piątek, 29 listopada 2013

Pot i łzy - droga do osiągnięcia piękna

         
W dzisiejszym poście miałam zinterpretować myśl Josepha Conrada "Cierpienie daje prędką dojrzałość", ale po namyśle stwierdziłam, że to byłoby wręcz niehumanitarne tak Was katować pod koniec listopada (siebie zresztą też). Żeby jednak chociaż częściowo zrealizować założone plany, postanowiłam napisać o cierpieniu, powiedzmy - z przymrużeniem oka ;)
Kiedy mówimy o pielęgnacji ciała i urody najczęściej przychodzą nam do głowy same przyjemne wizje, a przecież ten temat ma też drugie dno, ponieważ nie wszystko co się z nim wiąże postrzegamy jako przyjemne. Części zabiegów pielęgnacyjnych wręcz nienawidzimy, a na szczycie długiej ich listy znalazło się golenie nóg - 35% kobiet przyznaje, że nie znosi depilacji i ja również zaliczam się do tej grupy. Kolejne czynności to układanie włosów, regulacja brwi, zmywanie makijażu, nakładanie samoopalacza, farbowanie włosów, smarowanie ciała balsamem, malowanie paznokci. Dużo tego, prawda? A na pewno każda z nas dołożyłaby do tej wyliczanki coś od siebie. Ja na przykład, na dodatek nie cierpię piłowania paznokci.

Jak mówi stare powiedzenie - by być piękną, trzeba cierpieć! Niestety, jest to powiedzenie bardzo prawdziwe. Wiele kobiet jest w stanie zadać sobie ból, czy skazać się na niewygody, byle tylko osiągnąć pożądany wygląd, a nieprzyjemne doświadczenia nie są w stanie niczego ich nauczyć.

gabinetatena.pl

Co kobiety są w stanie znieść dla piękna, oto długa lista:
  1. Niewygodne buty, zbyt wysokie obcasy - byłam świadkiem jak moja koleżanka tak hasała w pracy na obcasach, aż nogę sobie skręciła. Ja również nieraz cierpię z tego powodu - zakładam wysokie obcasy, chociaż na stopach mam początki halluksów.
  2. Za ciasne czy krępujące ruchy ubrania - zdarzało się i to, bo ciuszek był uroczy.
  3. Bolesne zabiegi depilacyjne - ja depiluję "wąsik".
  4. Poparzenia na skutek używanie prostownicy albo lokówki. Zniszczenie włosów.
  5. Reakcje alergiczne po zastosowaniu środków koloryzujących - tutaj mam mistrza - farbowałam włosy pomimo swędzenia i zaczerwienienia skalpu, aż pewnego razu wylądowałam w trybie pilnym na pogotowiu ze spuchniętą głową.
  6. Poparzenia na skutek opalania - zdarzyło się nieraz.
  7. Wypadki z zalotką do rzęs.
  8. Problemy po wykonaniu tatuażu lub piercingu, już nie wspominając o bolesności tych zabiegów.
  9. Uczucie wrażliwych zębów po ich wybielaniu.
  10. Zabiegi wykonywane za pomocą lasera (usuwanie przebarwień, depilacja, zamykanie naczynek). Są one często reklamowane jako bezbolesne, ale nie dajcie się zwieść. Ból jest porównywalny do rażenia prądem. Wiem, bo miałam zamykane naczynka. Była to seria trzech zabiegów, na trzeci wlokłam się jak na skazanie. A najokropniejsze było miejsce na czubku nosa, kiedy pani strzeliła w nie laserem to zobaczyłam kosmos. Zapytałam ją, dlaczego reklamują te zabiegi jako bezbolesne i wprowadzają w błąd. Pani odrzekła, że nie wie "dlaczego tak piszą, bo to przecież ch......e boli". 
  11. Bolesne zabiegi plastyczne.
  12. Drakońskie diety.
Na deser dorzucę jeszcze kilka dziwnych pomysłów na pielęgnację ciała, niektóre z nich raczej do tanich nie należą:
  1. Żel do mycia ciała z wyciągiem z mrówek, przepis pochodzi z Kraju Kwitnącej Wiśni i ma za zadanie złuszczać martwy naskórek, pobudzać zmysły i dawać poczucie harmonii.
  2. Maseczka z ptasich odchodów, również z Japonii. Efekty to rozjaśnienie i wygładzenie skóry. W USA zabieg u kosmetyczki z użyciem tego specyfiku kosztuje 180 dolarów. Można też kupić maseczkę w proszku i wykonać ją zgodnie z instrukcją w domu.
  3. Viagra dla włosów, popularna w Wielkiej Brytanii, wykonywana z nasienia byków rasy Abeerdin Angus. Jednorazowy zabieg kosztuje około 55 funtow.
  4. Kremy z ekstraktem łożyska. Cena za słoiczek preparatu zaczyna się od 90 dolarów. Podobno korzystały z nich Madonna i Eva Longoria.
  5. Picie napoju z łożyska (świńskiego) zawierającego wiele minerałów i substancji odżywczych. Za 30 mililitrów napoju zapłacimy około 9 dolarów.
  6. Ślimacze serum do regeneracji skóry i spłycania blizn.
  7. Urynoterapia - gratis he he...
Reszta niech pozostanie milczeniem...
Tłucze mi się po głowie jedno pytanie, dla czego i dla kogo to robimy? Te nielubiane aczkolwiek nieszkodliwe zabiegi znajdują usprawiedliwienie w chęci dbania o swój wizerunek, ale te związane z cierpieniem i znoszeniem niewygody trudniej jest wytłumaczyć. Tak na logikę, jeśli coś sprawia ból, powinno powodować nasze wycofanie, a tymczasem przed gabinetami chirurgów plastycznych ustawiają się kolejki chętnych do pokrojenia. Nigdy nie miałam operacji plastycznej, miałam inną - wycięcie wyrostka robaczkowego - jeszcze w szkole podstawowej. Ciągle pamiętam, jak wyłam z bólu przez cały dzień po jej zakończeniu. 
Tak więc, okazuje się, że bycie kobietą nie jest wcale takie proste, a dbanie o wygląd wymaga nieraz dużo poświęceń. Ech, te nasze zabiegi mające wzbudzić pożądanie u mężczyzn czy zazdrość u koleżanek... No właśnie, czy cierpienie zawsze daje dojrzałość ;)

A tak na sam koniec wrzucam kilka zdjęć, wykonanych 11 listopada br. w moim Myślęcinku. Pamiętam, że już wtedy narzekałam, że nie ma na czym zawiesić oka, bo wszystko się takie szarobure się zrobiło:










poniedziałek, 25 listopada 2013

Suchy szampon - pomaga czy szkodzi? Przekonaj się sam

Moja skóra na głowie to prawdziwe utrapienie, nie zawsze było aż tak źle, ale od pięciu lat jej stan ciągle się pogarszał. Obecnie nie mogę farbować włosów zwykłymi farbami, myć pierwszym lepszym szamponem. Prawdopodobnie jest to uczulenie, do alergologa zarejestrowałam się dopiero w ubiegłym tygodniu i mam wyznaczoną wizytę - uwaga - na 23 stycznia 2014 r.

Mniejsza o szczegóły tej historii, cieszę się, że udało mi się w końcu znaleźć sposób na farbowanie, który na szczęście się sprawdza, bo już pojawiają mi się siwe włosy. Jest to henna KHADI.

Henna ładnie utrzymuje się na moich delikatnych włosach o dość wysokiej, myślę, porowatości, jednak każde dodatkowe mycie powoduje utratę koloru, a ponadto, każdy szampon jakiego do tej pory używałam, mniej lub bardziej podrażniał  mi skalp. Właśnie między innymi dla takich wrażliwców jak ja, przydaje się suchy szampon, który dziwnym trafem nie drażni mojej skóry, chociaż na forach dyskusyjnych dużo osób skarży się na dyskomfort po jego użyciu. 

Suchy szampon stosuję w niewielkiej ilości rano, drugiego dnia po umyciu zwykłym szamponem, kiedy włosy nie są jeszcze przetłuszczone, a jedynie lekko przyklapnięte. Jest to naprawdę kilka krótkich "psiknięć" na grzywkę i nad uszami. Dzięki temu włosy znowu robią się świeże i puszyste, dodatkowo ładnie się układają. Następnego dnia zwykle nadają się jeszcze do kucyka, czy innej upinanej fryzury, ewentualne jeszcze raz lekko spryskuję grzywkę. Tym sposobem zyskuję dodatkowo jeden dzień bez mycia, a w miesiącu tych myć wychodzi zdecydowanie mniej. I tak rzadziej głowy nie mogłabym myć, bo zalegająca wydzielina gruczołów łojowych jest doskonałą pożywką dla drożdżaków i bakterii obecnych na skórze, co również podrażnia i może sprzyjać pojawianiu się np. łupieżu.

Zdjęcia pokazujące sposób użycia suchego szamponu Klorane (fot. mat. pras. Klorane)

Z mojego doświadczenia wynika, że stosując suchy szampon, nie powinno się dopuszczać do znacznego przetłuszczenia włosów, a spryskiwać nim włosy tylko lekko nieświeże. Należy również przed użyciem dokładnie wstrząsnąć pojemnik z jego zawartością, a włosy spryskiwać z odległości 20 - 30 cm, tuż u ich nasady. Kosmetyk pozostawiamy na głowie około 5 minut, po ich upływie wmasowujemy resztki pudru we włosy, a w razie potrzeby starannie wyczesujemy.

Kiedy jeszcze suchy szampon może być pomocny? Oto przykłady:
  1. Właśnie skończyliśmy ćwiczyć. Zamiast od razu myć głowę, możemy zaoszczędzić czas i szybciej wyjść z siłowni, tymczasowo włosy traktując suchym szamponem.
  2. Niezależnie od tego, czy nasze włosy są tłuste czy też nie, możemy użyć kosmetyku jedynie na grzywce, która często ma tendencję do szybszego przetłuszczania niż reszta włosów.
  3. Warto go mieć ze sobą w ciągu dnia, aby poprawić fryzurę. Styliści fryzur traktują go także jako środek unoszący włosy od nasady i dodający im objętości. Po jego użyciu wydają się bardziej gęste, są puszyste, miękkie i łatwiej się układają.
  4. Możemy go używać w kryzysowych sytuacjach: w podróży, w szpitalu, przed ważnym wystąpieniem lub wówczas, gdy nie jesteśmy w stanie zadbać o fryzurę w tradycyjny sposób.
Suchy szampon ma też swoje wady i rzesze przeciwników, których rozczarował tak bardzo, że nie myślą o jego ponownym zakupie. Myślę, że część z niżej wymienionych minusów tego kosmetyków, to sprawa indywidualnych uwarunkowań, świadczą o tym chociażby zupełnie sprzeczne opinie o tym samym produkcie. Zatem minusy , jakie mogą wystąpić podczas używania suchego szamponu:
  1. Nie zaleca się używania tego kosmetyku osobom z bardzo zniszczonymi bądź przesuszonymi włosami, by nie spotęgować tego zjawiska.
  2. Używając go zbyt często możemy podrażnić skórę głowy i doprowadzić do łupieżu lub nadwrażliwości tej części ciała. Dotyczy to głównie osób z wrażliwym skalpem lub tendencją do alergii. Podczas używania powinniśmy obserwować reakcje swego ciała po użyciu kosmetyku.
  3. Jeśli suchy szampon stosujemy też na długości włosów możemy je łatwo przesuszyć.
  4. Producent obiecuje jeden dodatkowy dzień świeżości, a bywa tak, że szampon działa co najwyżej kilka godzin (dlatego lepiej nie czekać z jego stosowaniem do przetłuszczenia włosów.
  5. Na opakowaniu czasem widniej informacja o dużej liczbie aplikacji (ok. 30), co często w praktyce zupełnie mija się z prawdą. W związku z szybkim zużywaniem się produktu, cena wydaje się zbyt wysoka!
  6. Na ciemnych włosach może pozostawiać nalot, którego trudno się pozbyć. 
  7. Po użyciu większej ilości włosy mogą wyglądać na matowe, suche i bez życia.
  8. Niektóre produkty mają nieprzyjemny, duszący zapach.
Stosuję ten kosmetyk od półtora roku. Niżej prezentuję zdjęcia suchych szamponów, które zużyłam od sierpnia br. do chwili obecnej:

 

Większość szamponów nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak muszę powiedzieć, że w moim przypadku Timotei bardzo przesuszał mi włosy, natomiast stosowanie pudru Babydream okazało się zupełnym niewypałem, choć pomysł ten zaczerpnęłam od innej blogerki, u której puder doskonale się sprawdzał! Choćby na tym przykładzie widać, jak subiektywnie skrajne mogą być nasze odczucia dotyczącej tego samego produktu. W tym roku, w jednym ze zwykłych paryskich marketów, kupiłam suchy szampon Ultra Doux z cytryną, jak dla mnie wydał się idealny. Niestety, w Polsce nie mogę go namierzyć, szkoda...

Kolejnym produktem, który wkrótce zakupię będzie Szampon suchy Batiste. Nie wiem, jak to się mogło stać, że go do tej pory nie miałam! Ten właśnie szampon zbiera najwięcej pozytywnych opinii od użytkowników. Podoba mi się też, że ma tyle praktycznych i ciekawych linii: Light&Blond - dla blondynek, Medium&Brunette - dla szatynek, Dark&Brown - dla brunetek, XXL - nadający maksymalną objętość. Oraz linie zapachowe: Lace, Blush, Cherry, Tropical, Fresh, Original. Już jestem ciekawa, jak te szampony sprawdzą się na moich włosach :)

pinger.pl

Zagłębiając się w temat, spotykałam się też ze stwierdzeniami typu, że trzeba się myć, a nie stosować uniki od mydła i wody. Widocznie dla niektórych suchy szampon kojarzy się wciąż z brakiem higieny. Właśnie te opinie najbardziej mnie poruszyły (bo sama na nim jadę he he he) i zmotywowały do napisania tej notki. Jeśli zaliczacie się do grona nieufnych, to mam nadzieję, że po jej przeczytaniu, spojrzycie na ten kosmetyk z zaciekawieniem, bo odpowiednio zastosowany, naprawdę może okazać się przydatny.


czwartek, 21 listopada 2013

Pasja kontra praca, nierozstrzygnięty pojedynek

dekoracjepasja.pl
"Pracuj z pasją, a nie spędzisz ani jednego dnia w pracy". Ile prawdy jest w tym powiedzeniu?

Od piątku do soboty na dźwięk budzika, o szóstej rano zwlekam się zaspana z łóżka, zazwyczaj towarzyszy temu nieznośne uczucie nudy pomieszanej z niechęcią. Przede mną kolejne 8 godzin stukania w kalkulator, analizowania niekończących się kolumn cyferek i pisanie pism o mało pasjonującej treści.
Na szczęście istnieje druga, bardziej optymistyczna strona tej sytuacji, która na tyle mnie przekonuje, że zawsze udaje mi się w końcu oswoić niechęć i wyjść z domu. Myślę o tym, jak to dobrze, że mam stałą pracę i pieniądze co miesiąc wpływają na moje konto. Jak świetnie, że mam blisko do pracy i nie marnuję czasu na dojazd, na dodatek kończę ją o 15:30, więc po południu zawsze mam czas dla siebie. 

Coś za coś, a gdzie w tym wszystkim PASJA? Czy praca zawsze  = PASJA?
Znacie dużo osób, które pracują z pasją? A może i Wy zaliczacie się do tego grona? Jeśli jesteście blogerami, to prawdopodobnie tak. Spotkałam się z opinią, do której i ja się przychylam, że blogerzy to w większości ludzie z pasją. 

Właściwie teraz analizuję temat na sucho, ale w ubiegłym roku miałam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie i ciężko mi było dostrzec plusy mojej sytuacji. Zdesperowana umówiłam się nawet z psychologiem, a tam usłyszałam: "Nie wiem, czy to takie dla nas dobre, kiedy praca jest naszą pasją... Lepiej swoje pasje realizować poza pracą, wtedy mamy szansę zdystansować się od naszych pracowniczych obowiązków, mamy czas dla siebie i swoich bliskich". Kiedy to usłyszałam, od razu przypomniało mi się kilka sensacyjnych filmów, gdzie policjant z powołania, zostaje opuszczony przez żonę i dzieci, bo przez 24 godziny uganiał się za bandytami, a później stacza się na samo dno z butelką w dłoni.

Dzisiaj już nie jestem taka pewna, czy chciałabym, żeby praca była jednocześnie moją pasją. Właściwie to niczego nie jestem pewna, po prostu rozważam różne za i przeciw. Zresztą oceńcie sami:
  1. Ludzie z pasją są ciekawi świata, otwarci, interesujący. Wnoszą do rozmowy ożywienie, bo zazwyczaj coś ciekawego mają do powiedzenia. Myślę też, że mają w sobie więcej energii, radości i entuzjazmu do życia i dlatego zwykle są odbierani pozytywnie.
  2. Warto lubić to, co robimy w życiu zawodowym, nawet kiedy nasza pasja w ogóle nie jest z tym związana. Wtedy udaje się pracować wydajnie i być docenianym, a nie tylko chodzić sfrustrowanym, że musisz siedzieć w robocie, gdzie wszystko cię nudzi i na dodatek panuje ogólna niesprawiedliwość.
  3. Nie musimy od razu rzucać pracy, żeby zająć się swoimi pasjami. Zawsze można się przeorganizować tak, żeby koniecznie mieć na nie czas po godzinach. Jeśli pasja na poważnie nas wciągnęła i na horyzoncie widać nawet jakieś pieniądze, to można spróbować pracować zawodowo w niepełnym wymiarze czasu pracy. Niestety, minus jest taki, że nie każdego na to stać.
  4. Jeśli pasja staje się naszą pracą i jedynym źródłem dochodu, wtedy może pojawić się stres, jak się z tego utrzymać. Nie każdy czuje się komfortowo z takim "dreszczykiem emocji", bo przecież kasa już regularnie nie wpływa na konto, raz jest jej mniej, raz więcej, raz wcale... W efekcie może pojawić się w niektórych pasjach chęć przypodobania naszym odbiorcom, a potem uczucie sprzedania się. Takie prywatne umysłowe więzienie.
  5. Jeśli pracujemy na etacie i jakimś cudem np. wykonywanie zawodu księgowej jest właśnie naszą pasją, wówczas bardzo chętnie pracujemy w godzinach nadliczbowych, załapujemy się z przyjemnością na wszystkie możliwe szkolenia albo przynosimy do domu rachunki do zaksięgowania i zajmujemy się tym ku uciesze rodziny zaraz po naprędce upichconej kolacji.
Tak więc istnieją trzy opcje: praca i pasja mogą iść w różnych kierunkach, pasja może stać się jednocześnie naszą pracą, albo też praca zawodowa może łączyć się z naszą pasją. I co tu wybrać po rozważeniu wszystkich za i przeciw? 

Już kiedyś wspominałam, że pisanie uwielbiam od zawsze. Często wyobrażam sobie swój idealny poranek: budzę się i niespiesznie opuszczam sypialnię. Biorę odświeżający prysznic, zjadam śniadanko, a następnie z kawusią i laptopem pod pachą wędruję na taras, gdzie zasiadam w wygodnym fotelu, muskana porannymi promykami letniego słońca. Kilka łyków kawy i zaczynam lekko i spokojnie pisać kolejny rozdział. Jestem pisarką.
Ten doskonały poranek staram się wyobrażać każdego wieczora przed zaśnięciem, z nadzieją, że wkrótce się urzeczywistni. Doszłam w tym do takiej perfekcji, że nawet teraz, robiąc jego opis od razu poczułam się zrelaksowana. Ta pasja mogłaby się stać moją pracą, a przynajmniej dzisiaj tak sądzę. Czy życie pisarza to tylko przesiadywanie na zalanym słońcem tarasie? Nie sądzę, pomimo to chciałabym spróbować.

Tylko mnie tutaj brakuje... (kobieta.onet.pl)


Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat. Czy pasja zajmuje dużo miejsca w Waszym życiu? A może jesteście tymi szczęśliwcami, którzy potrafią odnaleźć pasję w każdej najmniejszej czynności w życiu, chociażby sprzątaniu, dając z siebie 100% zawsze i wszędzie? Osobiście bardzo się staram, aby tak wyglądała moja codzienność. Może, kiedy uda mi się wreszcie to opanować, to same przyjdą do mnie odpowiedzi na wszystkie moje pytania...

Chciałam, żeby było krótko i zwięźle, a wyszło jak zawsze. Chyba naprawdę lubię pisać!





niedziela, 17 listopada 2013

Słodko-gorzkie wyznanie

Przesadzam z jedzeniem słodyczy, zresztą - przesadzałam z tym od zawsze. Kiedy czytam, że od cukru można się uzależnić, mam nieodparte wrażenie, że właśnie JA jestem uzależniona. Dlaczego tak myślę? Bo kiedy próbowałam się ograniczyć  i wyznaczyć sobie TYLKO jeden dzień w tygodniu wolny od słodyczy, to jeszcze NIGDY nie udało mi się zrealizować swego postanowienia. Uważam, że to straszne i żałosne i dlatego tym razem robię kolejne podejście do starego problemu - publicznie.

Dlaczego chcę skończyć objadanie się cukrem? Oto kilka powodów, które mnie najbardziej przekonują:
  1. Cukier sprzyja cukrzycy typu 2. Przestraszyłam się nie na żarty, kiedy zauważyłam u siebie objawy, które mogą świadczyć o insulinoodporności: ataki wilczego głodu połączone z osłabieniem i mdłościami, dziwne odczucia w okolicy serca. 
  2. Cukier sprzyja gromadzeniu się tkanki tłuszczowej i szybkiemu wzrostowi trójglicerydów we krwi. Początkowo jest składowany w wątrobie w postaci glikogenu, a kiedy wątroba jest już maksymalnie wypełniona, glukoza w postaci tkanki tłuszczowej odkłada się na pośladkach, brzuchu, udach. Pomimo nieprzejadania się, jedzenia dużej ilości warzyw, owoców, kasz oraz umiarkowanej dawki codziennego ruchu, moje ciało ciągle przypomina pączek (nie mylić z pączkiem kwiatu). Przy wzroście 164 cm utrzymuję wagę 60 kg i za ch...rę nie mogę zrzucić ani grama!
  3. Cukier prowadzi do szybszego starzenia się skóry, przyspieszając proces utraty kolagenu. Tu jeszcze masakry nie ma, ale lepiej dmuchać na zimne.
  4. Cukier może zwiększyć prawdopodobieństwo wystąpienia raka (Otto Warburg dowiódł, że komórki nowotworowe, by móc się rozwijać bezwzględnie potrzebują glukozy), uwielbiają go żyjące w naszym organizmie grzyby i inne pasożyty (np. robale brrr...). "Czysty", dobrze odżywiony organizm ludzki, to środowisko, które im nie służy - pasożyty i ich formy rozwojowe są neutralizowane i szybko z niego usuwane. Powinniśmy więc zapewnić takie środowisko, które uniemożliwi im przeżycie.

nalogow.com

"Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. To dawka czyni, że dana substancja jest trucizną." - Paracelus
Cukier jest nam potrzebny każdego dnia. To paliwo dla mózgu, zapewniające energię, gwarantujące sprawność mięśni, poprawiające nastrój. Badacze wyliczają, że prawidłowa dzienna dawka cukru wynosi jedynie 7  gramów, a my każdego dnia możemy spożywać podobno nawet do 25 łyżek cukru, ukrytego w różnych produktach - 1 łyżka to 14 gram.

Właśnie dlatego uważam, że nadszedł czas zakończenia słodkiego procederu. Zdaję sobie sprawę, że ograniczenie cukru w mojej diecie, będzie dla mnie trudne, ale świadomość, że tak źle się traktuję stała się już zbyt przytłaczająca.
Tak więc na początku zamierzam wprowadzić następujące zasady/postanowienia:
  • W kuchni nie używam już cukru. W zamian, do słodzenia stosuję stewię:

Wybrałam słodzik stołowy w proszku (w saszetkach) na bazie glikozydów stewiolowych. Jest to naturalny słodzik ziołowy - zero kalorii, nie zawiera glutenu, 100% słodyczy pochodzi z rośliny Stewia Rebaudiana (oczyszczony wyciąg). Stewia to roślina o wyjątkowo słodkich liściach, od wielu lat używana jako naturalny słodzik. Badania pokazują korzystne działanie stewii przy nadciśnieniu i cukrzycy. Na opakowaniu mojego słodzika jest napisane, że liście stewii mają smak 60-100 razy słodszy od rafinowanego cukru (ale spotkałam się też z innymi danymi na ten temat).
W mojej ocenie, wystarczająca ilość proszku do osłodzenia kubka kawy, to taka odrobina wyżej prezentowana - jeśli do jej posłodzenia używano wcześniej do dwóch łyżeczek cukru.
Opakowanie prezentowane na zdjęciu kosztowało mnie 25 zł i zawiera 100 saszetek po 1g. Używam go do słodzenia kawy (herbaty nie słodzę), przygotowywanych napojów czy innych celów kuchennych. Ciasta jeszcze nie piekłam, ale dowiedziałam się, że są specjalne przepisy na ciasta ze stewią, które uwzględniają jej właściwości.

Poza tym:

  • Zdecydowanie ograniczam spożywanie słodyczy - to one stanowią największy problem w mojej codziennej diecie. Wiem, że trudno będzie mi się od nich uwolnić, więc zdecydowałam, że będą to robiła stopniowo: na początku ustanawiam poniedziałek dniem wolnym od słodyczy, w pozostałe dni słodycze będę mogła jeść do godziny 12:00. W niedzielę natomiast udzielam sobie dyspensy. Jeśli te zasady wejdą mi w nawyk, wtedy pomyślę nad ich zaostrzeniem. 
  • Nie będę pomijała posiłków, żeby zapobiegać atakom wilczego głodu.
  • Będę unikała produktów wysokoprzetworzonych, słodkich soków, napojów gazowanych.
  • Będę starała się zamieniać słodycze na suszone i świeże owoce.


radiopik.pl

Może i nie jest to super-dieta, ale myślę, że każdy powinien ustalać sobie zasady na własną miarę, bo akurat w takim wypadku lepiej jest zrobić mniej niż wcale.
Zatem życzę sobie powodzenia!

środa, 13 listopada 2013

Remanent mojego JA


W numerze 1 (7) 2013 e-magazynu rozwoju osobistego "Medium" natknęłam się na artykuł, który tak mnie zaciekawił, że obiecałam sobie wrócić do niego kiedyś i przetestować rady w nim zawarte na moim żywym organizmie.
Artykuł dotyczył samokonceptu jako sposobu na zrozumienie siebie.


Czy zastanawialiście się kiedyś jak wielki macie w sobie potencjał?

Podobno  przeciętny człowiek wykorzystuje go tylko w max. 10%! W jaki sposób możemy poprawić ten wynik?

Nasza postawa życiowa może być pozytywna lub negatywna, żeby wyciągnąć jak najwięcej korzyści z każdej sytuacji musimy mieć nastawienie pozytywne, ale w jaki sposób zmienić swoją osobowość, która kształtowała się przez długie lata...

Powiedzmy, że urodziliśmy się jako czysty potencjał (powiedzmy, bo możemy uważać, że niektóre cechy naszego charakteru dziedziczymy po przodkach). Jako dziecko mogliśmy zrobić wszystko, niczego się nie obawialiśmy i nie odczuwaliśmy wstydu. Jednak w trakcie dorastania wszystko się zmieniło - uczyliśmy się, naśladując dorosłych oraz poprzez unikanie przykrości na korzyść przyjemności. Nasi rodzice wychowując nas na porządnych ludzi, wykształcili w nas nieświadomie nawyki hamujące rozwój (w mniejszym lub większym stopniu, oczywiście): lęk przed porażką i krytyką. 

Tak więc to, jaką mamy postawę zależy od samokonceptu, który jest naszym wewnętrznym programem i stanowi podstawę naszych odczuć i działań.
Samokoncept to zbiór przekonań na własny temat oraz na temat własnego życia i świata, które wykształciły się w ciągu naszego życia. Innymi słowami: jesteś tu gdzie jesteś dlatego, że masz taką, a nie inną opinię na własny temat. JESTEŚ TYM, CO MYŚLISZ.


Samokoncept w przejrzystych punktach to:
  1. Osobisty ideał - to, do czego dążymy, wyznawane wartości, ideały, cele.
  2. Samowizerunek - to jak siebie widzimy w różnych obszarach życia.
  3. Poczucie własnej wartości - odczucia jakie masz na swój temat, kształtowania w dużej mierze przez przekonania.
Im lepszy mamy samokoncept, tym jesteśmy skuteczniejsi w działaniu, co przekłada się na jakość naszego życia. Mamy samokoncept NA WSZYSTKO (ile jem, na ile jestem wysportowana, w jaki sposób się ubieram, jak widzą mnie inni, swojej pozycji w pracy itd.) To nasza osobowość. Przypomina oprogramowanie komputera.

Samokoncept działa jak termostat, utrzymuje wszystkie wartości na podobnym poziomie, zgodnym ze strefą komfortu. Gdy zrobimy coś ponad wartość zapisaną w naszym termostacie to i tak prawdopodobnie wrócimy do punktu wyjścia, np. zarobisz więcej pieniędzy - i tak wkrótce je wydasz, bo dopóki nie zmienisz samokonceptu, bogactwo pozostanie zawsze tylko w marzeniach...

Zmieńmy więc nasz dotychczasowy samokoncept, czas najwyższy - po co iść przez życie w za ciasnych butach?
  1. Zgódźmy się na zmianę i rozstanie z dawnym JA.
  2. Bądźmy gotowi na podjęcie wysiłku, uda się. 
  3. Zacznijmy wymyślać siebie od nowa, jak będziemy wyglądać, zachowywać się, myśleć, jako nowa osoba. Żeby pomóc wyobraźni, możemy myśleć o ludziach, którzy już posiadają pożądane przez nas cechy. Wraz z pracą wyobraźni rozpocznie się proces tworzenia naszego ideału.
  4. Werbalizacja - wyraźmy swoje pragnienia w jasnych, pozytywnych słowach. Im więcej pozytywnych słów, tym szybciej docieramy do wybranych celów. Słowa wypowiedziane na głos mają większą moc, niż te wyrażone w myślach, dlatego możemy też z powodzeniem stosować afirmacje, o ile takie praktyki jesteśmy w stanie zaakceptować jako skuteczne.
  5. Wizualizujmy nasze cele - podobno mózg nie widzi różnicy pomiędzy tym jak sobie siebie wyobrażamy, a czymś co się rzeczywiście dzieje (jeśli dobrze się temu przypatrzę, to i owszem). Podświadomość pracuje nad realizacją naszych umysłowych obrazów, bo uznaje je za prawdę. Każda poprawa jakości życia zaczyna się od poprawy obrazów w umyśle. Myśli nabierają znaczenia dopiero, kiedy nasycone zostaną emocjami. Ludzie, którzy osiągnęli sukces mają dokładnie wyznaczone cele i wiedzą czego chcą. Nie kierują się mętnymi ideami, które łatwo się rozpływają.
ebooki-recenzje.pl
W każdej chwili możemy nauczyć się takich zachowań, jakich pragniemy w naszym życiu, bo ograniczenia istnieją jedynie w naszym umyśle, ale to od nas zależy, czy przyjmiemy tę prawdę za swoją. Ja stwierdziłam, że skoro nie mam nic do stracenia, a mogę zyskać, to warto wyjść poza cieplutką strefę komfortu.

Na zmianę wybrałam z przyczyn sentymentalnych listopad - to miesiąc moich urodzin, dlatego lubię zaczynać nowe działania właśnie w szaroburym listopadzie. Kolejną dla mnie pozytywną datą jest 1 stycznia oraz np. pierwszy dzień wiosny. Chyba każdy z nas ma swoje magiczne dni najlepsze do rozpoczynania nowych zadań.

Nie wszystko w sobie chcę wymienić, wręcz przeciwnie - zdecydowana większość zostaje! Ale są takie elementy mojej osobowości, które ewidentnie sabotują realizację moich celów, już je namierzyłam i zaczynam się z nimi powoli rozprawiać. 
Cóż, w sumie nie ma tu już miejsca na szerszy opis moich działań. Post nie może ciągnąć się w nieskończoność, ale myślę, że na blogu znajdą się opisy niektórych wątków mojego samokonceptu - ostatecznie wpasują się jakoś w tematykę Plantacji pozytywnych myśli...

sobota, 9 listopada 2013

11 pytań do...

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cie nominował".

Ponieważ w tym tygodniu otrzymałam nominację od !-nochi, za co bardzo dziękuję :), bez zbędnej zwłoki zabieram się za pytania. Wyżej podaję wyszperane gdzieś w sieci zasady Liebstera, bo muszę przyznać, że chociaż spotykałam się z tą zabawą na innych blogach, to jednak kiedy padło na mnie, nie do końca wiedziałam o co w niej chodzi. Może komuś też się przyda...

A oto i pytania od !-nochi oraz moje na nie odpowiedzi:

  1. Czy słowo "szczęście" przybiera w Twojej wyobraźni jakąś alegoryczną postać, formę. Jeśli tak, to jaką? Szczęście to dla mnie wyłącznie uczucie, które powoduje, że czuję się lekko i radośnie, nawet w listopadzie. Nigdy nie wyobrażałam go sobie po jakąkolwiek postacią...
  2. Które zwierzę mogłoby być Twoim patronem, dlaczego? Bez wahania odpowiadam - kot. Koty uwielbiam, mogłabym je "łyżkami jeść". Wystarczy, że zobaczę takiego przechadzającego się w dowolnym miejscu, a już do niego pędzę z uśmiechem. Bo są na swój sposób przyjacielskie, umieją zadbać o swoje potrzeby, chadzają swoimi ścieżkami - bezszelestnie i nie niszcząc zastanego stanu rzeczy. Są wolne i niezależne.
  3. Czy kiedykolwiek marzyłaś/eś o tym, aby być częścią jakiejś fikcyjnej historii, jeśli tak to jakiej i dlaczego? Uff... Nie pamiętam, kiedy ostatnio w marzeniach przenosiłam się na plan fikcyjnych historii. Jeśli już, to wyobrażam sobie przed snem historie, które mają się wydarzyć w nadchodzącej przyszłości. Takie rzeczy jak w pytaniu miały u mnie miejsce... w dzieciństwie. Zazwyczaj po obejrzeniu działającego na wyobraźnię filmu.
  4. Jakie myśli zazwyczaj sprawiają, że noc staje się bezsenna? Są to myśli o poważnej chorobie czy zmartwieniach moich najbliższych, ale także myśli o niesprawiedliwości, która mnie osobiście dotyka i o podróży.
  5. Gdybyś złowiła/złowił złotą rybkę i ta chciałaby spełnić JEDNO Twoje życzenie, jakie by ono było. Dotyczyłoby ono mojej pracy życia, ale szczegółów nie zdradzę - podobno można zapeszyć;) Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym roku i tak Wam się pochwalę.
  6. Co wygrana najwyższej kwoty w totolotku zmieniłaby w Twoim życiu? Jest to trudne pytanie, bo nie jestem pewna, jak w rzeczywistości pokierowałabym swoim życiem mając taką kasę. Tysiące myśli przychodzą mi do głowy, ale każda jest o tym, co zrobiłabym z pieniędzmi. Zmiana w życiu? - wprowadziłabym do swego życia więcej luksusu, dałabym pracę innym ludziom, bez wahania zostałabym wolontariuszką, więcej bym podróżowałam, bardziej pomagała zwierzętom... Wystarczy.
  7. Kiedy słyszysz słowo "nauka" - myślisz...? Co Ci się z nią kojarzy? Całe życie.
  8. Co Cię uspokaja i odstresowuje? Chwila tylko dla siebie spędzona w wygodnym fotelu z książką w ręku, cisza i spokój i nic nierobienie, dobra komedia, spacer w parku, śpiew ptaków, pisanie...
  9. Czy masz w życiu prawdziwą pasję? Jeśli tak, to jaką...? PISANIE. Śmieję się, że urodziłam się z długopisem w dłoni, swego czasu miałam nawet na środkowym palcu od niego zgrubienie. Ciągle tylko piszę i niszczę, w końcu żal mi się zrobiło tych wszystkich spalonych rękopisów i postanowiłam chociaż połowicznie wyjść z "pisarskiego podziemia" - założyłam bloga ;)
  10. Czy jesteś w stanie powiedzieć, że lubisz samego/samą siebie? Dlaczego? Lubię siebie i już. Za wszystko, czyli i za wady i za zalety, bo to jestem JA. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej i nie zamierzam tego analizować.
  11. Czego nigdy w życiu nie mógłbyś/mogłabyś się wyrzec. Z całą pewnością WOLNOŚCI. I swojego optymizmu ;)


Poniżej przedstawiam moje pytania:
  1. Wymień trzy kraje, które chciałabyś/chciałbyś odwiedzić bez względu na koszty?
  2. Czy ekologia jest Ci bliska? Jeśli tak, to co dobrego robisz dla Matki Natury?
  3. Jaką herbatę pijesz najczęściej? Dlaczego?
  4. Czy jesteś fanką/fanem diet, stosujesz jakąś? 
  5. O czym nigdy nie napiszesz na swoim blogu?
  6. Wymień trzy kosmetyki, bez których nie wyobrażasz sobie codziennego funkcjonowania?
  7. Co robisz dla swojego rozwoju osobistego?
  8. Co Cię najbardziej stresuje? Czy znalazłaś/znalazłeś już sposób, żeby sobie z tym poradzić?
  9. Czy słyszałaś/słyszałeś o prawie przyciągania? A może w nie wierzysz i manifestuje się ono w Twoim życiu?
  10. Czym według Ciebie są sny?
  11. Boisz się czasami? Podaj swój sposób na przełamanie strachu?


Nominuję:

http://chwilanapoddaszu.blogspot.com - za ciekawe uwagi i miłość do książek,
http://kulinarnerewolucjeanette.blogspot.com - za zarażanie pasją gotowania,
http://extremely-naturally.blogspot.com - za profesjonalne podejście do tematu,
http://health-lifestyle-endorphins.blogspot.com - za propagowanie zdrowego podejścia do życia,
http://chwalisz.blogspot.com - za ciekawy opis wege-codzienności,
http://mojasamoterapia.blogspot.com - za szczególny charakter bloga,
http://malymiszmasz.blogspot.com - za radość, która bije z każdego posta,
http://przecudnie.blogspot.com - za propagowanie aktywnego życia w połączeniu z pasją,
http://magicwordcherry.blogspot.com - za nieustanne odkrywanie dla nas nowego,
http://waznakazdaminuta.blogspot.com - za odwagę, by zacząć od nowa, trzymam kciuki,
http://teczamoichmysli.blogspot.com - za świetny początek.

Co prawda nie wszyscy tutaj nominowani spełniają warunek mniejszej liczby obserwatorów, ale nie znam jeszcze takiej liczby interesujących blogów, które by ten warunek spełniały.

Żeby trochę ubarwić tego posta, wstawiam kilka zdjęć z mojego wyjazdu na 1 listopada. Chociaż może ta pora roku do barwnych nie należy, zrobiłam co mogłam ;)

Wschód słońca...
  

...i kwadrans później.

Zabudowania w lekkich, jesiennych oparach.

W tym roku na 1 listopada jeszcze takie kwiatki polne :)
 Do następnego posta!






czwartek, 7 listopada 2013

Komunikat

Tworzę specjalną tę notkę, w celu wyjaśnienia, że usunięcie przeze mnie części komentarzy na Plantacji pozytywnych myśli było tylko i wyłącznie żałosnym wypadkiem przy pracy, a nie zamierzoną cenzurą. 

Usuwając komentarze w zakładce komentarze, nie sądziłam, że znikną one jednocześnie spod postów, a mądry Blogger nawet nie zapytał mnie głupiej czy na pewno chcę to zrobić. A myślałam, że powinien.
Tak więc to co się stało wynika wyłącznie z mojej niewiedzy i przyznaję - bardzo się zdenerwowałam, ponieważ Wasze komentarze były, są i pozostaną bardzo cenną i nieodłączną częścią Plantacji. 
Po tym co zrobiłam czuję, że to miejsce jest trochę niekompletne...

Jednak nie pozostaje mi nic innego jak pogodzić się z faktem i kontynuować pisanie, bez niemądrego zrażania się popełnionymi błędami. Raczej jest mała szansa, żebym po raz drugi popełniła tą samą pomyłkę, więc już podnoszę głowę i żyję dalej.

Wszystkich, którzy poczuli się dotknięci tym co się stało bardzo przepraszam i zapraszam do komentowania mimo wszystko :). 


wtorek, 5 listopada 2013

Garść refleksji o "Dzikiej drodze"

Dzisiaj książka powędrowała pod kolejny adres, a ja zgodnie z zasadami akcji "Przeczytaj i podaj dalej", podzielę się swoimi przemyśleniami po jej przeczytaniu.

"Dzika droga" Cheryl Strayed wciągnęła mnie w momencie, kiedy autorka (dwudziestokilkuletnia dziewczyna) staje na szlaku Pacific Crest Trail. Wcześniej raczej przez nią brnęłam zastanawiając się, jaką osobą była czy jest Cheryl. Jak dla mnie, opis chwil spędzonych z matką oraz śmierci matki i związanych z tym okoliczności był wręcz drobiazgowy, a chwilami nawet zbyt osobisty (?). Przyszło mi do głowy, że może za wcześnie ją straciła, chociaż spotkałam się kiedyś z opinią, że na odejście rodziców zawsze jest za wcześnie. Późniejsza lektura książki potwierdziła, że był to właściwy trop, bo tak naprawdę cała ta mozolna wędrówka PCT stanowiła dla Cheryl okazję do uporządkowania swojego życia, które wymknęło się spod jej kontroli na skutek nagłego odejścia matki.

Jednak kiedy Cheryl rozpoczyna opis właściwej wędrówki, nie mogę oderwać się od czytania. Chłonę z zainteresowaniem opisy dzikiej przyrody i śledzę przemianę autorki. Co krok napotykam dowody na niebywałą lekkomyślność dziewczyny i konfrontuję je ze sobą. Oczywiście, mam pewność, że sama nigdy bym tak nie postąpiła, ale gdzieś w głębi duszy nieśmiało czai się znak zapytania. Na zdjęciu Cheryl dźwigająca Monstrum (tak nazywała swój plecak). Przez pół książki natrząsałam się z tego plecaka, czytając opisy jej męczarni oraz zdziwienia jakie wyrażali WSZYSCY napotkani ludzie, którzy próbowali go podnieść.


Cheryl na szlaku. m.theatlantic.com
Wędrówka Cheryl kojarzyła mi się z pielgrzymką. Na str. 368 - 369 czytam opis spotkania z Susanną ze Szwajcarii, która masuje jej stopy i mówi "to co robisz nazywamy pielgrzymowaniem" - cieszę się, że wcześniej sama na to wpadłam. Kiedy jednak czytam definicję pielgrzymki, już nie jestem taka pewna tej interpretacji. 
A Wy jak myślicie?

Pielgrzymka - podróż podjęta z pobudek religijnych, do miejsc świętych.
Motywy: chęć zadośćuczynienia za popełnione występki, wyrażenia prośby np. o zdrowie lub wyrażenia wdzięczności.

Żeby nie przedłużać - książka bardzo mi się spodobała, w trakcie czytania dużo myślałam (i takie książki lubię!), a na końcu nawet ze wzruszenia popłynęły mi łzy, co jest niewątpliwą oznaką oddziaływania tej lektury na emocje. Zapiski na marginesach popełnione przez dziewczyny, które czytały ją przede mną były równie ciekawe i dające do myślenia...

Ja z książką. Na zdjęciu odbił się jakiś "duszek" - w okolicach twarzy :)

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to uprzejmie donoszę, że prawo do ekranizacji "Dzikiej drogi" kupiła aktorka Rees Whiterspoon - film ma być gotowy w przyszłym roku. Rees zagra w nim główną rolę. Tak więc niedługo będzie można skonfrontować swoje wyobrażenia o wędrówce Cheryl z obrazem przedstawionym na ekranie. Ciekawa jestem, co tym razem okaże się lepsze: książka czy film. W moim mniemaniu, jak na razie, wszystkie takie pojedynki wygrywały książki.
"Dziką drogę" polecam z czystym sumieniem - czas z nią spędzony, nie powinien okazać się stracony.