środa, 30 kwietnia 2014

Diety, diety

źródło
Jak szybko stracić na wadze? Kupić ją za 200 zł, a sprzedać za 100. Bo przecież nie poprzez stosowanie popularnych diet - one co najwyżej mogą nam zaszkodzić.

Wyszukanych i modnych diet nie lubię i nie stosuję, a kluczowym powodem do takiej postawy jest niewątpliwie wrodzona niechęć do wszelkich wyrzeczeń. Nie znoszę sama sobie niczego odbierać, ani się ograniczać bez wyraźnych i racjonalnych powodów i dlatego, żeby wprowadzić w życie zasady zdrowego odżywiania, muszę uwierzyć w ich sens oraz uznać je za swoją filozofię życia. Tymczasem pod koniec stycznia br. zapragnęłam wreszcie, po raz pierwszy w życiu, przejść dietę - oczyszczającą (TUTAJ). Naprawdę byłam do swego pomysłu przekonana i najbardziej na świecie chciałam go zrealizować. 

Najtrudniejsze pierwsze dwa dni zaplanowałam na weekend. Bardzo szybko okazało się, że trzeciego dnia nie będzie - po prostu ku mojej rozpaczy WYMIĘKŁAM! To jak się czułam podczas dwóch pierwszych i ostatnich dni jedzenia tylko warzyw i owoców opiszę krótko: koszmar, ból i męka. Nie byłam w stanie nic robić, osłabienie i ból głowy dopadł mnie już w sobotę, w porze obiadowej. Od tamtej pory czułam się po prostu coraz bardziej chora i kiedy pomyślałam o poniedziałku w pracy, wiara w skuteczność takiego oczyszczania powoli zaczęła mnie opuszczać. Zresztą, także poza tematem diety, źle znoszę każde zaburzenie w regularnym odżywianiu, wiec teraz myślę, że przed decyzją o oczyszczaniu powinnam zrobić sobie badania - może po prostu takie eksperymenty nie są dla mnie.

źródło
Tak, zdecydowanie jestem przeciwko wymyślnym cud-dietom, za to niezłomnie wierzę w zbawienny wpływ zdrowego odżywiania na nasz organizm. I w to, że samo odchudzenie nie może być celem - bo właściwy cel, to zdrowe odżywianie. A co jeśli konkretna waga jest jednak naszą indywidualną cechą? Moje obserwacje zróżnicowanych sylwetek ludzkiego ciała, wskazują, że może tak być.

Zatem jesteśmy takie, jakie jesteśmy - pogódźmy się  tym i lepiej zadbajmy o to, co jemy i jak jemy. Znajdujmy czas na gotowanie, korzystajmy z sezonowych produktów i nie spieszmy się podczas jedzenia. Ciągle odkrywajmy nowe smaki i cieszmy się jedzeniem, zamiast przeżywania koszmaru kolejnej diety-cud.

Od czasu mojej niefortunnej przygody z dietą oczyszczającą, czyli od pierwszych dni marca, odżywiam się stosując niewyszukane zasady i dobrze mi z tym. Ostatni posiłek zjadam na 2-3 godziny przed snem. Jem trochę słodyczy do południa. Po obiedzie wszelkie węglowodany ograniczam do minimum. Kiedy jem, to nie piję. Przyzwyczaiłam się to tego, że po płyny sięgam pół godziny przed jedzeniem i co najmniej pół godziny po jedzeniu - woda rozcieńcza soki żołądkowe, a popijając jedzenie, połykamy większą ilość powietrza, co powoduje wzdęcia.

Inne zasady zdrowego odżywiania w które wierzę i które przyjmuję za swoje to:
  1. Zjadanie posiłku w takiej wielkości, jaka zmieści się moich dwóch złożonych dłoniach. To wielkość odpowiadająca w przybliżeniu pojemności mojego żołądka.
  2. Optymalna dla mnie ilość posiłków, to 4 - 5 w ciągu dnia. Podobno im częściej jemy, tym częściej dochodzimy do swojej wagi. Posiłki powinny być przyjmowane w miarę regularnie. Dopiero wtedy organizm nie będzie starał się odkładać zapasów w formie tłuszczyku.
  3. Zdrowe proporcje to: ziarna, rośliny strączkowe, zdrowe węglowodany, błonnik i składniki mineralne - 45%, warzywa i owoce - 40%, białko, czyli drób, ryby, owoce morza i jajka - 15%.
  4. Codziennie zjadam tłuszcze, przeważnie w formie oliwy i różnych olejów, używanych do sałatek. Dorosła osoba potrzebuje 4 - 6 łyżek tłuszczu, dzięki nim możemy przyswoić witaminy A, D, E i K.
  5. Nie powinno się łączyć białek z węglowodanami, gdyż każdy ze składników potrzebuje innych soków trawiennych. Jajka i ryby łączymy tylko z warzywami, tak samo chleb, kaszę i potrawy z mąki. Staram się więc tego nie robić, aczkolwiek czasami stare nawyki zwyciężają.
  6. Ograniczam pokarmy mające w składzie białą mąkę (ich ilość w diecie wyraźnie wpływa na wielkość mojego brzuszka) oraz tzw. żywność wysoko przetworzoną i biały cukier. Z kawy nie zrezygnowałam, nie trafiają do mego przekonania informacje o jej "szkodliwości", piję ok. 3 filiżanek średnio-mocnego naparu, a kiedy mam więcej czasu, gotuję kawę z kardamonem w garnuszku - przepis znaleziony TUTAJ.
źródło
Wyżej wymienione (1-6) zasady oraz ich rozwiniecie możecie znaleźć na stronie prowadzonej przez małżeństwo Anię i Wojtka - www.zdrowoodchudzeni.pl, którzy przetestowali je na własnej skórze, a także przystępnie i ciekawie opisali.
Na chwilę obecną nie widzę niczego, co bardziej by do mnie przemawiało w kwestii odżywiania, a jest mi ona ostatnio bardzo bliska, gdyż od wielu miesięcy nie opuszcza mnie wrażenie, że powinnam zrzucić jakieś 5 kg. Staram się "ładnie" jeść, trzy razy w tygodniu daję sobie wycisk jeżdżąc na rowerze, albo uprawiając marszobiegi, a waga ani drgnie. Czyżby to jednak była moja właściwa waga?! A może za mało się jednak staram... (moje zamiłowanie do hedonizmu!). Daję sobie czas do jesieni i ewentualnie rozważę wizytę u dietetyka, niech on to stwierdzi, a wtedy naprawdę sobie odpuszczę.

sobota, 26 kwietnia 2014

"Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem"

źródło

Wielu ludzi marzy o tym, żeby pracować kiedy chcą, jak chcą, z kim chcą i gdzie chcą. Naturalnie, pragną robić to, co sprawia im radość, zamiast tego, co ich nudzi i odrzuca. Zadajmy sobie pytanie: co zrobił(a)bym, gdym wygrała okrągłą sumkę w LOTTO? Znam ludzi, którzy twierdzą, że i tak chodziliby do swojej pracy, ale na pewno jest i wielu takich, którzy potraktowaliby wygraną jako długo oczekiwane wybawienie od (prawie) codziennych, nużących obowiązków zawodowych. 

Jest wiele powodów do snucia marzeń o rzuceniu swojej pracy, mogą to być:
  • trudności w znoszeniu ograniczeń nakładanych przez przełożonych - wiadomo, nie każdy dobrze toleruje absurdy rodzące się w ich głowach niczym grzyby po deszczu, a tu bardzo często zamiast dyskusji, należy pokornie schylić czoło i wykonać polecenie, bo na nasze miejsce za bramą czeka dziesięciu chętnych;
  • wykonywanie pracy dla kogoś, w kogo nie wierzymy - bo przecież często zdarza się ludziom twierdzić, że ich szef jest regularnym debilem, a z takim przekonaniem trudno jest o wzorową, pracowniczą postawę;
  • niechęć do pobudek wraz z pianiem koguta i przedzierania się przez poranne korki do pracy, która nie daje żadnej satysfakcji, bo płacą też tyle co kot napłakał.
Praca zabiera nam zwykle 8 cennych godzin z każdego "roboczego" dnia, stąd warto by było, żeby zamiast codziennych wyrzeczeń w imię stałego dopływu gotówki na konto, po prostu sprawiała nam przyjemność. A co, jeśli w głębi duszy wiemy, że każda inna praca tylko na początku może wydawać się łudząco lekka i przyjemna. Czy już nie ma dla nas innego ratunku i wypada tylko powiedzieć: jak się nie ma to co lubi, to się lubi to co ma?

Kiedyś już na tym blogu snułam rozważania o pracy z pasją (TUTAJ) i okazało się, że Wasze opinie na ten temat były skrajnie różne. Dzisiaj zadaję inne pytanie: co  sądzicie o pozbyciu się swojego pracodawcy i rozpoczęciu pracy DLA SIEBIE? 

Może, skoro lubimy w 100% kierować swoim życiem, zdobądźmy nowy zawód i zamiast zmieniać głupiego szefa na jeszcze głupszego, zatrudnijmy się sami!

Czas na małe ćwiczenie, które pomoże nam sobie uzmysłowić brutalną rzeczywistość - czas mija, a życie być może przecieka nam między palcami:
Oszacuj do jakiego wieku spodziewasz się dożyć i odejmij od tej liczby swój wiek. Pomnóż tę liczbę przez 52. Zapisz wynik i włóż do słoika dokładnie taką liczbę małych kuleczek. Tyle tygodni życia Ci zostało. Każdej soboty wyjmij małą kuleczkę ze słoika. 

Obserwowanie powoli pustoszejącego słoika może spowodować, że nasze poglądy na temat pozostawania w beznadziejnej pracy skruszeją i mimo świadomości, że otwieranie własnego interesu nie jest łatwe, a praca może okazać się jeszcze cięższa, niż do tej pory - zdecydujemy się, by zwolnić własnego szefa. 

Wszystko czego nam potrzeba do przejścia na własny rachunek to wiara w siebie i dobry plan działania. Dla niejednego może się okazać, że to zbyt wiele, jednak kiedy czegoś chcemy, tak bardzo jak chcemy oddychać, to czujemy się nakręceni energią tworzenia i niestraszne nam przeszkody.

Ten tekst nie ma na celu negacji zatrudniania się na etacie. Stałe zatrudnienie z regularnym wpływem pieniędzy na konto stanowi porządne zabezpieczenie naszych potrzeb dzisiaj i jutro. Nie każdy też  musi odczuwać potrzebę zostania własnym szefem. Ja sama w ciągu najbliższych lat być może stanę przed taką perspektywą, jeśli ciągle jeszcze prowadziła bloga, na pewno się o tym dowiecie. Jednak, kiedy praca pije nas niczym za ciasne buty, zamiast cierpieć, narzekać i więdnąć z braku pozytywnych emocji - rozważmy i tę, może trochę szaloną decyzję, czy nie czas wylać własnego szefa i wziąć sprawy we własne ręce. Wtedy, jeśli będziemy narzekać, to już tylko na siebie!

źródło
Inspiracją do napisania tego posta była książka Wylej własnego szefa. Jak rzucić pracę i zmienić pasję w profesję, autor: Jonathan Jay.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Podstępny złodziej radości życia

Czy zdarzyło się Wam, kiedy przebywaliście w wysokich górach, odczuwać skrócenie oddechu, ból i zawroty głowy oraz trudności z jasnym myśleniem? Wszystko to są objawy "choroby górskiej", czyli niedoboru tlenu. Ale ta choroba może nas dopaść i na poziomie morza, gdyż większość z nas, z różnych powodów nie oddycha efektywnie, a jedynie tak, by nie umrzeć.
źródło
Rodzimy się ze znajomością prawidłowego oddychania, ale przez nieustanne doświadczanie stresujących sytuacji, z czasem umiejętność pełnego oddechu zanika. Z kolei, kiedy oddychamy zbyt płytko, nie dostarczamy naszemu organizmowi optymalnej ilości tlenu, a wtedy grozi nam kryzys energetyczny, którego zwykle nie do końca jesteśmy świadomi.

Poranne trudności ze wstawaniem i wybieraniem się do pracy, zmęczenie towarzyszące nam przez większą część dnia, brak energii - przyczyną tych problemów może być nieprawidłowe oddychanie (jak oddychać - czytaj np. TUTAJ), a także niedostatek tlenu w powietrzu, którym oddychamy. Bowiem, aby oddychanie było skuteczne potrzebujemy świeżego powietrza, w miarę możliwości wolnego od zanieczyszczeń i z odpowiednią zawartością tlenu.

Czy dzisiaj możemy znaleźć na ziemi miejsce mogące się pochwalić idealnym, świeżym powietrzem, trudno powiedzieć. Trudno też jest migrować w poszukiwaniu obszaru mniej zanieczyszczonego, ale jeśli stoimy właśnie przed wyborem swojego miejsca na ziemi, to warto się zastanowić, czy np. nie zamieszkać na przedmieściu, gdzie jest więcej zieleni i mniejszy ruch samochodów.

Bez względu na to, gdzie mieszkamy, otwierajmy okna (także zimą) i wpuszczajmy świeże powietrze do domu - chyba, że obowiązuje alarm smogowy. Bardzo ważne jest wietrzenie sypialni, a jeśli okna nie są usytuowane bezpośrednio przy głowie, nie zaszkodzi nam zostawienie ich otwartych przez całą noc, w miarę naszych możliwości, oczywiście. Zapewni nam to dobre samopoczucie i spokojny sen.


Właściwe wietrzenie: pomieszczenie mieszkalne należy wietrzyć trzy razy dziennie - rano, w południe (powiedzmy po powrocie do domu) i wieczorem. Przez kilka minut maksymalnie otwieramy jedno okno lub jeśli to możliwe, doprowadzamy do przeciągu, który odprowadza również skutecznie wilgoć z pomieszczenia. Zimą nie zapomnijmy podczas tej czynności zakręcić zaworów termostatycznych w grzejnikach! W wywietrzonym pomieszczeniu wzrasta zawartość tlenu, a spada stężenie zanieczyszczeń, w tym bakterii i wirusów.

Inny sposób na poprawę jakości powietrza, a tym samym, komfortu życia, to umieszczenie w domu roślin posiadających zdolność jego oczyszczania. Na przykład te trzy dekoracyjne roślinki podobno to potrafią:

Areka żółtawa - źródło


Sansewieria gwinejska - źródło
Epipremnum złociste - źródło
Mam w domu Arekę i Sansewierię, niestety obawiam się, że pojedyncze rośliny, to przysłowiowe umarłemu kadzidło. Podobno na jedną osobę potrzeba 4 areki o wysokości 150 cm lub 6 - 8 sztuk Sansewierii Gwinejskiej i teoretycznie okien nie musielibyśmy otwierać nigdy, jednak chyba łatwiej zamieszkać w parku...

Tak więc bezsprzecznie, sposób w jaki oddychamy oraz to, jakim powietrzem oddychamy, wpływa na jakość naszego życia i poziomu zadowolenia. Niedostateczne oddychanie zauważalnie tłumi naszą żywotność i metabolizm, prowadzi do zmęczenia czy wyczerpania, osłabia naszą pamięć, twórcze myślenie i zdolność koncentracji. Mamy wiosnę - otwierajmy szeroko okna i oddychajmy pełną piersią i niech ten nawyk zostanie z nami na zawsze, bo o radość życia warto zawalczyć.

piątek, 18 kwietnia 2014

Wielki Tydzień przygotowań

źródło
No i mamy Wielki Tydzień, jego nadejście w tym roku mnie zaskoczyło, tak jak zima zaskakuje drogowców. Zupełnie nie czuję się przygotowana do Świąt i w efekcie, w ciągu trzech dni muszę wszystko zaplanować i przygotować, także świąteczną atmosferę, bo kto najlepiej się tym wszystkim zajmie jeśli nie "mamuśka".

Tak to już w naszym kraju bywa - a przynajmniej we wszystkich znanych mi rodzinach - że to na barkach kobiety spoczywa wyczarowanie świątecznej atmosfery w domu. A kobiety dwoją się i troją, w ich głowach powstaje centrum dowodzenia pracą swoją i pozostałych domowników i nie spoczną, póki dom nie zalśni światłem odbitym od wypolerowanych powierzchni, a lodówka nie zostanie zapełniona po brzegi.

Tym samym, w Wielkim Tygodniu zamiast zatrzymania się i przygotowania duchowego do Świąt Zmartwychwstania, jest przede wszystkim Wielkie Sprzątanie. Rozumiem, że nie każdy w tym kraju chce przeżywać Święta w wymiarze jaki narzuca kościół tyle, że szał sprzątania ogarnia i jednych i drugich.

Myślę, że na przyszłość  warto sobie uświadomić, że okna nie zostały wstawione tuż przed świętami, ale że są na swoim miejscu przez cały rok. Nie warto odkładać całej roboty na ten jeden moment. Lepiej nadchodzące święta potraktować całkowicie normalnie, to pozwoli nam poczuć ich prawdziwą atmosferę, która przecież jest szczególna dzięki nam właśnie i być może jeszcze dzięki wyjątkowym spotkaniom czy wyjściu na z domu i rozkoszowaniu się w widokiem budzącej się do życia przyrody.

A może ktoś zainspiruje się wierszem nieznanego poety i zechce spędzić okres przedświąteczny na jeszcze większym luzie?

                 10 przykazań na zbliżające się Święta
    1. Nie myję okien, ponieważ... kocham ptaki i nie chcę, żeby jakiś uderzył w czystą szybę i zrobił sobie krzywdę.
    2. Nie pastuję podłóg, ponieważ... boję się, że któryś z gości się pośliźnie i coś sobie złamie, a ja będę mieć wyrzuty sumienia. Do tego jeszcze mógłby mnie zaskarżyć.
    3. Koty z kurzu są całkiem w porządku, ponieważ.... dotrzymują mi towarzystwa. Ponadawałem im imiona, a one zgadzają się ze wszystkim, co mówię.
    4. Pajęczyny zostawiam w spokoju, ponieważ... wierzę, że każde stworzonko powinno mieć swój dom.
    5. Porządki wiosenne odpuszczam, ponieważ... lubię wszystkie pory roku jednakowo i nie chcę, żeby reszta była zazdrosna.
    6. Nie wyrywam chwastów w ogrodzie, ponieważ... nie będę się przecież wtrącać w boskie sprawy. Bóg to projektant doskonały.
    7. Nie chowam porozkładanych rzeczy, ponieważ... nikt ich potem nigdy w życiu nie znajdzie.
    8. Kiedy robię imprezę, nie szykuję niczego wykwintnego, ponieważ... nie chcę, żeby się goście stresowali, co mają mi podać, kiedy idę do nich z wizytą.
    9. Nie prasuję, ponieważ... wierzę etykietkom, na których napisano "nie wymaga prasowania".
    10. Niczym zupełnie się nie przejmuję, ponieważ... nerwusy umierają młodo, a ja mam zamiar jeszcze się tu pokręcić i zostać pomarszczonym, zrzędliwym starym prykiem!
autor nieznany





poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jak Cię widzą, tak Cię piszą?

Może i prawda, że liczy się tylko wnętrze, ale jeśli chcemy żeby ktoś mógł je poznać, musimy jednak zadbać o swój wygląd tak, żeby ludzie na nasz widok nie mieli ochoty wykonać "w tył zwrot".

znalezione w internecie
Bo to nieprawda, że kiedy kogoś poznajemy, to oceniamy go na podstawie logicznych argumentów. Nasza ocena jest czysto emocjonalna i może wiązać się z przeszłymi doświadczeniami i skojarzeniami, jakie ta osoba wzbudza, czy wreszcie z samą sytuacją, w której ją poznajemy oraz z naszym stanem emocjonalnym.

Istnieje zawód, który w pełni wykorzystuje prawa autoprezentacji, jest to tzw. specjalista(ka) od uwodzenia. Praca w tym zawodzie polega na testowaniu wierności partnerów, a osoby ją wykonujące są jednocześnie specjalistami od robienia pierwszego wrażenia i muszą być w tym perfekcyjni, bo inaczej "ofiara" nie zainteresuje się nimi, a oni nie będą mogli wywiązać się z zobowiązania wobec jej partnera(ki) od którego przyjęli zlecenie.

Zasada działania jest prosta: umysł filtruje informacje i odsiewa te, które odbiera jako mało interesujące, więc jeśli bodziec budzi w nas pozytywne skojarzenia, to będziemy dążyć do kontaktu z tą osobą lub rzeczą, która to pozytywne wrażenie wywołuje, stąd testerzy przed przystąpieniem do zadania nie tylko starają się wyglądać pociągająco, ale również robią wywiad na temat tego, co lubi "obiekt", starając się o nim jak najwięcej dowiedzieć.

Praca testera polega głównie na perfekcyjnym udawaniu. Jest to skuteczna metoda, kiedy - tak jak testerowi - nie zależy nam na kontynuowaniu znajomości, gdyż w rzeczywistości nikt nie potrafi udawać na dłuższą metę. Poza tym, dla większości ludzi jednak ważne jest, żeby druga osoba zaakceptowała nas, a nie nasz fałszywy obraz. 

źródło
Według psychologa Jacka Santorskiego, pierwsze wrażenie przy ocenie danego człowieka jest czysto wizualne, drugie związane z ruchem i tonem, a dopiero trzecie z tym co mówi. Tak więc, jeśli zależy nam na nawiązaniu kontaktu, uzyskaniu otwarcia się drugiej osoby zadbajmy o czysty i schludny wygląd (umyte włosy, zadbane ręce i paznokcie, czysty ubiór i buty), bo inaczej ktoś mógłby pomyśleć, że całe nasze życie wygląda podobnie - brudno i niechlujnie.

Ponadto, nasze stopy, dłonie i głowa - trzy pierwsze elementy, na które zwraca uwagę rozmówca - nie mogą poruszać się chaotycznie, przesadna gestykulacja może świadczyć o braku wiary w siebie, czy konieczności obrony swoich racji. Z kolei poruszanie się energicznie i z gracją oraz wyprostowana sylwetka, to znak że nie boimy się życia i umiemy się nim cieszyć.

Inne ciekawostki z dziedziny autoprezentacji:

  • to, o czym mówimy nie wpływa tak istotnie na ocenę, jak ton głosu, akcent, jego barwa, wysokość oraz szybkość mówienia;
  • podobno najprzyjemniej słucha się osób mówiących dynamicznie, ale z umiarkowaną szybkością;
  • preferowany jest niższy ton głosu, a mężczyźni preferują głos kobiecy z lekką chrypką;
  • kobiety patrzą przede wszystkim na twarz, a mężczyźni oceniają całą sylwetkę i podobają im się proporcjonalne ciała, niekoniecznie szczupłe;
  • rysy twarzy, przez to, że odbijają się na nich przeżywane emocje, są ogromnym źródłem informacji o nas, ludzie nie lgną do osób pesymistycznie nastawionych do siebie i świata, a zwracają uwagę na pogodne twarze;
  • każdy człowiek lubi być zauważany i doceniany, dlatego najsilniej działa na ludzi uśmiech i kontakt wzrokowy, oczywiście nie natarczywy.
Na zakończeniu warto jeszcze wspomnieć o istnieniu takich zjawisk, zwykle wpływających na postrzeganie, jak efekt aureoli (jeśli osoba wywarła na nas jakieś wrażenie - pozytywne lub negatywne - automatycznie zaczynamy przypisywać tej osobie dane cechy osobowości) oraz mocy stereotypów. Jedno i drugie dość trwale wpływa na postrzeganie innych ludzi i potrzeba dużo wysiłku, by zatrzeć wrażenia powstałe w wyniku ich działania.

Tak więc spędzanie czasu przed lustrem, niekoniecznie świadczy o próżności. Nasz wygląd zewnętrzny jest zewnętrznym obrazem naszej osobowości - gustów, kultury, a nawet charakteru, warto więc przyjrzeć się sobie w lustrze jak komuś obcemu i zastanowić się, co my pomyślelibyśmy o tej osobie? Czy na pewno pokrywa się to z tym, co sami o sobie myślimy lub co chcielibyśmy, aby inni myśleli?

P.S. Po pół roku trwających przemyśleniach, o tym, czy na pewno mam czas na facebooka, wreszcie się zdecydowałam i tym samym od tygodnia blog "plantacja pozytywnych myśli" ma swoją stronę na FB. Staram się zaglądać tam systematycznie, a  treści, które zamieszczam na stronie, mają za zadanie codziennie motywować do pracy nad sobą, bo "kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym padaniem". Zapraszam!




czwartek, 10 kwietnia 2014

Ostatnio przeczytane + BOOK Tag

Na pierwszy rzut idzie dzisiaj BOOK Tag którego autorem jest Paula. Jest długi ale ciekawy, może znajdą się chętni do zrobienia go na swoim blogu?
A oto i moje krótkie odpowiedzi:

1. Kto jako pierwszy nakłonił cię/namówił do czytania? A może zostałeś/-aś do tego zmuszona? Skusiłam się na samodzielne czytanie jako mały brzdąc, jeszcze przed pójściem do przedszkola. Babcia czytała mi książki, ale ja bardzo chciałam robić to samodzielnie, kiedy tylko zechcę.

2. Ostatnia książka, z której pamiętasz więcej niż trzech bohaterów to... Niebieskie oczy, czarny ląd" Gunilli Fagerholm, pisałam o niej TUTAJ. Bohaterów pamiętam wyraźnie, ale nie ich imiona, niestety... To u mnie normalne.

3. Myślisz, że my sami wybieramy książki, które chcemy przeczytać czy to raczej one "wybierają" nas? Czasami mam wrażenie, że niektóre książki pojawiły się w moim życiu w odpowiednim momencie, np. Rozmowy z Bogiem N. D. Walsh, więc może to one wybierają nas? Ale ręki sobie za to stwierdzenie uciąć nie dam.

4. Gdzie najczęściej czytasz? W ulubionym fotelu z kubkiem ulubionej herbaty pod ręką. 

5. Jakiego książkowego zakupu najbardziej żałujesz? Po chwili zastanowienia stwierdzam, że wydawnictw typu encyklopedie czy słowniki. Stoją bezużyteczne na półkach, bo i tak wszystko sprawdzamy w internecie, a kosztowały wcale nie mało.

6. Opisz zakładkę, której obecnie używasz. Nie przykładam wagi do zakładek. Mogę używać nawet paragonu sklepowego, rogów jednak nigdy nie zaginam. Np. teraz, między stronami czytanej książki leży zakładka, którą "poczęstowałam" się mojej bibliotece, z godzinami jej otwarcia.

7. Dlaczego czytasz? Bo lubię. Wolę czytać niż oglądać. Np. na Waszych blogach niezwykle rzadko włączam filmiki.

8. Książka twojego dzieciństwa. Zaczytywałam się Edmundem Niziurskim, Boże, jakie to było śmieszne! Omal mi szwy nie popękały, kiedy czytałam jedną z jego książek następnego wieczora po operacji wyrostka robaczkowego.

9. Twoje okładkowe zauroczenie. Nie mam takiego, okładka to okładka, liczy się wnętrze. Nigdy też nie kupiłam książki dlatego, że ładnie wyglądała i być może dobrze będzie się prezentowała na półce.

10. Jakie trzy książki zabrałbyś/-abyś na bezludną wyspę? Powiedz życiu TAK! Poradnik dobrostanu Ewy Foley - żeby mnie wspierała w samotności, jedną książkę Gai Grzegorzewskiej np. Grób - od dawna chcę cokolwiek tej autorki przeczytać i ciągle nie kupiłam żadnej z jej książek, no i coś z innej półki czyli Zgorzkniała pizda pióra Marii Sveland - też w planach zakupowych, recenzja TUTAJ.

11. Znienawidzona książka, po którą nigdy nie sięgniesz i na samą myśl o niej...
Z całą pewnością książki oznaczone jako lektury szkolne - mam tak od szkoły średniej, zostało i nie chce się odczepić.

12. Jak obchodzisz się z książkami? Pilnujesz, by kartki nie były zagięte i popisane? Czy może notujesz sobie coś na marginesach, zaginasz rogi w ciekawych momentach, itd.? Dbam o nie, ale nie waham się przed notatkami na marginesach, są dla mnie wskazówką podczas powrotu do książki po jakimś czasie.

13. Dwie książki, o których kupnie marzysz dniami i nocami. Projekt szczęście oraz Projekt Szczęśliwy dom Rubin Gretchen.

14. Książka, której nigdy nie zapomnisz. Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell - już dwa razy ją przeczytałam i dwa razy obejrzałam film. I znowu mogłabym ją czytać od nowa. Obserwacja związku Scarlett i Rhetta ciągle wydaje mi się ciekawym zajęciem.

15. Otwórz książkę (którą obecnie czytasz) na chybił trafił i wpisz tutaj zdanie, na które spojrzysz. "Obok nas usadowiło się czterech, elegancko ubranych mężczyzn po czterdziestce, w towarzystwie niezwykle jasnowłosych, niezwykle młodych kobiet, które nieustannie robią sobie zdjęcia i nagrywają muzykę na komórki. Przyjechali z Antiochii zabawić się jak zdradza jeden, puszczając oko." - Słodko-gorzka ojczyzna Necla Kelek.


Tag doskonale przykrywa niedostatki w czytaniu. Oprócz tego co niżej prezentuję, przeczytałam jeszcze Blogera Tomka Tomczyka, ale o moich wrażeniach z tej lektury opowiem innym razem, kiedy będzie więcej miejsca na moje wywody. 


"Mama ma zawsze rację" Sylwia Chutnik - z wdziękiem deprecjonuje macierzyństwo uznawane w naszym kraju za boską misję, którą należy znosić z dzielnym uśmiechem na twarzy, a dzieci to samo niebo, bozia i skarb. W Polsce, zdaniem S. Chutnik, rodzice są tylko po to, żeby się tym skarbem opiekować, hołubić go i poświęcać mu się bez reszty. Niech no tylko spróbują przebąknąć coś o sobie - zaraz im się zarzuci egoizm i niecny zamiar realizowanie siebie, a nie kochanego dzieciątka. Pisze z właściwym sobie poczuciem humoru o takich sprawach jak: depresja poporodowa, karmienie piersią, społeczny przymus chrztu i komunii i innych aspektach codzienności rodziny z dzieckiem. 
Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie rozdział o Łajce, Biełce i Striełce, czyli radzieckich psach-kosmonautach. Pamiętam, że kiedyś już myślałam o ich pieskim losie, a teraz okazało się, że jeszcze ktoś o tym myśli ze smutkiem.
Nie jestem młodą mamą, ale książkę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, tym większą, że mogłam się identyfikować z poglądami autorki. Polecam!


W marcu trafiły do mnie cztery archiwalne numery magazynu e!stilo. Po bezskutecznym poszukiwaniu magazynu w bydgoskich salonikach prasowych (albo nie nie ma, albo właśnie "wyszedł") postanowiłam zamówić na próbę egzemplarze archiwalne (po 5 zł za sztukę). Każdy numer zawiera wywiad z panią z okładki, w moich są wywiady z Ewą Chodakowską, Anetą Zając, Moniką Jarosińską-Korzeniewską i Magdą Navarette. Magazyn poświęcony jest tematyce eco, welness i styl, jest w nim dużo nowinek i oczywiście reklam produktów z gatunku bliskich naturze. Myślę, że e!stilo systematycznie czytany, kształtuje postrzeganie świata jako całości, o którym mówimy, że "w naturze nic nie ginie". Może ktoś z Was przeglądał ten magazyn i zechce zaprezentować w komentarzu swoją opinię? Zachęcam :)



niedziela, 6 kwietnia 2014

Najdziwniejsze potrawy świata

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie odcinek Top Chef, w którym uczestnicy musieli przyrządzić potrawy, a głównymi składnikiem były produkty rzadko spotykane w polskich kuchniach: grasica, skorpiony, nerki, żywa szarańcza (skacząca w słoiku), grzebienie kogucie, kacza krew, karaczany, móżdżek, żabie udka, ślimaki japońskie, świński ryj. UFF! chyba nie pominęłam żadnego przysmaku...

Lubię przyglądać się wszystkiemu co dziwne, więc postanowiłam wykorzystać chwilę "natchnienia" i stworzyć własną listę najdziwniejszych potraw świata. W tym celu długo buszowałam po internecie, przyglądając się zdjęciom i opisom dań, których nie wzięłabym do ust za żadne pieniądze - a przynajmniej tak mi się wydaje.

Wyobraźcie sobie, że za skosztowanie każdej z tych potraw kusiciel płaci wam 1000 zł, czy dla tak "nędznej" zapłaty bylibyście w stanie cokolwiek przełknąć?
Pod każdym zdjęciem znajduje się link do strony, z której zdjęcie pochodzi. Zapraszam do oglądania! 

źródło



Zupa z grzyba rosnącego w gąsiennicy.  Rzecz dzieje się w Chinach. Pewien ciekawy gatunek grzyba wrasta w żywe gąsienice, aż w końcu je uśmierca i mumifikuje. Zwykle grzyb podawany jest w suszonej formie, ale zdarza się, że robi się z niego zupę i podaje razem z gąsienicą.




źródło





Koreańskie wino z młodych myszek. Jeszcze żywe mysie noworodki wrzucane są do butelek pełnych wina ryżowego i pozostawiane do sfermentowania. Napój  nie należy do powszechnie spożywanych, a raczej wykorzystywany jest jako uniwersalny lek na wszystkie dolegliwości. 
źródło













Oko tuńczyka największą popularnością cieszą się w Japonii i w Chinach. Wieść niesie, że nieźle smakują.






źródło

Casu Marzu to przysmak z Sardynii - zgniły owczy ser nafaszerowany larwami muchy serowej. Serowarzy specjalnie zostawiają go na świeżym powietrzu, pozwalając muchom znieść w nim jaja, z których wkrótce wykluwają się powodujące fermentację larwy. Ser przed spożyciem rozsmarowywany jest na tamtejszym chlebie, niektórzy wydłubują robaki przed spożyciem, niektórzy nie...






Tarantule. Jada się je w Kambodży. Pająki gotuje się w całości, przed zjedzeniem usuwa się ich nóżki. Dodam, że są uznawane za prawdziwy rarytas.









źródło



Balut. Przysmak z Azji Południowo-Wschodniej. Kacze lub kurze jajko ugotowane z niewyklutym jeszcze ptaszkiem w środku. Przekąska na kształt naszych hamburgerów, spożywana zaraz po zakupieniu z dodatkiem soli. Przygotowuje się ją na kilka - kilkanaście dni przed wykluciem. ptasie embriony gotowane są w skorupkach, w wywarze przypraw i octu lub soku cytrynowego.






źródło

Zupa z jaskółczych gniazd, podobno za jedną miskę tego przysmaku zapłacimy w Hong Kongu od 30 do 100 dolarów, z uwagi na trudność w dotarciu do gniazd jerzyków będących głównym jego składnikiem (ptaki podobnych do jaskółek). Zupa ma korzenny aromat, w jej skład wchodzą algi, mchy oraz trawy zmieszane ze śliną ptaków. Chińczycy uważają zupę za danie wyjątkowe, luksusowe oraz silny afrodyzjak.



źródło



Penisy czyli przekąski na dobrą miłość jadane w Pekinie. W restauracji Goulizhuang zwierzęce penisy podawane są na różne sposoby. W ofercie znajdują się genitalia jeleni, jaków, koni, fok, kaczek czy psów. Aby skosztować tego afrodyzjaku należy być przygotowanym na sporą sumę na rachunku.







źródło




Karaluchy, szarańcza - na deser, chrupiące jak chipsy, smażone na głębokim oleju







źródło



Węże i skorpiony w winie. Ten trunek cieszy dużą popularnością głównie w krajach azjatyckich. Tamtejsze węże i skorpiony umieszczane są w butelkach z winem ryżowym. Wino nadaje się do spożycia po kilku miesiącach, kiedy jad zostanie zneutralizowany.





źródło



Na zakończenie Ortolan, dawniej - ulubiony przysmak Francuzów, dzisiaj formalnie zakazany, ale nadal dostępny w "kulinarnym podziemiu". Zjada się go w całości, razem z dziobem i nóżkami. Smakuje jak chrupiące orzechy laskowe z posmakiem brandy, może dlatego, że ptaki te topi się w alkoholu.





I to by było na tyle, chociaż nie zamieściłam tu zdjęć wszystkich dziwnych potraw jakie  udało mi się znaleźć - z uwagi na coraz bardziej wydłużający się tekst. Pozostałe potrawy wymienię krótko i zwięźle, tak dla porządku:

  • larwy - to już zbyt popularne danie, ale dla mnie wciąż jedno z najobrzydliwszych, wychodzę z pokoju, kiedy o nim mowa w TV, muszę;
  • kopi luwak - najdroższa kawa na świecie, kilogram kosztuje około 1000 euro, wytwarzana w Indonezji z ziaren kawy, które wydobywa się z odchodów cywety;
  • sernik z aligatora - kuchnia Luizjany;
  • bycze jądra - danie rodem z Hiszpanii;
  • krowie wymiona - przysmak Włoski, najlepsze są duszone lub smażone;
  • żywe ośmiornice - Korea;
  • węże - Chiny;
  • escamoles - smażone jaja lub larwy mrówek podawane w Meksyku jako samodzielne danie lub dodatek do innych potraw np. farszu tortilli;
  • zupa z nietoperza - można ją zjeść w Tajlandii, na wyspie Guam oraz w niektórych rejonach Chin;
  • flaczki z wieprzowych żołądków serwowane w naszym kraju, przez pewną znajomą mi osobę, na początku nie wierzyłam, że TO widzę w talerzu, świński żołądek kojarzył mi się ze skórką salcesonu, zresztą niejadalną, później widziałam też takie flaczki w markecie.
I jak, wybraliście coś dla siebie? ;)


środa, 2 kwietnia 2014

Przyprawione na ostro

źródło
Wprost uwielbiam dania przyprawione na ostro, to zdecydowanie mój smak - chociaż taki... nie istnieje. Na języku w ogóle nie mamy dla niego receptorów smakowych, a uczucie pieczenia jest przekazywane za pośrednictwem zakończeń nerwowych występujących w błonie śluzowej. Inaczej mówiąc, smak ostry to tylko i wyłącznie doznanie bólowe. Wyjaśnienie, dlaczego niektórzy tak uwielbiają piekące potrawy jest następujące: drażnienie zakończeń nerwowych na języku wywołuje wydzielanie w mózgu endorfin, które uśmierzają ból i podnoszą nastrój, czyli sprawiamy sobie w ten sposób pewnego rodzaju przyjemność. Czy tylko mi kojarzy się to z masochizmem?... Oczywiście nie w dosłownym znaczeniu, a czymś w ten deseń. 

Ostre przyprawy nie tylko dodają smaczku potrawom, ale stosowane w umiarze, mają dobroczynny wpływ na nasz organizm, jeden z moich ulubieńców to:

źródło
Papryka chili - jest jednym z najskuteczniejszych produktów przyspieszających spalanie tłuszczu. Zawiera kapsyicynę, która dosłownie pali zmagazynowane tłuszcze. Stymuluje wytwarzanie ciepła w organizmie, przyspieszając przemianę materii, a jej działanie utrzymuje się nawet do 30 minut. Zapobiega także odkładaniu się tkanki tłuszczowej i poprawia krążenie poprzez rozszerzenie naczyń krwionośnych.
Podobne działanie ma pieprz cayenne, czyli wysuszona i zmielona papryka - w podzwrotnikowych krajach spotyka się ponad trzydzieści różnych odmian pieprzu cayenne. A oto i inne ciekawe właściwości kapsaicyny:
  • powoduje wydzielanie endorfin, które kształtują odczucie zakochania, wywołuje doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie, dzięki nim nie odczuwa się drętwienia, a nawet bólu;
  • spożywana w niewielkich ilościach pobudza wydzielanie śliny i kwasów trawiennych w żołądku, dzięki czemu wspomaga trawienie;
  • jest bogatym źródłem witaminy C, jednak podczas obróbki termicznej następuje  jej ogromna utrata, dlatego lepiej spożywać paprykę na surowo, 7,5 dkg zielonej papryki pokrywa dzienne zapotrzebowanie organizmu na tę witaminę, im bardziej zielona, tym więcej ma witaminy C;
  • w trakcie dojrzewania papryki poziom witaminy C ulega zmniejszeniu na rzecz witaminy A, w procesie suszenia traci prawie całą witaminę C, jednak poziom witaminy A rośnie nawet 100-krotnie;
  • jest bogatym źródłem witamin B1, B2, B3, E;
  • zawiera sporo błonnika, odpowiedzialnego za przemianę materii;
  • zawiera antyoksydanty;
  • wzmacnia odporność organizmu;
  • przynosi ulgę w przeziębieniach wspomagając wydzielanie śluzu oraz likwidując opuchlizny błon śluzowych (ulga przy zatkanym nosie);
  • działa przeciwbólowo i przeciwzapalnie i rozgrzewająco, przyrządza się z niej maści oraz plastry, stosowane przy bólach reumatycznych i mięśniowych;
  • wykazuje działanie bakteriobójcze;
  • jest przedmiotem wielu badań w kierunku antyrakowych właściwości, do tej pory potwierdzono kilka mechanizmów działania antynowotworowego;
źródło
Jak wyżej wspomniałam, lubię ostre potrawy, ale mój mąż i córka wprost przeciwnie, dlatego mam zakaz dodawania chili do wspólnego garnka. Wiem też, że nie wszystkim smakoszom takie przyprawy wychodzą na dobre, lepiej więc zachować zdrowy umiar, gdyż zbyt pikantne jedzenie może mieć negatywny wpływ na nasze zdrowie: wystąpienie reakcji alergicznej, niestrawność, zapalenie błony śluzowej żołądka, bezsenność (spożywane przed snem).
Kiedyś krojąc chili gołymi rękami widocznie rozprowadziłam sobie jej sok na skórze, później dłonie paliły mnie przez cały wieczór, aż do uśnięcia, jakby były poparzone. Od tamtej pory wolę używać papryczki w formie suszonych płatków, sproszkowanej, sosów czy past - jest naprawdę duży wybór tych produktów.
Z kolei syn miał inną przygodę: po zjedzeniu potrawy z sosem chili zwanym "cobrą"  najzwyczajniej w świecie rozbolało go gardło tak, że musiał brać lekarstwa.

Na zakończenie podaję przepis na Gorącą czekoladę z chili znaleziony TUTAJ:

źródło
            • mleko - 150 ml,                                                                         
            • śmietanka kremówka - 50 ml,
            • cukier z prawdziwą wanilią - 2-3 łyżeczki,
            • gorzka czekolada - 100 g
            • chili w proszku - 1 szczypta,
Mleko i śmietanę wymieszać z cukrem, lekko podgrzać. Dodać połamaną na kawałki czekoladę, kiedy się rozpuści wsypać chili. Miksować do uzyskania jednolitej, kremowej masy. Jeszcze chwilkę podgrzewać, ale nie dopuścić do wrzenia. Przelać do kubków i smacznego!

Taka czekolada była moim towarzyszem podczas zimowych wieczorów, a wiosną na pewno poprawi samopoczucie w kiepski dzień.
P.S. Zapracowani i niewymagający mogą zawsze skorzystać z czekolady na gorąco w saszetkach, gotowej do picia po zalaniu gorącą wodą lub mlekiem, dostępnej w Biedronce, Lidlu itp.