niedziela, 29 czerwca 2014

Tabletka dobra na wszystko

źródło
Tej zimy miałam wrażenie, że mój organizm zbuntował się na dobre: kaszel trwający od roku tak się nasilił, że nie mogłam już normalnie funkcjonować, dodatkowo wykańczał mnie niemalże ciągły obrzęk śluzówki nosa połączony z bólem głowy. Leki nosiłam reklamówkami do domu, w tym także antybiotyki. Prawdziwe załamanie - łykałam tabletki i stękałam "byle do wiosny!".

Któregoś dnia otworzyłam apteczkę i nawiedziła mnie straszna myśl: co by się ze mną stało, gdyby hipotetycznie wybuchła wojna i nie miałabym pełnego dostępu do lekarza, czy apteki albo po prostu straciłabym wszystko? Umarłabym z powodu zatkanego nosa?

Na pierwszej linii królował antybiotyk, jak antybiotyk to i probiotyk, wiadomo! Dalej leki wykrztuśne, od alergii (podejrzenie lekarza, które się nie potwierdziło), coś do ssania na podrażnione gardło, leki od przeziębienia oraz udrażniający nos Cirrus, bez którego ani rusz, ewentualnie Ibuprom Zatoki (jeśli ból głowy dokuczał) i rutinoscorbin. Trwało to prawie dwa miesiące, a po skończeniu kuracji potrzebne były jakieś witaminki, żeby odbudować straty, tran. Musiałam sięgnąć po magnez, bo w łydkach miałam potworne skurcze, no i włosy wypadały na potęgę, więc jakiś mega krzem by się przydał, a po tych wszystkich tabletkach wypadałoby także wspomóc wątrobę... Było tego dość dużo i brakowało chyba tylko tabletki z tasiemcem na błyskawiczne odchudzanie!

A swoją drogą ta tabletka to już chyba szczyt ludzkiej pomysłowości. Pierwszy raz usłyszałam o niej w amerykańskim serialu dokumentalnym "Śmierć na tysiąc sposobów", zszokowana i zaciekawiona łaknęłam więcej informacji na jej temat. Otóż kupuje się ją na internetowych serwisach aukcyjnych, jednak wcześniej warto dowiedzieć się, w jaki sposób pozbyć się tasiemca kiedy nie będzie już potrzebny, bo to wcale nie jest takie proste. W ciele człowieka tasiemiec osiąga długość 15 metrów, odchudzenie następuje podobno bardzo szybko, ale w zamian mamy: wymioty, bóle głowy, biegunka, awitaminoza, wycieńczenie, a nawet śmierć.

źródło
Nie wiem jak wyglądają Wasze apteczki, czy lubicie łykać popularne i reklamowane suplementy diety, ale skoro mówi się, że każdy Polak na dwóch rzeczach zna się na pewno - piłce nożnej i leczeniu oraz zakładając, że statystyki nie kłamią, to można wysnuć ogólne stwierdzenie, że nie ja jedna swego czasu znalazłam się w takim położeniu. Szacuje się, że 80% Polaków leczy się sama, to bardzo łatwe, gdyż wiele preparatów dostaniemy dzisiaj w sklepie spożywczym, kiosku, na stacji benzynowej. Reklamy zachęcające do bycia zdrowym są niezwykle kuszące, a apteki przypominają luksusowe drogerie. Nic dziwnego, że jest wielu chętnych, by kupić sobie zdrowie i dobre samopoczucie w pigułce. Masowo łykamy suplementy diety, nadużywamy leków przeciwbólowych, zajadamy się preparatami z rutyną uważana za antidotum na przeziębienie.

Zdrowi, piękni i zrelaksowani chcemy być szybko, bez wysiłku, bez względu na to, jakie konsekwencje poniesiemy jutro - liczy się tylko teraz, dzisiaj. W ten sam sposób podchodzimy nie tylko do leczenia, ale także do bezmyślnego brania kredytów w 5 minut na dowód, żeby tylko spełnić marzenie o wyjeździe na wymarzone wakacje czy urządzenia wystawnych świąt dla całej rodziny, albo wchodzenie w kolejne raty do spłaty, bo właśnie musimy kupić nowy, większy telewizor. Tak samo podchodzimy do środowiska w jakim żyjemy, już dzisiaj lejemy wodę bez umiaru, wyrzucamy masę jedzenia, bo teraz nas stać, zatruwamy środowisko wyrzucaną byle jak chemią, spalanymi w piecach plastikami. 
Tacy jesteśmy, bo chcemy żyć coraz szybciej, coraz intensywniej. A może czasami lepiej spróbować pokonać chorobę bez leków, oczywiście w granicach rozsądku, bo nawet dobre leki nie pozostają bez wpływu na organizm. Mówi się, że recepta na zdrowie w pigułce, to zamiast garści tabletek - jedzenie 3/4 kilograma warzyw i owoców dziennie, tym bardziej, że witaminy w formie naturalnej są wchłaniane łatwiej niż ich syntetyczne odpowiedniki. Jeśli czasami mamy wrażenie, że specyfiki w tabletce działają, to możemy mieć do czynienia z efektem placebo, czyli czujemy się lepiej, bo mamy wrażenie, że dbamy o zdrowie. Niektórzy badacze twierdzą, że nawet jedna trzecia wszystkich leków z apteki działa na zasadzie placebo, a firmy farmaceutyczne robią badania gdzie w co się wierzy.

Co jeszcze możemy zrobić, żeby ograniczyć tabletkowe zapędy?

  • na odchudzanie najlepsza jest witamina JM, czyli jedz mniej. Na jesienny spadek odporności JZ - jedz zdrowo,
  • zamiast wydawać pieniądze na drogie suplementy diety, lepiej zafundujmy sobie tygodniowy urlop i porządnie wypocznijmy,
  • nauczmy się radzić sobie ze stresem,
  • zmiana ustawienia monitora czy fotela może sprawić, ze ustąpi ból kręgosłupa,
  • przy kłopotach z zatokami, czy niedrożnym nosem mogą pomóc inhalacje lub nawilżanie wysychającej śluzówki,
  • na bóle miesiączkowe - ziołowe kąpiele czy termofor na brzuchu.
Tabletkę możemy zastąpić masażem, spacerem, ćwiczeniami relaksacyjnymi, a jeśli już sięgamy po leki, to w pierwszej kolejności te jak najmniej obciążające organizm. I pamiętajmy - lepiej zapobiegać niż leczyć!

Te zasady są też moimi zasadami, marzy mi się całkowita wolność od tabletek. Udało mi się wyjść na prostą po zimowej "zapaści", aktualnie łykam jeszcze tylko ten nieszczęsny krzem, kupiony samodzielnie, bez przepisu lekarza, ale włosy rzeczywiście przestały już tak strasznie wypadać, więc skończę zaczęte opakowanie. Na zatkany nos na razie pomaga wcieranie rinopanteiny. Chciałabym utrzymać ten stan jak najdłużej, dbam o siebie bardziej niż rok temu: zdecydowanie lepiej się odżywiam, dużo czasu spędzam na świeżym powietrzu, jeżdżąc na rowerze czy spacerując szybkim krokiem, staram  się też regularnie odpoczywać. Może tym razem się uda, w każdym bądź razie nie zamierzam się poddać.

A-ha! I jeszcze jedno: tej jesieni nie będę już narzekała publicznie na nadchodzącą zimę, może nawet prywatnie postaram się ją polubić. Nie wykluczone, że moje kłopoty z początku roku to zemsta zimy, za to, że siałam do niej nienawiść na blogu TUTAJ ;-)






środa, 25 czerwca 2014

Udawaj, a ci się uda

źródło

Jest takie powiedzenie: "Udawaj, a ci się uda". Możecie w to wierzyć lub nie, ale to proste stwierdzenie jest skutecznym i niemalże magicznym sposobem na przekształcenie dowolnej, niekorzystnej sytuacji w pozytywne jej rozwiązanie. Wielokrotnie doświadczyłam magii takiego działania i dzisiaj przedstawię kilka dowodów na skuteczność tej metody.



Przykład 1
Małe dzieci czasami uwielbiają opowiadać historie o duchach, co w efekcie doprowadza je do przerażenia i przekonania, że duchy istnieją naprawdę i to tuż obok. To była także moja ulubiona zabawa. Spotykałyśmy się w naszej "bazie" i zaraz rozpoczynał się maraton przerażających historii. Do dzisiaj pamiętam gęsią skórkę, która mi się wtedy pojawiała. Dokładnie tak samo możemy nabierać się jako dorośli, tylko zamiast wiary w duchy, wybierzmy wiarę, że jesteśmy szczęśliwi tu i teraz. Udawajmy pewność siebie i rezon chociaż po kilku minut dziennie i obserwujmy, jakie skutki wywołuje nasza postawa.

Przykład 2
Joga śmiechu została stworzona w Indiach w 1995 roku przez doktora medycyny Madana Katarię. Udowodnił on, że nasze ciało na poziomie fizjologicznym nie rozróżnia śmiechu wywołanego świadomie od śmiechu spontanicznego i zaproponował proste ćwiczenia na śmiech, które się sprawdziły i są praktykowane przez setki tysięcy ludzi na całym świecie skupionych w społecznych klubach śmiechu, których na świecie jest już około 6000.

Z jogi śmiechem wywodzi się terapia śmiechem, zarówno w jednej jak i w drugiej nie uczestniczą sami wesołkowie. Śmiech ma wiele zalet, między innymi dostarcza endorfin i poprawia nastrój w trybie natychmiastowym. Możemy się go nauczyć tak samo, jak małe dziecko uczy się jeść łyżeczką, na początku zwyczajnie udając. Skutki śmiechu wymuszonego są identyczne jak śmiechu naturalnego i jest to kolejny dowód na to, że stwierdzenie "udawaj, aż ci się uda" działa!


Przykład 3
Istnieje niezaprzeczalny związek pomiędzy postawą naszego ciała a emocjami.

Postawa władcza (otwarta) - głowa podniesiona wysoko, ręce złożone na biodrach, plecy proste, nogi skrzyżowane podczas siedzenia, tak aby jedna luźno spoczywała na kolanie drugiej.

Postawa uległa (zamknięta) - sylwetka skulona, pochylona, twarz nieśmiało uśmiechnięta, głos ściszony, ręce schowane za siebie lub nerwowo coś poskubujące, nogi złączone, ciało zajmuje jak najmniej przestrzeni.

Podobno już dwie minuty udawania postawy władczej skutecznie podnosi pewność siebie. Zamiast poddawać się fali przygnębiających myśli wyprostujmy się, podnieśmy głowę do góry i kąciki ust w uśmiechu. Jednocześnie pomyślmy, że jesteśmy tam, gdzie chcielibyśmy być i mamy wszystko co nam potrzebne do szczęścia.

Prostując sylwetkę automatycznie czujemy, że mamy większą siłę i kontrolę nad sytuacją, gdyż w naszym ciele dochodzi wtedy do zmian hormonalnych sprzyjających podejmowaniu ryzyka. Analiza próbek śliny wyprostowanych wykazała, że rośnie u nich poziom testosteronu, a maleje poziom hormonu stresu - kortyzolu (wyniki badań  przeprowadzonych na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku - źródło).
Udawanie jest naprawdę skutecznym trickiem. Podświadomość podobno nie bardzo się orientuje, czy nasze myśli i emocje mają coś wspólnego z rzeczywistością, jeśli uda nam się ją przekonać, że "szafa gra", to tak się stanie - świat odpowie nam tym, czym promieniujemy. Czyli jak myślimy, mówimy, zachowujemy się, takie mamy rezultaty. Jeżeli chcemy innych rezultatów trzeba zachowywać się inaczej. Nawet jeśli na początku będzie to tylko udawanie - uśmiechem, postawą - istnieje duża szansa, że nasze ciało i umysł w końcu to kupią. Jeżeli mamy w sobie dużo pogody ducha, jeśli z uśmiechem idziemy przez życie i wyrażamy się pozytywnie, to nawet kiedy boli, potrafimy sięgnąć po odpowiednie narzędzia, żeby osiągnąć poprawę swego losu.

W tym miejscu powtórzę starą i może oklepaną prawdę, którą jakże chętnie negujemy, bo tak wygodniej (możemy poczuć się usprawiedliwieni, że nic nie robimy, aby poprawić swój los): nasze życie i nasze samopoczucie jest w naszych rękach. 

I co, poczuliście się chociaż trochę przekonani? A może sami już od dawna praktykujecie pozytywne udawanie?


sobota, 21 czerwca 2014

12 uścisków dziennie

Uściski, ciepłe i serdeczne objęcia dobrze służą naszemu zdrowiu i samopoczuciu. Virginia Satir, amerykańska psychoterapeutka, twierdziła, że aby przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie. By zachować zdrowie - trzeba ośmiu uścisków. By się rozwijać, trzeba dwunastu uścisków dziennie.

źródło

Uściski:

  • redukują stres i regulują ciśnienie krwi,
  • wspomagają system odpornościowy,
  • leczą depresję,
  • pomagają zasnąć,
  • działają odmładzająco,
  • zwiększają ogólne poczucie szczęścia,
  • zwiększają zaangażowanie w relacjach,
  • czasami sprawiają, że czujemy się sexy,
  • nic nie kosztują.
Wiedza, że nasze ręce potrafią leczyć drzemie w nas od urodzenia, przecież kiedy odczuwamy ból, to instynktownie przykładamy do obolałego miejsca dłonie, niczym ciepły opatrunek, który przynosi ulgę. Gdy bliska nam osoba przytula nas, czujemy zadowolenie i ukojenie, wzrasta poczucie własnej wartości, bycia ważnym, zrozumianym i akceptowanym. 

Potrzeba dotyku rodzi się wraz z człowiekiem. Dziecko, jest zazwyczaj przez matkę tulone, głaskane i całowane. Wychowywane w atmosferze miłości i uśmiechu, rośnie radosne i zdrowe, prawidłowo się rozwija - potrafi podbiec do ludzi i w sposób naturalny się przytulić.

Z czasem dziecko wchodzi w okres dojrzewania i rozpoczyna poszukiwania swojej tożsamości. Wtedy towarzystwo rodziców zaczyna być zastępowane przez rówieśników, a potrzeba dotyku (bliskości, akceptacji, przynależności) zaspokajana jest głównie w związkach z pierwszymi sympatiami czy miłościami.

Wkrótce dziecko dorasta i naprawdę się zakochuje w osobie z którą  chce spędzić resztę życia. Oczywiście na początku jest słodko - zakochani przesiadują przytuleni do siebie całymi godzinami i z dzióbków sobie piją, z czasem te godziny zmieniają się w kwadranse, a kwadranse w nieliczne minuty. 

Zwykle trudno uchwycić ten moment, kiedy na dobre zapominamy o przytulaniu, chociaż potrzeba cały czas w nas drzemie. Co by się stało, gdybyśmy nie zapomnieli? Ile związków czy małżeństw zostałoby ocalonych? Dotyk i związane z nim przyjemne doznania potrafią rozładować napięcie i negatywne emocje. Nie można się kłócić i jednocześnie przytulać, kłótnia powoduje, że automatycznie odsuwamy się od osoby, która nas złości. Działa to też w drugą stronę: jeśli czujemy irytację partnera - przytulmy się, z dużym prawdopodobieństwie złagodzi to jego nastrój, może zapobiegnie niepotrzebnym sprzeczkom, za pomocą których niektórzy rozładowują stres po powrocie z pracy.

źródło
Bywa i tak, że znaczenie dotyku staje skomplikowane czy dwuznaczne. Dzieje się tak, kiedy pada podejrzenie o erotyczny podtekst sytuacji, dlatego ludzie z reguły starają się zachować tak zwaną bezpieczną odległość. Zadowolenie z dotyku zależy także od relacji między osobami, nie każdej osoby dotyk aprobujemy, stąd tyle spraw sądowych o molestowanie seksualne. 


Z jednej strony dotyk bywa narzędziem wpływów, naruszeniem granic, wyrazem przemocy, z drugiej strony tęsknimy za dotykiem, za jego pomocą wyrażamy miłość i wdzięczność.

To ile dotyku potrzebujemy jest związane z naszą osobowością i temperamentem. Nawet w pracy da się zauważyć takich, co bez przerwy poklepują się i obejmują, całują na dzień dobry i do widzenia. Inni z kolei niechętnie wpuszczają do strefy bezpieczeństwa kogoś innego niż swoi najbliżsi. Ja także mam swoją strefę, którą mogą przekraczać wybrane przeze mnie osoby - pozostali lepiej żeby tego nie robili, od razu czuję dyskomfort i uchylam się jak mogę.

Przytulanie ma same zalety, praktykujmy je w kręgu osób, które są przez nas naturalnie akceptowane, dzięki temu zdobywamy ufność i pogodne nastawienie do świata, ponieważ dotyk bliskiej osoby gwarantuje zaspokojenie podstawowej potrzeby - miłości i bezpieczeństwa. Pamiętajmy także o tym, że okazywanie czułości to inwestycja na przyszłość i przytulajmy nasze dzieci od pierwszych chwil życia, tym samym ucząc je miłości i akceptacji.

A z czym może się wiązać brak zaspokojonej potrzeby dotyku? Ludzie nie przytulani  więdną, zamykają się w sobie, żyją w poczuciu samotności. Niezaspokojona potrzeba dotyku może popychać w kompulsywny seks, związki pełne przemocy czy uzależnienia, u niektórych rodzi się agresja. Zawsze kiedy widzę człowieka, który zachowuje się wyzywająco czy wręcz chamsko, w pewnym sensie jest mi go żal. Myślę wtedy, że jest w sumie biedny, bo na pewno w życiu nie dostał miłości, nigdy nie był dla nikogo wystarczająco ważny, a teraz  na swój prymitywny sposób tej uwagi się domaga... Cóż, życie bywa brutalne, B. Pawlikowska słusznie nazwała to po prostu dżunglą życia.

Jeśli z jakichś przyczyn właśnie czujemy się tacy "niedopieszczeni" wiedzmy, że zawsze możemy to zmienić, strategii jest mnóstwo. Nie dostaliśmy czegoś w dzieciństwie, czy w dorosłym życiu od innych ludzi, poszukajmy tego sami, pierwsi wyciągnijmy rękę. Jakby co, zawsze możemy pójść na masaż albo kupić sobie gruszkę bokserską - serio, nazywa się to dotykiem ekspresji wewnętrznej i pozwoli skutecznie rozładować napięcia i stresy.

źródło
I pamiętajmy, Międzynarodowy Dzień Przytulania obchodzimy 31 stycznia, Polski Dzień Przytulania już 24 czerwca, ale po co czekać tak długo? Przytulmy już dziś ukochaną osobę, synka, córeczkę, przyjaciółkę, kota, psa albo pluszowego misia. Dla zdrowia i urody!





wtorek, 17 czerwca 2014

Uważaj bo się zużyjesz


Fot. Shutterstock
Wielu z nas preferuje zdecydowanie aktywny tryb życia, nie lubimy siedzieć bezczynnie w fotelu, za to uwielbiamy czuć tę dynamikę mijających chwil, nie pozostawiającą czasu na nudę. Ale odpoczynku potrzebuje każdy organizm.

Kiedy jesteśmy aktywni, zużywamy różne substancje, a to pobudza przemianę materii do dostarczania ich na nowo w celu naładowania organizmu energią potrzebną do podstawowych procesów. Zmęczenie odczuwane po wysiłku jest znakiem, że nasze ciało domaga się okresu odpoczynku, w czasie którego nasze tkanki i narządy zostaną odświeżone i zaopatrzone. I nie warto strugać chojraka czy osoby nie do zdarcia, bo skumulowane skutki napięć i stanów wyczerpania to prosta droga do złapania choróbska. Jednym zdaniem, zmęczenie to fizjologiczny odruch obronny, nieodłączny skutek każdej naszej aktywności. Zmęczenie wskazuje na potrzebę wypoczynku, którego w żadnym wypadku nie należy mylić ze zwykłą bezczynnością - ta, praktykowana bez umiaru, pociąga za sobą stagnację różnych układów organizmu oraz pogorszenie jego funkcji.


Odczuwanie zmęczenia chroni przed nadmiernym zużyciem naszych zasobów energetycznych, a ponieważ zbliża się pora mojego corocznego, trzytygodniowego urlopu wypoczynkowego, to znużenie rutyną dnia codziennego staje się coraz wyraźniejsze, przez co marzę o totalnym oderwaniu się od wszystkiego, co mnie otacza. Bo najbardziej regeneruję swoje nadwątlone siły właśnie wtedy, kiedy zmieniam miejsce pobytu i zostawiam za sobą wszystko co mnie na co dzień stresuje i męczy.

Oprócz dłuższego, letniego wyjazdu, staram się spędzić przynajmniej jeden weekend daleko od domu, w wygodnym hotelu z pełnym wyżywieniem. Zwykle szukam odpowiedniej oferty na Grupeo.pl, a wtedy taki wyjazd wcale nie oznacza wielkiego obciążenia dla portfela. Oszustwo jeszcze mi się nie przytrafiło, a rezerwowałam w ten sposób pobyt także za granicą (we Francji, Niemczech, Czechach, Słowacji) - co nie oznacza, że wpadka nigdy się nie zdarzy. Znajoma zachęcona moim powodzeniem zamówiła sobie pobyt w warszawskim hotelu, a za kilka dni okazało się, że ten hotel splajtował. Na szczęście pieniądze udało jej się odzyskać.

Na co dzień, kiedy nie mam możliwości by czmychnąć daleko od domu i pracy, a wystarczająco męczą mnie liczne kontakty z ludźmi, miejski hałas, poczucie chaosu czy bełkot telewizora (bez niego mój TŻ nie wyobraża sobie życia), wtedy wybieram kilkugodzinny rowerowy wypad na łono natury, z odpowiednio zapakowanym plecakiem i kocem (i mężem).

Bywają i takie dni, kiedy potrzebuję pobyć w samotności albo ciągle chce mi się spać. Zazwyczaj nie odmawiam sobie tych zachcianek, ostatecznie to nic wielkiego, że chcę o siebie zadbać i wreszcie moi domownicy nauczyli się to akceptować (wcześniej przyzwyczaiłam ich do czegoś innego, niestety...).

Każdy ma swoje indywidualne potrzeby w zakresie wypoczynku, ważne jest by spędzać czas wolny zgodnie z zasadą "Rób to, o czym marzysz, spędzaj czas jak lubisz". Nie marnujmy wolnego czasu, ostatecznie długo i ciężko na niego pracujemy. Jeśli potrafimy racjonalnie korzystać z upragnionych weekendów, czyli naprawdę odpocząć od pracy, to potem nie musimy się reanimować bardzo długimi wakacjami czy zwolnieniem lekarskim.


Moim starym zwyczajem, na zakończenie podsuwam kilka "złotych rad" na co dzienny, efektywny odpoczynek od pracy:

  1. Wychodząc z pracy, odetnijmy się od niej! Mózg nie zawsze pozwala się wyłączyć od myślenia o zawodowych problemach, zaraz po opuszczeniu miejsca pracy. Starajmy się być świadomi naszych myśli i ćwiczmy odcinanie się, poprzez kierowanie ich ku innym niż obowiązki zawodowe, ważnym sprawom.
  2. Zaczyna się weekend, a my mamy wysyp pomysłów związanych z pracą. Spróbujmy je zapisywać, w ten sposób odciążymy naszą biedną głowę, a notatki na pewno przydadzą się w poniedziałek.
  3. Dzień wolny także można zaplanować i warto to zrobić, bo inaczej może się skończyć wylegiwaniem się w łóżku do południa, aż do bólu głowy.
  4. Wypoczywajmy inaczej niż pracujemy. Pracujemy razem z kilkoma osobami w jednym pomieszczeniu? Po po pracy pobądźmy chwilę w samotności, zrelaksujmy się. Zmęczenie pracą biurową można czasami "wyleczyć" umiarkowanym zmęczeniem fizycznym - ale nie przemęczeniem!
  5. I wreszcie sakramentalne wysypiaj się. Nawet jeśli nie zawsze udaje się spanie 8 godzin, to przynajmniej starajmy się kłaść i wstawać o podobnych godzinach.

piątek, 13 czerwca 2014

Ostatnio przeczytane

DZIESIĘĆ PRAW CZYTELNIKA 
wg. Daniela Pennac (franc. pisarz, Paryż 1992) 

      1. Prawo do nie czytania.
      2. Prawo do opuszczania stron.
      3. Prawo do nie kończenia książki.
      4. Prawo do czytania byle czego.
      5. Prawo do czytania byle gdzie.
      6. Prawo do czytania raz tego, raz owego.
      7. Prawo do ponownego przeczytania.
      8. Prawo do czytania na głos.
      9. Prawo do nie mówienia o lekturze.
    10. Prawo do zatopienia się w lekturze, uznania świata fikcyjnego za realny. 

Nie skorzystam z prawa wymienionego w punkcie 9 i jak co miesiąc, podzielę się z Wami swoją opinią na temat książek ostatnio przeczytanych.


"Jak zaoszczędzić godzinę dziennie" - Michael Heppel


Chętnie sięgam po książki o organizacji czasu, ponieważ ciągle mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tę sztukę opanować. Jak na razie mam więcej zajęć niż czasu i często idę spać z wrażeniem, że doba jest za krótka. Ku mojemu zdziwieniu i lekkiej zazdrości stwierdzam, że istnieją osoby, które zaraz po powrocie z pracy kładą się do łóżka, bo są znużone, a następnie budzą się w środku nocy po to, żeby stwierdzić, że już nie opłaca się wstawać. Zmarnowany dzień? W sumie, nic lepszego nie ma do roboty... Trochę zazdroszczę, bo też bym tak chciała od czasu do czasu, ale wiem, że bez sensu jest ta zazdrość - decyzja jak zawsze należy do mnie.

Książka nie jest szczególnie odkrywcza, bo co więcej można wymyślić w kwestii oszczędzania czasu, niż to, co opublikowali już inni autorzy, jednak ma swój klimacik i gładko się ją czyta. A więc w jaki sposób najlepiej oszczędzać czas? Najpierw należy znaleźć dobry powód do oszczędzania - np. postanawiamy, że będziemy w tym tym czasie pisać książkę. Warto przez kolejne 7 dni prowadzić obserwacje swojego dnia i notować wszystkie wykonywane czynności w tabeli zwanej miernikiem czasu. Na podstawie wypełnionej tabeli ocenimy, ile minut dziennie marnujemy na czynności zbyteczne i połowę sukcesu mamy za sobą.

Oczywiście autor standardowo wspomina o wywalaniu zbędnych przedmiotów do śmieci, sprzątaniu, walce z odwlekaniem, listach zadań po swojemu (np. listy z rzeczami, których nie robić), walce z "przeszkadzajkami". Uczy jak oszczędzać czas w domu i w pracy. Na koniec podaje zaawansowane techniki oraz 25 dodatkowych pomysłów pochodzących od swoich czytelników. 

Książkę czyta się przyjemnie, ponieważ jest napisana mimo wszystko przejrzyście i ciekawie oraz daje motywację do pracy nad sposobem spędzania swojego dnia.

"Czas = życie. Dlatego albo marnuj swój czas i marnuj swoje życie, albo panuj nad swoim czasem i panuj nad swoim życiem."
Alan Lakein (także cytat z książki)





"Blog pisz kreuj zarabiaj" - Tomek Tomczyk


Kolejna książka Kominka o blogowaniu (po "Blogerze), jako zajęciu które może  przynieść duże pieniądze, a tym samym stać się poważnym źródłem utrzymania. Czytając ją myślałam, że też bym tak chciała. Zakładając bloga nie brałam pod uwagę możliwości zarabiania za jego pomocą, tymczasem kilka godzin spędzonych z tymi książkami uruchomiły moją wyobraźnię. Bo czy to nie byłoby piękne? Robiłabym to co lubię najbardziej i  mogłabym poświęcać ulubionemu zajęciu tyle czasu ile potrzeba, zamiast tak jak obecnie zarywać noce i czuć się notorycznie niedospaną. W najbliższą niedzielę znów muszę się przyjrzeć swojemu rozkładowi dnia, w kierunku działania zdroworozsądkowego. Co jakiś czas robię taki remanent, bo chyba mam tendencje do autodestrukcji. Np. po raz trzeci w bieżącym roku będę starała się przyzwyczaić do jednego dnia w tygodniu bez internetu - już dwa razy mi nie wyszło!

Ale do brzegu. Treść książki "Blog pisz kreuj zarabiaj" nie wywołała we mnie tyle chęci do polemiki co treść "Blogera" a wiele stwierdzeń nawet bardzo mi się spodobało. Oto niektóre z nich:
  • żeby nasz blog żył i był źródłem przychodu musi być nasycony emocjami;
  • jeśli umiemy pisać to lepiej piszmy bloga i bądźmy na swoim, zamiast pisać dla kogoś za marne i pieniądze i na czyichś warunkach;
  • "Nie bój się mieć wielkich planów, nie bój się marzeń, nawet tych banalnych o milionie dolarów na koncie i domku na egzotycznej wyspie. Otaczający cię ludzie nie zrozumieją ich, bo przeciętny człowiek jest od tego, by wieść przeciętne życie.";
  • o hejterach: "Od 2006 prowadzę politykę kasowania każdego hejtera. Miałem ich wtedy tysiące........ Wybiłem ich wszystkich. Sporo czasu to zajęło, ale dziś moi czytelnicy i komentatorzy rzygają  tęczą." Typowe dla autora dosadne sformułowanie ;-)
  • dobry blog nie powinien być taki jak inne, on powinien wyróżniać się z tłumu;
  • bloger jest najważniejszym elementem bloga i powinien czuć się tam dobrze, a poza tym powinien także zaufać swojej intuicji, a nie ślepo patrzeć w wywody Kominka.

Obie książki polecam i bez naciągania stwierdzam, że są inspirujące!


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Wynurzenia owocowego sceptyka

źródło
Podczas lata uliczne stragany kuszą stosami soczystych owoców, niestety - nie mnie. Należę to tej, zapewne nielicznej grupy osób, która nie dostaje oczopląsów na widok truskawek, winogron czy brzoskwiń. Za to zawsze chętnie skonsumuję tatar z łososia, gołąbki lub wszelkiej maści sałatki i surówki warzywne.

Oczywiście nie zamierzam polemizować ze stwierdzeniem, że świeże owoce są smaczne i zdrowe - przecież są źródłem witamin, kwasów organicznych, błonnika pokarmowego oraz minerałów. Moje wątpliwości dotyczą jedynie zalecenia codziennego (czy jak najczęstszego) spożywania owoców  w określonej dawce, a wywodzą się one z przeświadczenia, że zdrowy organizm powinien najlepiej wiedzieć, czego potrzebuje oraz, że natura wie co robi.

Sama ulegając zdrowemu trendowi, wyrobiłam nawyk zjadania jednego jabłka  dziennie, czasami na drugie śniadanie zagości u mnie banan, a na godzinę przed kolacją zjem jakiś owoc, jeśli wyjątkowo najdzie mnie na to ochota. I pozornie jest OK, jednak wchodząc w szczegóły, muszę przyznać, że konsumpcji tych przykładowych bananów i jabłuszek nigdy nie towarzyszy większa przyjemność, czyli coś w rodzaju "ślinka mi cieknie". Truskawki, maliny, jagody, jeżyny, poziomki - czasami pojawi się nieodparta chęć pochłonięcia miseczki tych owoców, ale zawsze w stanie takim, jakimi je matka natura stworzyła. Pozostałe owoce mogłyby dla mnie nie istnieć. Wiem, że nigdy za nimi nie zatęsknię.


Wiedząc, jak bardzo odbiegam od standardowego postrzegania owoców w diecie, szukałam czegoś na swoje usprawiedliwienie, niestety trudno znaleźć choćby jeden głos posiadający autorytet w zakresie dietetyki, który nie zalecałby jedzenia owoców zdrowej osobie. Przy okazji upewniłam się co do faktu, że spożywanie owoców nie do końca jest wolną amerykanką, obowiązują tu pewne zasady, które warto poznać, bo nie każdy owoc, nie o każdej porze i nie w każdej ilości zapewni nam zdrowie i dobre samopoczucie.

Idąc za ciosem, przedstawiam listę uwag, które odnalazłam w otchłani internetu:

1. Owoce to nie tylko błonnik i witaminy, ale także cukier. Niektóre z nich mają wysoki indeks glikemiczny, a oznacza to, że po ich zjedzeniu następuje gwałtowny wzrost poziomu glukozy we krwi, a w konsekwencji duży wyrzut insuliny, co z kolei prowadzi do obniżenia stężenia tego węglowodanu we krwi. Im bardziej gwałtowny wzrost stężenia glukozy we krwi, tym większe wydzielanie insuliny, a co za tym idzie większy spadek stężenia glukozy. Proces tak gwałtownych wahań nazywany huśtawką glikemiczną. Tak więc po spożyciu produktów o wysokim indeksie glikemicznym czujemy szybki zastrzyk energii, a po niedługim czasie stajemy się ospali, rozkojarzeni i głodni. Owoce o wysokim IG to m.in. banany, mango, winogrona, arbuzy, melony, daktyle, awokado, oliwki, kokosy. Owoce o niskim IG to jabłka, gruszki, śliwki, wiśnie, pomarańcze, truskawki oraz żurawiny. Stosując dietę o niskim IG mamy większą możliwość zrzucenia zbędnych kilogramów jak również zmniejszenie ryzyka cukrzycy i chorób sercowo-naczyniowych. Możemy również zapobiec skokom glukozy spożywając owoce w połączeniu z innymi produktami. Przykładowo: w połączeniu z jogurtem, musli, orzechami, jako dodatek do owsianki na chudym mleku lub w postaci pożywnych koktajli.

2. Twierdzi się, że owoce takie jak banany, kiwi czy cytrusy mają działanie wychładzające, dlatego zimą warto przemyśleć ich spożywanie. Dzieje się tak ponieważ zawierają one spore ilości potasu, który ma wpływ na termoregulację organizmu. Z drugiej strony, spotkałam się też z opinią specjalisty do spraw żywienia, który twierdził, że teoria o wychładzającej bądź rozgrzewającej funkcji niektórych produktów spożywczych wywodzi się z medycyny chińskiej i nie ma ona poparcia we współczesnej nauce. I jak tu się odnieść do tych tez? Cóż, chciałoby się powiedzieć: zaufajmy matce naturze, ona wie co robi sprawiając, że określone gatunki owoców występują na właściwych sobie szerokościach geograficznych, ale dlaczego właśnie zimą mam największą ochotę na cytrusy???

3. Banany znajdujące się na naszych półkach swoją żółtą barwę zawdzięczają nie słońcu, a etylenowi, który pomaga im dojrzeć w drodze z Ameryki Południowej, a truskawki dostępne w sklepie w plastikowych pojemniczkach dzięki pestycydom i środkom grzybobójczym mogą przetrwać znacznie dłużej niż okazy wolne od chemii.

4. Owoców, które działają pobudzająco na układ trawienny (jabłka, gruszki czy grejpfruty) nie można spożywać rano (na pusty żołądek) oraz wieczorem. Mają one charakter przeczyszczający i po ich zjedzeniu w jelitach rozpocznie się rewolucja, co może stanowić dla nas kłopot.

5. Cukier zawarty w owocach ma działanie pobudzające, a więc jedząc owoce tuż przed snem możemy mieć problemy z zaśnięciem. Najlepszym rozwiązaniem jest spożywanie owoców w porze od drugiego śniadania do godziny osiemnastej.

6. Nie wolno jeść ani przerabiać lekko podgniłych owoców, ponieważ są siedliskiem trujących pleśni, które nie giną nawet podczas gotowania.

7. Dbający o linię powinni jednak jeść owoce z umiarem, bo chociaż są zdrowe, to nie wszystkie sprzyjają chudnięciu. Uważać należy na kaloryczne owoce (także owoce kandyzowane czy suszone) - w przeważającej części będą to te o wysokim IG.

8. Spożywanie niemytych owoców może doprowadzić do zarażenia się pasożytami takimi jak glista ludzka, lamblia jelitowa czy owsik.

Natomiast próbując rozeznać się w temacie optymalnego czasu i miejsca jedzenia owoców, doznałam lekkiego skołowania od różnorodności dostępnej wiedzy. Pominę milczeniem większość sprzecznych ze sobą opcji, a przedstawię tę jedyną, która wydaje mi się rozsądna czyli zasadę Montignaca:
Owoce jemy na godzinę przed właściwym posiłkiem lub dwie/cztery godziny po posiłku. Chodzi o to, aby owoce miały wolną drogę do jelita ponieważ do ich strawienia organizm wykorzystuje najmniej energii - w porównaniu do posiłków białkowych, tłuszczowych czy z węglowodanami złożonymi.
Jabłko po zjedzeniu do jelita trafia po 20-30 minutach, gdzie zaczyna się jego właściwe trawienie (banany, daktyle, owoce suszone po ok. 1 godz.). Jeśli zjemy owoce bezpośrednio po głównym posiłku nie zostaną one od razu przesunięte do jelita, zaczną  więc gnić i fermentować w żołądku, zakwaszając organizm. Po takim deserze odczuwamy wzdęcia, gazy i niestrawność, a wszystkie cenne minerały i witaminy, zamiast wchłaniać się do krwiobiegu, po prostu się zmarnują.
I tak, po zjedzeniu surowych warzyw powinny upłynąć 2 godziny do zjedzenia owocu, po węglowodanowym posiłku z dużą zawartością tłuszczu - 3 godziny, po posiłku z mięsem - 4 godziny.


Nie przepadam za owocami i chciałabym wierzyć, że mój organizm wie co robi, ale na wszelki wypadek codziennie szamam jabłko na godzinę przed obiadem, co mi szkodzi? Już się przyzwyczaiłam. Śmieję się, że to trochę tak jak z ludźmi bezmyślnie klepiącymi codzienną modlitwę, bo co, jeśli umrą i okaże się, że Bóg istnieje naprawdę? Nieważne. Taki mam gust kulinarny i już, a o gustach się nie dyskutuje, jestem ciekawa, ile osób podzieli moje upodobania...
Mam nadzieję, że zebrane przeze mnie uwagi okażą się dla Was odkrywcze czy pomocne chociaż w małej części. Zapewniam też, że nie było moim celem nakłanianie kogokolwiek do rezygnacji z diety bogatej w ulubione owoce.

czwartek, 5 czerwca 2014

Kosmetycznie - o hennie subiektywnie

Jak co miesiąc - miał być kosmetyczny misz-masz, ale okazało się, że na temat tego jednego produktu, mam tyle do opowiedzenia, że na inne sprawy po prostu miejsca zabrakło. Tym produktem jest najstarszy kosmetyk świata - henna, produkowana z liści  Lawsonia inermis


Henna jest ze mną już od roku i jak na razie nie zanosi się na rozpad naszego związku. Jest to w tym momencie jedyna znana mi alternatywa farbowania, którą mój skalp dobrze znosi - mam uczulenie na chemiczne farby do włosów. Ostatnie farbowanie takimi farbami zakończyło się na pogotowiu ratunkowym, a efektem prób uczuleniowych wykonywanych za uchem zawsze były  otwarte rany. 

Henna ma nie tylko właściwości barwiące, ale używana jest również w celach pielęgnacyjnych. Faktycznie wzmacnia włosy, nadaje im piękny połysk, miękkość i charakterystyczny kolor (od rudego do brązowego) w zależności od naturalnego koloru włosów. Wzbogacając hennę o różne dodatki (kawę, wywar z dębu czy orzecha włoskiego) można zmienić jej odcień. Henna z dodatkiem indygo barwi włosy nawet na kolor czarny.

Składnik henny - lawson, działa na skórę głowy i torebki włosowe ściągająco, zapobiega wypadaniu włosów, do pewnego stopnia usuwa łupież i reguluję pracę gruczołów łojowych znajdujących się w skórze głowy. Jako odżywkę pozostawia się ją  na włosach od 3 do 15 minut. Po jej użyciu włosy stają się odporniejsze na działanie czynników zewnętrznych, henna poprawia strukturę włosów i zamyka ich łuski. Jest bogata w wapń, magnez, potas i liczne mikropierwiastki (cynk, miedź, mangan, żelazo), ważne dla wzrostu włosów.

Kolejna zaleta henny to pokrycie siwych włosów, jednak zabarwią się one na rudo (patrz - wzornik kolorów na dole). Mam jakieś 25% siwych włosów i zaraz po farbowaniu są marchewkowe, w kolejnych dniach ciemnieją i przestaję "świecić". Akurat lubię rudości więc nie stanowi to dla mnie problemu, jednak dla osób, które wolą ciemniejsze odcienie proponuję farbowanie podwójne: najpierw henną, później indygo, wtedy otrzymamy kolor zbliżony do brązowego. Istnieje też technika sporządzania mieszanki z obu tych składników, zmieszanych w stosownych proporcjach, co również ma spowodować efekt zafarbowania włosów na brązowo.

Używam henny Khadi, która jest sprzedawana w postaci drobno zmielonego proszku. W opakowaniu znajdują się ochronne rękawiczki, czepek oraz instrukcja obsługi. Po farbowaniu henną moja skóra głowy pozostaje czysta, bez jakichkolwiek podrażnień czy łupieżu, a włosy gładkie i lśniące. Jako zabieg uzupełniający, stosuję olejowanie włosów, które wykonuję przed kolejnym myciem tj. 2-3 dni po farbowaniu, tyle czasu daję na ściemnienie farby i unormowanie koloru włosów. 

Nie będę tu wpisywała instrukcji farbowania, ponieważ w sieci istnieje wiele takich instrukcji profesjonalnie sporządzonych, np. na stronach helfy.pl czy khadi.pl. Ostatnio odkryłam również blog o hennie polehenny.wordpress.com, gdzie zainteresowani dowiedzą się praktycznie wszystkiego na ten temat.

Na zakończenie dodam jeszcze, że henna nie wypłukuje się z moich włosów ani nie blaknie. W pierwszych dniach po farbowaniu kolor lekko ciemnieje. Farbowanie henną nie jest bardziej kłopotliwe niż farbowanie chemiczne, należy tylko sporządzić mieszankę o odpowiedniej konsystencji, która ładnie utrzyma się na włosach. Zapach jest typowo roślinny, na pewno mniej drażniący niż podczas farbowania chemicznego, chociaż mąż twierdzi, że to zapach krowiej kupy...

Uważam, że farbowanie henną to dobry wybór. Może i efekty nie są tak spektakularne jak w przypadku farb chemicznych, gdzie mamy do dyspozycji tęczę kolorów, ale są za to długofalowe - w przeciwieństwie do chemii, henna poprawi kondycję naszych włosów, a nad ewentualnym ich wysuszeniem możemy zapanować, stosując maski, odżywki czy po prostu olejowanie, osobiście nie mam z tym żadnego problemu.

A może znacie inne farby dla wrażliwców, które warte są wypróbowania? Przydadzą mi się, gdy w przyszłości zechcę odpocząć od rudości.

Wzorniki koloru znalezione na stronie sprzedawcy PHU-BANAX.

Kolor moich włosów po czystej hennie (czerwonej), moje naturalne włosy są koloru  ciemnobrązowego. Zdjęcie ze stycznia 2014 r.


niedziela, 1 czerwca 2014

Za prętami złotej klatki

źródło
Strefa komfortu - miejsce bezpieczne, przytulne, zaciszne, w którym funkcjonujemy na co dzień, wykonując te same znane i dobrze opanowane czynności oraz folgując swoim nawykom. Symboliczna złota klatka, za prętami której, czekają nieodkryte przestrzenie, pola niezliczonych możliwości. Kiedy odważymy się klatkę opuścić możemy spełnić swoje marzenia...

W jednym z komentarzy pod tekstem "Silna kobieta" napisałam, że abym mogła czuć spokój i siłę w ciężkich chwilach, ważna jest dla mnie wiara w to, że wszystko jest i będzie dobrze i zawsze spadnę na przysłowiowe "cztery łapy". Wierzę, że Wszechświat mi sprzyja. Prawdopodobnie przekonanie to wtłoczyłam sobie poprzez wcześniejszą,  dość systematyczną pracę z afirmacjami, nieważne. Najważniejsze, że dobrze mi służy.

My dorośli, ponad miarę rozsądni ludzie często mamy tendencję do szufladkowania zachowań: podejrzliwy oznacza rozsądny, ufny - niedojrzały, bo przecież tak głupie są tylko małe dzieci.  Ale ufny nie równa się naiwny, nie zostawiam przecież na ulicy otwartego samochodu czy nie spaceruję samotnie po dzikich zaułkach licząc, że  Anioł Stróż wszystkiego dopilnuje. 

Wierzę w pozytywny obrót zdarzeń, ale nie pozwalam by one mną miotały. Podejmuję działania, ale nie trzymam się kurczowo rezultatów, bo zakładam, że cokolwiek się stanie będzie to z korzyścią dla mnie. Uda się - świetnie, nie uda - trudno, pewnie świat trzyma dla mnie coś lepszego w zanadrzu, a z doświadczenia zawsze mogę wyciągnąć naukę dla siebie na przyszłość.

Zdaję sobie sprawę, że szczególnie dla sceptyków, powyższy opis wydawać się może zbyt wyidealizowany. Rzeczywiście, pułapki codzienności wyzwalają we różne emocje, nie zawsze od razu jest tak cudnie, jednak to rozwiązanie jest zawsze jak spokojna przystań, do której prędzej czy później trafiam poprzez zwyczajne poddanie się nurtowi życia.

Ewa Foley w swojej książce "Powiedz życiu tak!" napisała: Płyń z prądem. Życie nie polega na tym, żeby wyrwać się prądowi, ale na tym, jak z nim płynąć. A jak to się ma do wyjścia ze strefy komfortu? Odpowiedź brzmi: żeby wyjść za próg złotej klatki należy zaufać, że świat dostarczy w każdej chwili naszego życia wszystko, a nawet więcej, niż potrzeba nam do życia. To jednocześnie bardzo proste i skomplikowane. Kto już tego spróbował ten wie, że tak naprawdę do nas należy decyzja, jaką wizję świata przyjmiemy za swoją: miejsca nieustannej walki i rywalizacji, czy może miejsca bezpiecznego, w którym rządzi prosta zasada elastycznego i łagodnego podążania za zdarzeniami.

Felix Baumgartner. fot. www.extremetech.com/extreme