! Co wpadło mi w ręce tym razem? Zachęcam do sprawdzenia:


"Jutro przypłynie królowa" - Maciej Wasielewski
Ta książka to właściwie reportaż, w którym autor opowiada o swoim pobycie na wyspie Pitcairn, na której prawie wszyscy mężczyźni przez lata dopuszczali się pedofilii, co nie wzbudzało ani u ofiar, ani u ich matek (rodziców) żadnej reakcji, skargi, słowa sprzeciwu. Gwałty odbywały się za milczącym przyzwoleniem społeczeństwa i można powiedzieć, że stanowiły część zamkniętego systemu, jakim jest  ta wyspa, nie oznaczało to jednak, że ich ofiary nie cierpiały. Niejednokrotnie gwałcicielami byli krewni. Matki, które znały losy swych córek, odcinały się od nich emocjonalnie, będąc przekonanymi, że tak musi być.
Pitcairn jest ostatnim pacyficznym terytorium Wielkiej Brytanii, wszystkich mieszkańców wyspy w momencie powstawania reportażu było zaledwie 48, a większość z nich to potomkowie marynarzy ze statku Bounty, którzy podnieśli bunt na okręcie, po czym wraz z towarzyszącymi im Polinezyjczykami osiedlili się na wyspie. W 1890 r. na wyspie pojawili się misjonarze, wkrótce potem mieszkańcy powołali własny rząd i parlament. Nie zrywając zależności od Zjednoczonego Królestwa, stali się jedną z najmniejszych republik na świecie.
Kiedy sprawa gwałtów wreszcie wyszła na jaw i w 2004 r. ruszył proces prowadzony przez brytyjskich urzędników, który doprowadził do skazania winnych, powstał  kolejny problem: usunięcia z życia publicznego większości obywateli zdolnych do pracy, spowodowałoby niechybny kres tej społeczności. Odbywanie kary musiało zostać zorganizowane inaczej. Jak? Na to pytanie odpowie książka, której lekturę gorąco polecam.


Wyspa Pitcairn. Zdjęcie wykonane przez autora książki, a interesujący wywiad z nim, będący dobrym dopełnieniem niniejszej recenzji znajduje się TUTAJ.




"Bomba czyli alfabet polskiego szołbiznesu" - Karolina Korwin-Piotrowska
Cytuję za Wikipedią: "Od kwietnia 2006 związana z TVN Style. Razem z Tomaszem Kinem prowadzi Magiel towarzyski. Była też gospodynią programu W kinie i na kanapie. Od września do grudnia 2011 na antenie TVN była jurorką w programie Top Model. Zostań modelką. Od 2013 jest komentatorką w programie TVN – Na językach, prowadzonym przez Agnieszkę Szulim." Tyle o jej telewizyjnej działalności autorki, która ponadto udzielała się także w radio, prasie, internecie, a nawet w dwóch filmach zagrała. Napisała też dwie książki, jedną z nich jest "Bomba...". Jeśli oglądacie "Magiel towarzyski" to na pewno kojarzycie specyficzny styl wypowiedzi Korwin-Piotrowskiej, książka napisana jest dokładnie w takim samym stylu, który zresztą mi pasuje, więc czytało się lekko, łatwo i przyjemnie.

Myślę, że nie ma jednej opinii o danym człowieku, każdy z nas ocenia sytuację po swojemu i czytając "Bombę" musimy mieć świadomość tego, że zawiera ona jedynie subiektywne opinie autorki. Kogo ona tam nie opisała! Nawet naszemu Kominkowi dwie strony poświęciła. Niektóre z opinii naprawdę nie są miłe, są tacy jak np. Michał Wiśniewski, którym nieźle się oberwało, jednak wszystkie "połajanki" utrzymane są w tonie "przyjacielskiej dobrej rady" i żadnych elementów obraźliwych nie zawierają. Piotrowska zawsze może powiedzieć - no przecież to sama prawda! 




Była to lekka lektura na niedzielne popołudnie i rolę relaksującej powieści znakomicie spełniła, jednak nie do końca rozumiem intencję jej powstania... Jest to jakby ukoronowanie pracy Korwin-Piotrowskiej, która głównie zajmuje się kreowaniem opinii o gwiazdach, jednak nie potrafiłam otrząsnąć się z wrażenia, że takie obmawianie do grzeczności nie należy i w ogóle komu to potrzebne. Trochę też "Bomba..." kojarzy się mi ze znaną osobiście, starszą panią, która siedząc w ulubionym fotelu wyraża swoją opinię o ludziach z otoczenia - ten jest taki, a tamten owaki. Kiedy próbuję protestować, słyszę sakramentalne - "ale ja tylko prawdę mówię". Tylko kogo to obchodzi...

Refleksja refleksją, a książkę mimo wszystko przeczytałam i powiem krótko: rozrywka - TAK, jakiś morał płynący z lektury - po co to zrobiłam??? Powiedzmy, że to był mały eksperyment ;-)

piątek, 11 lipca 2014

Sztuka ładnego mówienia

Jeśli chcesz być odpowiedzialny za swoje życie, stań się odpowiedzialny za swoje usta.
Louise L. Hay


Louise L. Hay, amerykańska autorka poradników samorozwoju i książek motywacyjnych uważa, że: "To, co mówimy, jest odbiciem naszych myśli. Jakie są pierwsze słowa, które mówisz do siebie rano, zaraz po przebudzeniu, a drugie, a trzecie? Większość ludzi mówi do siebie codziennie rano te same słowa. Jak wpływa to na ten dzień? Czy jest to pozytywny sposób mówienia, czy też gderasz, narzekasz i marudzisz, bo jeśli gderasz, narzekasz i marudzisz, to taki właśnie dzień będziesz mieć. Sam go sobie zorganizowałeś. A jaka jest twoja ostatnia myśl przed zaśnięciem? Właśnie w ten sposób kształtujesz swoją przyszłość. Czy są to myśli pełne mocy, czy niedostatku?".

Któregoś dnia zainspirowana powyższym cytatem, postanowiłam uważniej się posłuchać. Posłuchałam i osłabłam. Byłam przekonana, że jestem taka pozytywna, a okazało się, że tak naprawdę wciąż narzekam, krytykuję, osądzam, a nawet... plotkuję. Gdybym nagle przestała to robić, to pewnie okazałoby się, że nie mam nic do powiedzenia. Rano po przebudzeniu pierwsze słowa to: "jak mi się nie chce wstawać, iść do pracy", w trakcie: "praca jest nudna, a szef wredny, szwagierka wścibska i kłótliwa, a mąż nie do wytrzymania". Na szczęście przed snem niczego nie zdążyłam pomyśleć, bo usypiałam chwilę po położeniu się do łóżka, co a propos świadczy o przemęczeniu organizmu.


Od tamtej pory minął rok i trochę się u mnie zmieniło. Chociaż ciągle zdarza mi się gderać, różnię się od siebie z przed roku tym, że przeważnie po chwili uświadamiam sobie co robię i staram się zamknąć buzię, albo przekształcić wypowiedź tak, żeby zabrzmiała mimo wszystko pozytywnie i kiedy na przykład coś wkurza mnie w pracy mówię sobie, że skoro gadanie to wszystko na co mnie w tej sytuacji stać (bo nie ja tu rządzę), to nie warto psuć sobie nastroju kolejnym i pewnie nie ostatnim incydentem i lepiej się z tego pośmiać.

Bycie świadomym "mówcą" niesie za sobą kolejny stan rzeczy - zaczynamy źle się czuć w obecności osób, które trują słowami, a słuchanie narzekania staje się nagle strasznie męczące i już nie mamy ochoty uczestniczyć w nakręcaniu tej chorej spirali. W ostatni weekend zaczęłam nakręcać się faktem, że mój mąż i córka (z natury lubią sobie pomarudzić) ciągle miauczeli, ciągle coś im nie grało i tak naprawdę z ich skarg nic nie wynikało. Zrobiłam im kilka kazań na temat takiego zachowania, kilka razy próbowałam uciszyć, a ci znów od nowa. Pytam więc na głos syna (tak, żeby oni to usłyszeli), czy zauważył, że u nas w domu są dwie marudy, które trują od rana do wieczora? Na co on odpowiada: "Właściwie to są trzy marudy, oni marudzą, bo nie wiedzą czego chcą, a ty marudzisz, bo oni marudzą". Zaśmiałam się, bo sformułowanie było nad wyraz trafne i dużo mi o mnie powiedziało ;-)


Sztuka ładnego mówienia polega wg mnie głównie na pozytywnym, płynącym z serca przekazie. Są jeszcze inne czynniki, takie jak intonacja, nacechowanie wypowiedzi emocjami czy jej język. Nawet mowa ciała - gesty, których używamy, mogą powodować, że nasi rozmówcy będą uważali nas za dobre lub nieciekawe towarzystwo. Oczywiście, nie mam tu na myśli wypowiedzi publicznych (prezentacji), ale te codzienne, towarzyskie czy przyjacielskie pogawędki i dyskusje, poprzez które jesteśmy w jakiś sposób postrzegani przez otoczenie.

Podobno człowiek to istota stadna - lubi być częścią grupy, czuć bliskość innych ludzi, a rozmowa jest jednym z narzędzi służącym zaistnieniu w towarzystwie. Dlatego pamiętajmy, po pierwsze - nie truć! A po drugie, czasami warto zamilknąć, bo jeśli chcemy dogadać się z ludźmi, musimy też umieć ładnie słuchać.


poniedziałek, 7 lipca 2014

Pójdę boso

Mówi się, że lepiej zapobiegać niż leczyć, tym samym lepiej jest dbać o odporność swego organizmu, niż zastanawiać się które lekarstwa powinniśmy połknąć, żeby choroba odpuściła.

Mamy lato i mało kto zawraca sobie głowę myślą o przeziębieniu czy grypie, ale jesień i zima z całą pewnością nadejdą, a wtedy tradycyjnie zacznie się sezon zachorowań, zaś media będą rozbrzmiewać reklamami różnych specyfików, mających nas w dwie godziny z powrotem postawić na nogi. Myślę, że o naszym stanie zdrowia w tych trudniejszych porach roku decyduje siła naszego układu odpornościowego, osobiście znam wielu ludzi, którzy co najwyżej kataru zimą dostaną, a jednocześnie żadna pogoda im nie straszna.

Zdrowy organizm sam broni się przed zakażeniem, bo posiada prawidłowo funkcjonujący układ odpornościowy, a ten w dużej mierze zależy przecież od nas samych, gdyż poprzez tryb życia jaki prowadzimy wspieramy lub nadwerężamy nasze siły obronne. Ilu z nas na co dzień zastanawia się nad konsekwencjami swoich bieżących wyborów? Dopóki wózek się toczy, nie ma czasu o tym myśleć, a kiedy się zatrzyma mamy wyrzuty sumienia - a mogłam(em) rzucić palenie, wysypiać się, rozładowywać stres, jeść więcej warzyw i owoców.

Hartowanie się jest jednym z czynników zwiększających odporność, a jednym ze sposobów hartowania jest chodzenie boso. "Najlepsze obuwie - to brak obuwia" jak podobno twierdził Hipokrates, a dzisiaj większość naturopatów także o tym wspomina. Zastanawiające też jest jak małe dzieci uwielbiają biegać na bosaka, dopóki nie zaczną uczyć się zasad, intuicyjnie ściągają wszelkie skarpetki, kapcie i inne takie.

Możemy chodzić boso po porannej rosie, trawie, piachu, kamieniach a nawet śniegu - po każdej naturalnej powierzchni. O efekcie hartowania podczas bosych spacerów pisze w swojej książce "Moje leczenie wodą" propagator wodolecznictwa Sebastian Kneipp. Kolejnym autorem, który o tym wspomina jest Michał Tombak: "Z chwilą pojawienia się jesiennych przymrozków i mroźnych dni, wystarczy chodzić po szronie przez 30-60 sek., a potem po śniegu 1-2 min., po czym dokładnie wytrzeć stopy do sucha", to z książki pt. "Jak żyć długo i zdrowo" (pamiętam, że pożyczyłam ją od koleżanki, po czym zalałam kawą, a wszystkie jej kartki w jednej sekundzie się rozkleiły!)

To nie moje stopy! źródło

Nie musimy jednak od razu być tacy ekstremalni. Kiedyś próbowałam już chodzenia boso, po czym zrodził się apetyt na ten śnieg i do dziś pamiętam potworny ból w kościach, którego doznałam, kiedy moje bose stopy zetknęły się ze śniegiem leżącym na balkonie. To pewnie wszystko przez to, że ominęłam szron, ale skąd wziąć szron do chodzenia, jeśli się mieszka w betonowej dżungli!?

Chodzenie boso to nie tylko hartowanie, to także naturalny masaż stóp, wpływający  korzystnie na pracę organów wewnętrznych, gdyż w stopach znajduje się 72 tys. zakończeń nerwowych, odpowiedzialnych za połączenia między najważniejszymi częściami ciała. Taki masaż również poprawia ukrwienie, dzięki czemu do stóp dociera więcej tlenu i składników odżywczych.

Dodatkowy aspekt to uziemienie - jest to niezbędne połączenie energetyczne naszego ciała z podłożem. Z chwilą pojawienia się obuwia zmniejszył się nasz kontakt z ładunkami elektrycznymi ziemi, a ciało potrzebuje stałego uziemienia by prawidłowo funkcjonować, tak samo jak sprzęt elektroniczny wymaga uziemienia, by dobrze działać. TUTAJ znajdziecie fragment książki pt. "Uziemienie. Jak czerpać zdrową energię z Ziemi" autorstwa Clintona Obera, gdzie bardzo przejrzyście została opisana ta kwestia, to naprawdę bardzo ciekawe, zajrzyjcie!

Nie zmieściłam tu nawet połowy informacji o chodzeniu boso, którymi chciałabym się z Wami podzielić, ale kto mnie już jakiś czas czyta, ten wie, że nie lubię pisać zbyt długich tekstów. Może wrócę do tematu przy innej okazji. W każdym razie w ten weekend chodziłam boso po łące, miejscami skoszonej - więc czułam ukłucia, ale co tam, czułam się świetnie. Dookoła rozgrzane powietrze, a od ziemi wędruje przez stopy przyjemny, orzeźwiający chłodek. Z całą pewnością relaks jest kolejnym efektem, którego doświadczamy chodząc boso. 

W tym momencie szczerze żałuję, że mieszkam w bloku. Żeby kontynuować takie spacery, będę miała do pokonania więcej barier, czy wystarczy zapału, kiedy dni będą coraz chłodniejsze? Hmm... odpowiem sama sobie jak Scarlett O'Hara - pomyślę o tym jutro! Na razie przede mną lato i wyczekiwany urlop. Dużo bosych dni prowadzących do lepszego zdrowia.




czwartek, 3 lipca 2014

Kosmetycznie - zatrzymać włosy na głowie!

Mimo, że nie jestem włosomaniaczką i profesjonalnej wiedzy o pielęgnacji włosów nie posiadam, zdecydowałam się napisać o swoich doświadczeniach w tej dziedzinie. Skłoniła mnie do tego moja wygrana walka z przerażającym wypadaniem włosów, które mnie gnębiło w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Może poczynione przeze mnie kroki w kierunku ratowania czupryny zainspirują chociaż jedną osobę?

źródło

Wygląd i kondycja włosów świadczą o stanie naszego zdrowia i nastroju, środowisku w jakim przebywamy, sposobie odżywiania. Mówi się, że wypadanie do 100 włosów dziennie dowodzi, że są one zdrowe, ale jeśli podczas czesania znajdujemy ich więcej i ta tendencja utrzymywać się będzie 2 - 3 miesiące pomimo zastosowania środków zaradczych, wskazana jest wizyta u dermatologa, który zajmie się tym problemem profesjonalnie.

Włosy zawsze wypadały mi w dość dużej ilości, stan ten zwalałam na stres, który w ostatnich latach był moim wiernym towarzyszem, jednak to co zaczęło się z nimi dziać w okolicach lutego br. przerosło moje wyobrażenia, zaczęłam się poważnie zamartwiać i wypatrywać prześwitującej łysiny, bo zakola zdążyły się już pojawić. Z ciekawości postanowiłam przeliczyć ile włosów wypada mi podczas jednego czesania, doliczyłam do stu, a w umywalce leżało jeszcze mnóstwo nieprzeliczonych sztuk. Ile mogło ich wypadać każdego dnia? Znajdowałam je dosłownie wszędzie, a podłoga w łazience musiała być odkurzana dwa razy dziennie.

Koło się zamknęło: włosy wypadały mi z powodu stresu, a ja stresowałam się, że włosy mi wypadają. Choć nie tylko stres mógł być powodem mego włosowego armagedonu. Dla porządku podam kilka innych prawdopodobnych przyczyn:
  • większość szamponów zawiera detergenty, które mogą podrażniać skórę głowy,   zaczyna się swędzenie i czasami wypadanie włosów, a ja już wcześniej wspominałam o swoim problemie z wrażliwym skalpem, dlatego dobrze się stało, że przejrzałam na oczy i zaczęłam uważniej dobierać szampony.
  • zmiany hormonalne (po urodzeniu dziecka, odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych, menopauza - już się na serio zaczęłam zastanawiać...),
  • choroby skóry tj. łupież czy łojotok,
  • niektóre leki tj. leki przeciwzakrzepowe, stosowane w chorobach tarczycy i reumatologicznych, czasami środki antykoncepcyjne, antybiotyki - w ostatnim poście pisałam o moich zimowych kłopotach ze zdrowiem,
  •  niedobór witamin i minerałów,
  • o stresie już wspominałam, dodam tylko, że pod wpływem szoku również możemy stracić dużo włosów, ich wypadanie może trwać nawet do kilku miesięcy po wydarzeniu,
  • gorączka i przewlekłe stany zapalne np. uszu czy zatok.
Zamiast pójść do lekarza, ja oczywiście zaczęłam ratować włosy na własną rękę. Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał o blogu Anwen, to polecam, to kopalnia wiedzy na temat włosów i wszystkiego co się z nimi wiąże, ciągle błądzę w jej korytarzach. U Anwen przeczytałam o oleju łopianowym, zainteresowałam się tym produktem i postawiłam na niego, wszystko wskazuje na to, że był to słuszny wybór. 

Olej z korzenia łopianu odnawia osłabioną i uszkodzoną strukturę włosa, silnie odżywia, wzmacnia cebulki włosowe, stymuluje porost włosów, hamuje wypadanie, zapobiega nadmiernemu przetłuszczaniu skalpu i włosów, likwiduje łupież - i to wszystko prawda! Dodatkowo pomaga w utrzymaniu ładnych, zdrowych paznokci.

Podobno olej ten jest także niezastąpiony w przypadkach poważnych, przewlekłych schorzeń skóry, tj. trądzik, wypryski, świąd, egzema sucha, łuszczyca, grzybica, owrzodzenia żylakowe, "cukrzycowe" rany.

Zatem zaopatrzyłam się w pluton preparatów na bazie łopianu i przy okazji pokrzywy, które stosowałam przez okres ok. 3 miesięcy. Były to (od prawej do lewej):
  • NATURALNY OLEJ Z KORZENIA ŁOPIANU (ja używałam Elfa - Ukraina), można go kupić w sklepach zielarskich, aptekach, drogeriach, często występuje z różnymi dodatkami (czerwoną papryką, skrzypem polnym), wcześniej używałam takiego z papryką, o moich z nim doświadczeniem pisałam TUTAJ. Ciepły olej wcieramy w skórę głowy lekko masując - zaleca się 5-minutowy masaż, ja robiłam to krócej - ilość włosów, która wypadała mi podczas takiego masażu za bardzo mnie przerażała. Następnie zakładamy na głowę folię i ręcznik i siedzimy w tym ok. 30 minut (zwykle siedziałam dłużej, nic mi nie wiadomo na temat przeciwwskazań, tylko przy czerwonej papryczce wolałam nie ryzykować... Nakładamy olej 1 - 2 razy w tygodniu w ciągu 2 -3 miesięcy.
  • OLEJ ŁOPIANOWY DO MYCIA WŁOSÓW (Elfa - Ukraina) - innowacyjny preparat wzmacniający, przygotowany na bazie łopianu i łagodnych środków myjących, do używania zamiast szamponu 1 - 2 razy w tygodniu. Pomimo, że na drugim miejscu listy składników znajduje się Sodium Laureth Sulfate, kosmetyk nie wywołuje u mnie swędzenia, a myślałam, że to SLSy szkodzą. Już nic nie rozumiem, bo z kolei po szamponach bez SLSów zdarza mi się drapać... Włosy po umyciu olejem nie wymagają odżywki, także nie są obciążone i nie przetłuszczają się jakoś specjalnie szybko, wręcz przeciwnie, po trzech miesiącach stosowania, trzy dni wytrzymują z łatwością w dobrym stanie, przy czym drugiego dnia spryskuję je suchym szamponem TUTAJ o tym produkcie wspominałam.
  • SERUM PRZECIW WYPADANIU WŁOSÓW ŁOPIAN I POKRZYWA (Elfa - Ukraina) - zawiera wyciąg z łopianu i pokrzywy. Na czyste i wilgotne włosy nanosimy niewielką ilość serum - butelka z atomizerem - i delikatnie wcieramy w korzenie włosów. Nie spłukujemy. Stosować 3 - 4 razy w tygodniu.
  • SZAMPON PRZECIW WYPADANIU WŁOSÓW SZAMPON I POKRZYWA (Elfa - Ukraina) - szampon również ma na drugim miejscu SLS, delikatnie (prawie niezauważalnie) swędzi mnie po nim głowa.
Jeśli ktoś z czytelników będzie zainteresowany składem - dopiszę informację w komentarzu.


W połowie maja zaczęłam łykać Megakrzem z metioniną (aminokwas zawierający siarkę):





Od ubiegłego tygodnia wypadanie włosów nagle ustało, ze szczęścia miałam ochotę otworzyć szampana! Na razie jednak zamierzam pielęgnować włosy tak jak w sytuacji kryzysowej, poczucie szczęścia z tego powodu musi się trwalej zagnieździć :-)

W każdym razie łopian jest the best! A dla lubujących się w naturalnych kosmetykach podaję przepis na olej łopianowy domowej roboty: w sklepie zielarskim kupujemy suszony korzeń łopianu, garść zalewamy 1/2 szklanki oliwy z oliwek i odstawiamy w ciemne i chłodne miejsce 2-3 tygodnie. 

Jeśli ktoś zechce się podzielić swoim sprawdzonym sposobem na zatrzymanie włosów na głowie, chętnie przeczytam, chociaż OBY NIGDY SIĘ NIE PRZYDAŁ.