czwartek, 17 października 2013

A kiedy do domu mi się nie spieszy...

Zacznę w naukowym tonie: według badań przeprowadzonych przez naukowców z Indiana Wesleyan University-Marion, 86 procent pracowników z dużych korporacyjnych firm zgłaszało nieuprzejmość w pracy i ogólnie złą atmosferę.
Podobno dzieje się tak na skutek wysokiej konkurencyjności na rynku pracy i ogólnego poziomu niepewności wśród społeczeństwa, a także z powodu utraty przez nas umiejętności czerpania przyjemności z rozmowy twarzą w twarz. Od siebie mogę dodać z całą odpowiedzialnością, że osoba SZEFA ma również wielki wpływ na poczucie solidarności w zespole. 
W ciągu ostatnich lat miałam wątpliwą przyjemność pracy pod kierownictwem człowieka, którego jedynym sposobem postępowania z podległym personelem było stosowanie mobbingu w każdej możliwej sytuacji. Doprowadziło to do tego, że nasz czteroosobowy zespół (kobiecy) praktycznie zespołem już nie był. Jedna drugiej przegryzłaby tętnicę. Każdego ranka idąc do pracy czułam się chora, a właściwie to na okrągło byłam smutna. Oczywiście nie było mowy o jakiejkolwiek próbie integracji poza godzinami służbowymi. Od początku roku mamy nowego Szefa - potrzebowałyśmy trochę czasu na otrząśnięcie się z traumy po poprzednim, ale udało nam się i teraz jesteśmy zgranym i roześmianym (dla mnie to bardzo ważne) zespołem. Okazuje się, że udało nam się nawet polubić i mamy o czym rozmawiać.

W pracy spędzamy zazwyczaj 40 godzin tygodniowo - tydzień ma 168 godzin, w tym 56 powinniśmy przeznaczyć na sen. Sami oceńcie, czy to dużo. Jeżeli w czasie pracy otrzymujemy wsparcie emocjonalne, pomoc w rozwiązywaniu bieżących problemów czy ktoś po prostu życzliwie wspomoże nas potrzebną informacją - stres blednie. Dobry żart rzucony w odpowiedniej chwili sprawia, że strach się ulatnia.
My po prostu potrzebujemy codziennej  porcji gestów akceptacji i sympatii. Jeżeli nie otrzymamy ich w pracy, to nasi bliscy mogą nie zdążyć z nadrabianiem zaległości. W efekcie zaczyna nas dopadać złe samopoczucie, niepokój, zniechęcenie i stałe zmęczenie. Myślę, że stresu nie da się skutecznie rozładować samym uprawianiem sportu czy relaksującą kąpielą - niezbędny jest "czynnik ludzki". W mojej wypowiedzi nie chodzi o tzw. szukanie sobie przyjaciół, wystarczy jeżeli będziemy dla siebie dobrymi koleżankami czy kolegami. 

Do napisania tego posta zainspirowało mnie wczorajsze popołudniowe wyjście z koleżankami z pracy na kolację i oczywiście piwo. Pogoda nam dopisała - po południu w Bydgoszczy zaświeciło słonko i zrobiło się naprawdę ciepło, trochę więc pochodziłyśmy po Wyspie Młyńskiej i Starym Rynku w poszukiwaniu odpowiedniej knajpki. Restauracja "Przystań Bydgoszcz" z daleka wydawała się atrakcyjna ale wnętrze okazało się zimne i z wyglądu przypominające stołówkę. "Porto Bello", z nieznanego mi powodu, było nieczynne. Znużone poszukiwaniami wylądowaliśmy w końcu w "Sowie" - chyba najbardziej obleganym lokalu w tym mieście. A oto krótka fotorelacja:

Ulica Długa na Starym Mieście

Widok na Przystań i Operę






                     



                 

 U góry kolejno: Przystań Bydgoszcz, gdzie znajduje się restauracja, wejście do Porto Bello oraz wnętrze "Sowy". Obok moje kulinarne wybory wieczoru: sałatka z wątróbką drobiową - to czerwone na talerzu to sos malinowy (lubię dziwne połączenia, ale ta sałatka w sumie była mało zachwycająca, nawet z wyglądu). Dalej mamy deser z bezy, bitej śmietany i truskawek oraz tzw. letnie wino czyli wino czerwone półwytrawne + pomarańczowa fanta. Z oferty piw wybrałam imbirowe.

 
                                   
Kiedy wracałam do domu, na niebie świecił księżyc, a nad oświetloną Brdą unosiła się delikatna mgła. Ponieważ w mroku nie widziałam drzew z żółtymi liśćmi, pobawiłam się wyobraźnią i udawałam, że spaceruję w majowy wieczór. Zamieszczam też dzisiaj moją obiecaną fotkę, która została niestety zrobiona już w domu, więc na twarzy maluje mi się zmęczenie intensywnym dniem. Ale za to mój umysł porządnie się zresetował i nie nawiedzają mnie histeryczne myśli typu, że z czymś się nie wyrobię itd. Z góry tłumaczę, że moje włosy są w stadium zapuszczania z "zapałki" i jeszcze trochę muszę się przemęczyć, aż zaczną "jakoś" wyglądać. :(
Tak więc poznaliście mój kolejny sposób na utrzymanie pogody ducha. Ten niestety, z uwagi na koszty, musi być stosowany z umiarem...

17 komentarzy:

  1. Jeśli w pracy przebywa się pół życia, a w zasadzie jego większość, to ona na prawdę powinna być naszym drugim domem. Identyczną sytuację miałam w swojej starej pracy. Tylko trochę odwrotnie. Na początku była kierowniczka, która była kompetentna i do tego umiała zjednywać sobie ludzi. Przyjmowała mnie do firmy i dużo się od niej nauczyłam. Relacje w pracy były bardzo dobre, ale do czasu... Do czasu jak przyszła nowa kierowniczka, bo ponoć dyrektor uznał iż ta pierwsza za bardzo wychodziła do swoich pracowników. I tak nowa kierowniczka okazała się istnym tyranem. To co ona robiła- mobbing to mało powiedziane. Była despotyczna i za swoje niepowodzenia karała nas. W zespole pojawiły się powoli zgrzyty, gdyż kierowniczka powoli wymieniała zespół na "swój". I ci "jej" ludzie donosili na innych. A to dziewczynie się dostało, że za często do łazienki chodzi, innej że gdzieś przecinka nie postawiła, jeszcze innej że wpisała za mało umów, następnej że wpisała ich za dużo. Co ja wtedy przeżyłam. W szufladzie zawsze trzymałam wypowiedzenie, by w momencie krytycznym kierowniczce go wręczyć. No i taki moment nadszedł. Pamiętam, że po kilku miesiącach zadzwonili do mnie, czy nie chce wrócić. Mowy nie było, zwłaszcza, że kierowniczka despotka była już zastępcą dyrektora. Jak się coś psuje, to od głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tym co przeszłam, nie mówię nikomu "daj spokój, to tylko praca". Ludzie, którzy udzielają takich porad, sami pewnie nigdy nie byli mobbingowani. Miałaś dużo odwagi, że zdecydowałaś się odejść z firmy. Mnie na szczęście dobry los wyręczył. No i powstrzymywałam się, bo jeśli mam stałą pracę, do której samochodem dojeżdżam w ciągu 10 min. to też jest coś.

      Usuń
    2. Mi jedynie wszyscy mówili "wytrzymaj jeszcze trochę, a może coś się zmieni". Ale nie zmieniło się. Nie warto marnować swojego zdrowia psychicznego.

      Usuń
    3. I ja tak myślę. Wiem, że pozostając tam dla wygody dojazdu bardzo dużo ryzykowałam, niejednokrotnie musiałam ratować się pigułkami uspokajającymi.

      Usuń
  2. Według mnie niestresująca praca prawie nie istnieje. Jak się znajdzie pracę marzeń, to szef jest do niczego. Jak szef w porządku, to za to nie czerpie się z pracy satysfakcji. Sama potrafię dostrzegać pozytywy, ale zazdrościłam bratu pracy, do której leciał jak na skrzydłach. Jak to się stało? Po prostu to była nowa firma, wszyscy byli nowi, młodzi, kreatywni i weseli, a przy tym branża bardzo fajna. Szefostwo również. Kiedy potem zespół zaczął się trochę mieszać (jak to ze studentami bywa), mój brat został wtedy też kierownikiem, a kiedy przyjmowano nowego pracownika, nowi zawsze trzęśli się przed moim bratem ze strachu po to, aby po tygodniu powiedzieć, że przecież nie było się czego bać, bo mój brat to bardzo życzliwa osoba, uśmiechnięta i sypiąca żartami jak z rękawa. Nie dał im nigdy żadnego powodu do strachu, ale w Polsce tak już jest, że człowiek z góry boi się kogoś, kto jest stanowisko wyżej... Koleżanki z jego pracy mówiły "nie wierzę, że chce mi się chodzić do pracy! Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło!". A tam byli fajni ludzie i dlatego praca również była fajna. Ostatecznie miejsce pracy się rozpadło, bo jeden wspólnik okradł drugiego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to ludzie zawsze tworzą atmosferę danego miejsca, czasami następuje niepotrzebne samonakręcanie się i stresowanie nawzajem, ale kompetentny przełożony - właściwy człowiek na właściwym miejscu, powinien panować nad sytuacją. Zgodzę się z powiedzeniem zacytowanym przez Martę J., że jak coś się psuje to od głowy. Myślę, że dzisiaj oczekuje się od przełożonych, żeby byli liderami w pełni tego słowa znaczeniu.

      Usuń
    2. Tyle, że lepiej, kiedy lider jest nie tylko liderem, ale również przyjacielem. :)

      Usuń
    3. Nie oczekuję aż tyle, wystarczy mi w zupełności, jeśli będzie starał się być po prostu uczciwym, przyzwoitym człowiekiem.

      Usuń
    4. Chodziło mi raczej o to, aby był przyjacielem w takim sensie, który zakłada rozumienie drugiego człowieka. :)

      Usuń
    5. Ja byłam zafascynowana samą akcją. Nie interesowało mnie to o czym będzie książka, oceniłam ją... po okładce i po tytule. Nie chciałam mieć żadnego zarysu książki. Chciałam być zaskakiwana co stronę. :)
      Nie chciałam czytać recenzji, bo i tak z wieloma zazwyczaj się nie zgadzam. Czasem też niepotrzebnie się przez nie zniechęcam. Np. tak było z "Harrym Potterem". Myślałam, że to nie dla mnie, a teraz zaczytuję się na okrągło. Podobnie było z "Ojcem Chrzestnym", "Dziesięcioma Murzynkami"... Teraz zawierzam np. biblionetce, która poleca mi książki w moim guście.

      Usuń
  3. Cieszę się, że w pracy już jest lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, niestety, dużo prawdy w tym co piszesz o korporacjach... Moja siostra pracuje w korporacji już ponad 10 lat i niestety widzę, jak ma zszargane nerwy... Teraz już "wybiła się", ale przeszła naprawdę tam wiele, co odbiło się negatywnie na jej zdrowiu...

    OdpowiedzUsuń
  5. Tam to dopiero ludzie ze sobą konkurują, prawdziwy "wyścig szczurów". Ja pracuję w tzw. budżetówce i droga awansu praktycznie w takim miejscu nie istnieje (dostajesz etat i czołem), a i tak ludzie wychodzą ze skóry, żeby zostać gwiazdą u szefa choć na parę chwil.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zła atmosfera pracy to coś strasznego. Byłam kiedyś na praktykach w jednym miejscu i bylo tam okropnie. Każdy na siebie wrzeszczał, nienawiść, obgadywanie i tak dalej - uciekłam, aż się za mną kurzyło :)

    OdpowiedzUsuń