wtorek, 29 października 2013

Przepakuj swój bagaż

Każdy z nas ma swoją historię, na trwałe zapisaną w pamięci. To co się kiedyś zdarzyło w naszym życiu, powraca w myślach, będąc źródłem siły lub jako ciężkie brzemię ograniczające poruszanie się do przodu.

Dlaczego ciągle boli? Dlaczego tak bardzo się boję i nie mogę się uspokoić? Dlaczego wciąż jest mi trudno osiągać cele?
Pomimo tego, że myślimy pozytywnie, wiemy i rozumiemy, jednocześnie jesteśmy ciągle częścią tego czym byliśmy dawniej, bo dawne myśli tworzą to, kim jesteśmy teraz, a to co myślimy teraz tworzy to, kim będziemy w przeszłości. Jeśli chcemy zrobić coś dobrego ze swoim życiem, to w pierwszej kolejności powinniśmy tu i teraz ustawić barierę, która odetnie nas od negatywnego wpływu powracających wspomnień.


Mój osobisty bagaż doświadczeń w pewnym momencie tak bardzo mnie przytłoczył, że postanowiłam w nim trochę poukładać. Po prostu miałam już dość natrętnie powracających ponurych wspomnień. Dostrzegałam wyraźną różnicę pomiędzy dniami bez nich a dniami kiedy smutek wypełniał moją głowę, całe moje ciało, a nawet otoczenie.

Podjęłam wtedy decyzję, która dzisiaj może wydawać się głupia, szalona czy dziecinna, ale jakie to ma znaczenie, kiedy okazała się skuteczna. To było postanowienie, żeby symbolicznie urodzić się na nowo.
Nie wykonywałam przy tym żadnych magicznych rytuałów czy gestów, po prostu wzięłam zwykły długopis i w zeszycie w którym zapisuję codzienne inspiracje, wpisałam tekst zaczynający się od słów: "Zdecydowałam, że właśnie tego dnia urodziłam się na nowo, bo to jedyny sposób, żeby skutecznie skończyć z tym wszystkim co do tej pory mnie przerastało. A więc urodziłam się i otrzymuję od świata całe dobro, które przyjmuję z otwartymi ramionami... W tym życiu wybieram miłość, a miłość wybiera mnie..."
Tekst był o wiele dłuższy, kiedy go pisałam, czułam jak "wylewa się" ze mnie bez najmniejszego wysiłku.
W wyniku tego zdarzenia podjęłam jedną przełomową decyzję: koniec z rozpamiętywaniem przeszłości i użalaniem się nad sobą, w ten sposób nigdzie nie dotrę. Przecież tak naprawdę nie liczy się skąd jestem ale to, dokąd idę. Przeszłość nie musi się równać przyszłości.





Naszym problemem bywają: powracające wspomnienia i żal, że kiedyś postąpiliśmy tak, a nie inaczej. Czasami czujemy, że są to myśli przeszkadzające, a czasami po prostu zanurzamy się w nich po pas, po szyję  niczym w gównianej kąpieli. Wyobrażacie sobie, jak byłoby przyjemnie oczyścić się z przykrych wspomnień? Takie zupełne zero pamięci o porażkach, krzywdach i błędach... To ideał, który jak najbardziej może nam przyświecać w dążeniu do celu, ale tak naprawdę uwalnianie się wcale nie musi oznaczać wymazania ze swej pamięci pewnych faktów. Zresztą myślę, że takie wymazanie na własną rękę nie byłoby możliwe, bo przecież łatwo zauważyć pewną prawidłowość: im bardziej staramy się o czymś nie myśleć, tym częściej właśnie to nas na różne sposoby nawiedza.
Zatem problem zerwania z demonami przeszłości należy rozwiązać inaczej. Musimy podejść nasz mózg w taki sposób, żeby przestał upominać się o smutne historie. Jest to możliwe, należy jednak pamiętać o zasadzie działania nawyku - osobiście uważam, że rozpamiętywanie może być działaniem nawykowym i możemy spróbować skutecznie się tego oduczyć.

A oto kilka sprawdzonych sposobów na uporządkowanie bagażu doświadczeń:

  1. Spójrz na swoje doświadczenia z innej perspektywy, bo to właśnie od Ciebie zależy czy postrzegasz je jako ciężkie brzemię, które musisz dźwigać do końca życia czy jako przydatne źródło wiedzy, z którego możesz czerpać mądrość, kiedy tylko zechcesz. Zadaj sobie pytanie - co dobrego mogą mi przynieść w życiu moje doświadczenia, czego się nauczyłem dzięki nim. Może odkryjesz, że dzięki przeżyciu takich , a nie innych wydarzeń stałeś się niepowtarzalną istotą, a swoich doświadczeń nie oddałbyś za żadne skarby świata, bo tak naprawdę dzięki nim osiągnąłeś swoją życiową mądrość.
  2. Nie wspominaj przykrych wydarzeń, nie rozmawiaj o nich z przyjaciółmi, a jeśli odruchowo coś Ci się wymknie, natychmiast nadaj temu pozytywne brzmienie, na przykład wyciągając morał z całej historii.
  3. Staraj się cieszyć swoim życiem codziennym, znajdując szczęście w drobnych przyjemnościach.
  4. Myśl pozytywnie i zdecyduj, że od tej chwili zamierzasz odczuwać szczęście. Wyrabiaj w sobie nawyk bycia pogodnym i szczęśliwym, bo człowiek radosny jest szczęśliwy.
  5. Spędzaj czas jak najlepiej i jak najprzyjemniej, na przykład poprzez rozwijanie swoich pasji, celebrowanie radosnych chwil.
  6. Wybacz wszystkie swoje bóle, rozczarowania i upokorzenia sobie i innym.
  7. Skończ z rozpamiętywaniem "co by było, gdyby było".
  8. Pozwól sobie na odczuwanie emocji.
  9. Wyjdź do ludzi, otwórz się na nich.
  10. I ostatnia metoda, alternatywna. Według hawajskiej metody uzdrawiania Ho`opono-pono, oczyścić się ze wspomnień można poprzez powtarzanie słów, które mają moc oczyszczania: kocham, przepraszam, wybaczam, proszę, dziękuję. Nie będę się zagłębiała w tłumaczenie procesów, których do końca sama nie rozumiem, zainteresowani mogą sięgnąć po odpowiednią literaturę. Sama metodę wykorzystuję w bardzo ograniczonym zakresie. Kiedy dopadają mnie natrętne myśli o osobie, która źle mi się kojarzy, natychmiast staram się w myślach zwrócić do tej osoby za pomocą któregoś z oczyszczających słów. Na mnie działa, ale skuteczność metody zwykle zależy od możliwości jej akceptacji przez stosującego ją człowieka. 
Tak więc, jeśli już musimy w myślach cofać się do przeszłości to wspominajmy momenty, które dają nam radość i energię. Nasze myśli kierujmy raczej do teraźniejszości i przyszłości, malujmy w wyobraźni jak najpiękniejsze obrazy naszego życia, co pomoże nam w realizacji planów, a już na pewno w niczym nie zaszkodzi. 
I pamiętajmy - przez życie podróżujemy bez zbędnego bagażu - żeby było nam lżej :)

kobietamag.pl



niedziela, 27 października 2013

Dokąd zmierza "Dzika droga"

Dokąd zmierza "Dzika droga"?...

Dokąd?

Ponieważ u mnie do udziału w akcji zgłosiły się dwie osoby, do losowania po prostu użyłam monety (orzeł / reszka). 
Zatem, uroczyście pragnę ogłosić, że kolejną osobą do której powędruje nasza książka-podróżniczka jest... Basia
Jeszcze dzisiaj Basia otrzyma wiadomość zawierającą prośbę o podanie adresu, na który wyślę książkę.
Natomiast krótka recenzja książki oraz moje z nią zdjęcie zostanie zamieszczone na Plantacji 5 listopada br. Wcześniej się nie da, bo właśnie biorę urlop i wkrótce wyjeżdżam na tydzień do mamy, a książka razem ze mną. Tak więc zupełnie przypadkowo "Dzika droga" zaliczy jeszcze jeden odległy adres. Włodawa - kojarzy ktoś? :)

Ponieważ przez weekend podczas spacerów zrobiłam kilka ciekawych ujęć późnego października, to przy okazji poniżej zaprezentuję kilka z nich, może wywołają uśmiech na czyjejś twarzy? Zdjęcie zamieszczone u góry również należy do tej serii:


Miliardy liści w stawie


Tutaj spodobał mi się wyraźny kontrast 

Stokrotki z 24 października :)

Ostatnie w tym roku mlecze...


sobota, 26 października 2013

Uroki codziennego życia

"Człowiek docenia uroki codziennego życia, kiedy budzi się z koszmarnego snu albo kiedy po raz pierwszy wstaje z łóżka po chorobie. Dlaczego nie uświadomić sobie tego teraz?" - Wiliam Lyon Phelps.

O tym jak ważne jest bycie tu i teraz oraz cieszenie się drobnymi urokami dnia codziennego, przekonałam się w tym tygodniu na własnej skórze. W czwartek miałam trochę planów na popołudnie, zresztą M. miał wychodne, więc skoro resztę dnia miałam tylko do swojej dyspozycji, to koniecznie chciałam zrobić coś wyjątkowego. Ale na początku musiałam uporządkować stertę brudnych naczyń w kuchni i zasyfione miejsce po zmywarce, która poprzedniego wieczoru pojechała na złom (wyznaję szczerze - rzadko odsuwam sprzęt kuchenny w celu umycia pod nim podłogi i wiem co o tym powiedziałaby perfekcyjna pani domu...).
Jednak już w drodze do domu poczułam się dziwnie osłabiona, a kiedy weszłam do mieszkania, od razu padłam bez siły na łóżko i z każdą chwilą było ze mną coraz gorzej. Do akcji włączył się też narastający z minuty na minutę ostry ból głowy i mdłości - i już wiedziałam - to niespodziewana wizyta mojej starej znajomej - Pani Migreny. Ostatni, tak ostry atak miałam w maju, żywiłam więc cichą nadzieję, że więcej się nie spotkamy...
Jeśli ktoś z Was przeżył kiedyś atak prawdziwej migreny, wie o czym mówię. To prawdziwy koszmar - kilka godzin wykończającego bólu połączonego z mdłościami, nie pozwalającymi spokojnie uleżeć na miejscu. Nic nie jest wtedy ważne, nie ma, że coś muszę, nagle syf w kuchni przestaje istnieć, chcesz tylko jednego: żeby przestało boleć. 


insulinoodporność.blogspot.com

Tak więc czasami się zdarza, że pewne sytuacje (przyjemne lub mniej przyjemne) takie jak: awans, nawał obowiązków w pracy, ważne wydarzenie w rodzinie, choroba, utrata pracy, kłótnia - zmieniają dotychczasowy rytm naszego dnia i nadchodzi ta chwila, kiedy to zaczynamy tęsknić za naszą zwykłą codziennością. 
Po trzech godzinach mogłam wreszcie stanąć na nogach i pomyślałam sobie, że dostałam kolejną lekcję: zdarza mi się (a jakże) marudzenie, że ciągle się nie wyrabiam, że za mało czasu i za szybko upływa, a człowiek zamiast żyć pełnią życia ciągle kręci się wokół własnej osi i ciągle tylko ta doskwierająca zwykłość, codzienność... Dopiero taki przymusowy przystanek wymusza pojawienie się refleksji, że szczęście tkwi właśnie w tych codziennych czynnościach, trzeba tylko umieć wyjść poza schemat i tam gdzie do tej pory widzieliśmy szarość i nudę musimy nauczyć się znajdywać małe, codzienne radości i cieszyć się z drobnostek. 
Niby każdy o tym wie, ale w codziennej gonitwie często zapomina. Dlatego, dla wszystkich, którzy właśnie zapomnieli - przypominam: herbata wypita w ulubionym kubku, widok kwiatów na stole czy krótka rozmowa z ekspedientką w sklepie - to chwile z pozoru proste i zwyczajne, ale to one mogą nadać naszemu życiu sens i sprawić, że będziemy szczęśliwi. Zatem celebrujmy małe, codzienne radości i żyjmy szczęśliwie!
A jutro, zgodnie z obietnicą, ogłoszę do kogo w następnej kolejności powędruje książka "Dzika droga" Cheryl Strayed.

dailytips.pl





środa, 23 października 2013

Na poważnie o śmiechu

Pewnie każdy słyszał, że zmarszczki powstają i utrwalają się wskutek śmiechu. Znam kobiety, które w związku z tym starają się nie uśmiechać zbyt szeroko, żeby nie niszczyć delikatnej skóry wokół oczu. Czyżby nie znały powiedzeniu "śmiech to zdrowie"?

Tak, śmiech to zdrowie i to nie są puste słowa, bo nawet jeśli nie każdy może doświadczyć uzdrowienia za pomocą śmiechoterapii, to na pewno jest ona przydatna w przywracaniu nadziei na wyzdrowienie i ograniczeniu dolegliwości choroby. Śmiech przyspiesza powrót do zdrowia, a komu zdarzyło się chorować, ten z pewnością zauważył, że nawet o bólu można zapomnieć, gdy coś lub ktoś nas rozweseli. Ludzie, którzy często się śmieją, rzadziej chorują, a gdy już im się przytrafi choroba - szybciej wracają do formy!

Zdaniem psychiatrów smutek i wewnętrzne napięcie są przyczyną 70 - 80 procent schorzeń. Logiczne więc jest, że dla podobnego odsetka chorób śmiech będzie stanowił lekarstwo. Oczywiście, nie jestem szaleńcem, i nie namawiam do odstawienia lekarstw i zamiast tego oglądania śmiesznych filmików na youtube, tylko do dbania o swoje samopoczucie. Nie można lekceważyć spadków nastroju i przedłużających się okresów smutku i beznadziei - dla niektórych może się to stać prostą drogą do depresji. A nawet jeśli depresja Wam nie grozi, to i tak szkoda każdej chwili życia na byle jaki nastrój - życie należy smakować "pełną gębą".
tapetytelefon.pl
Dlatego najlepiej zacząć uśmiechać się od rana - na dobry początek - do siebie w lustrze :) Potem uśmiechnijcie się do domowników, choćby nie było  Wam do śmiechu, tak z grzeczności i żeby poćwiczyć przed wyjściem z domu. Podobno naszemu mózgowi jest wszystko jedno jak się czujemy, więc nie odróżni symulacji od rzeczywistości. Jeśli uniesiemy policzki jak do śmiechu, zasygnalizujemy mu "śmieję się!". W odpowiedzi na to, mózg spowoduje wydzielanie endorfin, dzięki którym nasze samopoczucie będzie wspaniałe. Koniecznie wypróbujcie to ćwiczenie. Kilka razy dziennie, szczególnie jeśli czujecie się smutni i nijacy, starajcie się przynajmniej przez minutę robić takie grymasy jak podczas śmiania się. Na mnie podziałało - może i Wam spodoba się ten sposób na wywołanie dobrego nastroju?





Podobnie jak ziewaniem, uśmiechem czy śmiechem można się zarazić. Zarażajmy więc codziennie jak największą liczbę osób. Niechaj tej jesieni i zimy, zamiast grypy szerzy się śmiech :))




Róbmy wszystko, aby nasze dni były bardziej radosne: umówmy się z przyjaciółmi i powspominajmy nasze najlepsze wpadki, opowiadajmy dowcipy i śmieszne historie, nauczmy się śmiać z siebie - zamiast nad sobą ubolewać. Jeśli uprawianie radości stanie się już naszym hobby, możemy zapisać się też na jogę śmiechu. Myślę, że bez względu na wiek, zawartość portfela czy pełnioną funkcję, warto czasami poczuć się jak dziecko - można rzec, że jest to uczucie bezcenne!
Na długie jesienne wieczory wybierajmy komedie - w USA przeprowadzono badania, które wykazały, że w przypadku ludzi serwujących sobie oglądanie wesołych filmów, wskaźniki przygnębienia zmalały o 98 procent. Naukowcy porównali również reakcje organizmu człowieka na oglądanie komedii i filmów stresujących. Podczas oglądania komedii nasza krew płynie o 20 procent szybciej niż zwykle, co jest korzystne dla organizmu, natomiast filmy smutne powodują spowolnienie jej przepływu.

Oczywiście, korzyści płynących z wesołego stylu bycia można wyliczać bez końca, ale nie lubię pisać zbyt długich postów, więc na zakończenie dodam jeszcze tylko, że łatwo jest sprawdzić, czy kobieta jest w szczęśliwym, zdrowym związku: wtedy dużo się śmieje, czego i Wam życzę z całego serca! I w ogóle, jak mawiają Amerykanie, szeroki uśmiech jest wart milion dolarów (o czym dobrze wiedzą akwizytorzy i sprzedawcy) - więc śmiejmy się dużo i spijajmy z każdego dnia śmietankę sukcesu. 

Do następnego posta!

niedziela, 20 października 2013

Akcja "Przeczytaj i podaj dalej"

Wróciłam z dzisiejszego spaceru naprawdę zrelaksowana i rozanielona, a to za sprawą ciepłego, wręcz wiosennego powietrza. W pobliskim
Myślęcinku ciągle kwitną niektóre kwiaty, w tym stokrotki i mlecze! Ale do rzeczy...

Wracam więc do domu, zaglądam na swego bloga, bo miałam właśnie w planach dodanie kolejnego posta, a tu niespodzianka: zostałam wytypowana na kolejną czytelniczkę powieści autobiograficznej Cheryl Strayed "Dzika droga".  Dziękuję !-nochi :)

Create your own banner at mybannermaker.com!



ZASADY, które ustaliła inicjatorka Akcji "Przeczytaj i podaj dalej":

1. Odbierasz książkę z poczty albo uprzejmy listonosz przynosi Ci ją do domu...
2. Czytasz z zapartym tchem...
3. Koniecznie robisz zdjęcie z książką (może być w jakimś charakterystycznym dla Ciebie miejscu). Umieszczasz krótką refleksję na swoim blogu (jeśli takowy posiadasz) i przesyłasz link do Anny Matysiak, jako pomysłodawczyni akcji  - zrobimy wspólnie relację z wędrówki książki... poznamy się wzajemnie... może nawet stworzymy klub wędrującej książki…
4. Do książki koniecznie należy się wpisać, zaznaczyć swój ulubiony fragment, pozostawić po sobie ślad :)
5. Umieszczasz na swoim blogu baner i informację o Akcji "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" wraz z powyższymi punktami i wybierasz nowy dom dla książki, wysyłasz ją  dalej :)
6. Z dreszczykiem emocji śledzisz dalszą drogę książki, która ma szansę być wolną i zdobyć nowe światy...


Zasady zgłoszenia do Akcji (Wybrana przeze mnie osoba może wymyślić oczywiście własne kryteria wyboru szczęśliwca):

1. Zgłaszasz chęć udziału w komentarzu pod tym postem i piszesz DLACZEGO książka powinna trafić do Ciebie (obowiązkowe).
2. Podajesz swój mail, abym mogła się skontaktować ze zwycięzcą (obowiązkowe).
3. Dodajesz mój blog do obserwowanych (będzie mi miło, ale nie jest to obowiązkowe).
5. Byłoby super, gdybyś umieścił/a też na swoim blogu baner akcji z linkiem do tego posta.
6. Akcja trwa od 20.10. do 26.10. - po tym dniu wylosuję kolejny przystanek dla naszej podróżującej książki :)


Przyłączyłam się do akcji "Przeczytaj i podaj dalej" ponieważ po prostu lubię książki, a nie ukrywam, ta mnie zaciekawiła szczególnie po przeczytaniu recenzji, gdzie znalazło się małe nawiązanie do "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert. Zastanawiam się, czy losy bohaterek - autorek obydwu książek okażą się podobne? 
Spodobał mi się też pomysł, że każdy kolejny czytelnik zostawia w książce swój ślad, ja będę dla książki ósmym przystankiem, więć książka musi się już interesująco prezentować...
I tak, jak !-nochi już wcześniej powiedziała, ta akcja wydaje mi się magiczna, po prostu od razu wiedziałam, że chcę w niej brać udział - czary jakieś ;)

Może i Wy poczujecie, że ta akcja jest stworzona właśnie dla Was, zapraszam do udziału! Książka pewnie wkrótce do mnie dotrze, wtedy będę mogła skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością, a zwięzłą relację z zakończenia tej przygody zamieszczę w którymś z kolejnych postów.

czwartek, 17 października 2013

A kiedy do domu mi się nie spieszy...

Zacznę w naukowym tonie: według badań przeprowadzonych przez naukowców z Indiana Wesleyan University-Marion, 86 procent pracowników z dużych korporacyjnych firm zgłaszało nieuprzejmość w pracy i ogólnie złą atmosferę.
Podobno dzieje się tak na skutek wysokiej konkurencyjności na rynku pracy i ogólnego poziomu niepewności wśród społeczeństwa, a także z powodu utraty przez nas umiejętności czerpania przyjemności z rozmowy twarzą w twarz. Od siebie mogę dodać z całą odpowiedzialnością, że osoba SZEFA ma również wielki wpływ na poczucie solidarności w zespole. 
W ciągu ostatnich lat miałam wątpliwą przyjemność pracy pod kierownictwem człowieka, którego jedynym sposobem postępowania z podległym personelem było stosowanie mobbingu w każdej możliwej sytuacji. Doprowadziło to do tego, że nasz czteroosobowy zespół (kobiecy) praktycznie zespołem już nie był. Jedna drugiej przegryzłaby tętnicę. Każdego ranka idąc do pracy czułam się chora, a właściwie to na okrągło byłam smutna. Oczywiście nie było mowy o jakiejkolwiek próbie integracji poza godzinami służbowymi. Od początku roku mamy nowego Szefa - potrzebowałyśmy trochę czasu na otrząśnięcie się z traumy po poprzednim, ale udało nam się i teraz jesteśmy zgranym i roześmianym (dla mnie to bardzo ważne) zespołem. Okazuje się, że udało nam się nawet polubić i mamy o czym rozmawiać.

W pracy spędzamy zazwyczaj 40 godzin tygodniowo - tydzień ma 168 godzin, w tym 56 powinniśmy przeznaczyć na sen. Sami oceńcie, czy to dużo. Jeżeli w czasie pracy otrzymujemy wsparcie emocjonalne, pomoc w rozwiązywaniu bieżących problemów czy ktoś po prostu życzliwie wspomoże nas potrzebną informacją - stres blednie. Dobry żart rzucony w odpowiedniej chwili sprawia, że strach się ulatnia.
My po prostu potrzebujemy codziennej  porcji gestów akceptacji i sympatii. Jeżeli nie otrzymamy ich w pracy, to nasi bliscy mogą nie zdążyć z nadrabianiem zaległości. W efekcie zaczyna nas dopadać złe samopoczucie, niepokój, zniechęcenie i stałe zmęczenie. Myślę, że stresu nie da się skutecznie rozładować samym uprawianiem sportu czy relaksującą kąpielą - niezbędny jest "czynnik ludzki". W mojej wypowiedzi nie chodzi o tzw. szukanie sobie przyjaciół, wystarczy jeżeli będziemy dla siebie dobrymi koleżankami czy kolegami. 

Do napisania tego posta zainspirowało mnie wczorajsze popołudniowe wyjście z koleżankami z pracy na kolację i oczywiście piwo. Pogoda nam dopisała - po południu w Bydgoszczy zaświeciło słonko i zrobiło się naprawdę ciepło, trochę więc pochodziłyśmy po Wyspie Młyńskiej i Starym Rynku w poszukiwaniu odpowiedniej knajpki. Restauracja "Przystań Bydgoszcz" z daleka wydawała się atrakcyjna ale wnętrze okazało się zimne i z wyglądu przypominające stołówkę. "Porto Bello", z nieznanego mi powodu, było nieczynne. Znużone poszukiwaniami wylądowaliśmy w końcu w "Sowie" - chyba najbardziej obleganym lokalu w tym mieście. A oto krótka fotorelacja:

Ulica Długa na Starym Mieście

Widok na Przystań i Operę






                     



                 

 U góry kolejno: Przystań Bydgoszcz, gdzie znajduje się restauracja, wejście do Porto Bello oraz wnętrze "Sowy". Obok moje kulinarne wybory wieczoru: sałatka z wątróbką drobiową - to czerwone na talerzu to sos malinowy (lubię dziwne połączenia, ale ta sałatka w sumie była mało zachwycająca, nawet z wyglądu). Dalej mamy deser z bezy, bitej śmietany i truskawek oraz tzw. letnie wino czyli wino czerwone półwytrawne + pomarańczowa fanta. Z oferty piw wybrałam imbirowe.

 
                                   
Kiedy wracałam do domu, na niebie świecił księżyc, a nad oświetloną Brdą unosiła się delikatna mgła. Ponieważ w mroku nie widziałam drzew z żółtymi liśćmi, pobawiłam się wyobraźnią i udawałam, że spaceruję w majowy wieczór. Zamieszczam też dzisiaj moją obiecaną fotkę, która została niestety zrobiona już w domu, więc na twarzy maluje mi się zmęczenie intensywnym dniem. Ale za to mój umysł porządnie się zresetował i nie nawiedzają mnie histeryczne myśli typu, że z czymś się nie wyrobię itd. Z góry tłumaczę, że moje włosy są w stadium zapuszczania z "zapałki" i jeszcze trochę muszę się przemęczyć, aż zaczną "jakoś" wyglądać. :(
Tak więc poznaliście mój kolejny sposób na utrzymanie pogody ducha. Ten niestety, z uwagi na koszty, musi być stosowany z umiarem...

poniedziałek, 14 października 2013

Wkurzam się - ale czy to wypada?

Kiedy starałam się przemyśleć sens dzisiejszego wpisu, który z założenia ma rozpoczynać pewien cykl na tym blogu, przez myśl przeszła mi jedna wątpliwość: przecież Plantacja pozytywnych myśli ma stanowić zbiór prostych recept na radosne i dobre życie, a nie podkręcanie negatywnych emocji. Taką kategorię wpisów można byłoby nazwać chwasty na plantacji!

Fot. Krzysztof Spałek
Pole z makiem polnym. Niektóre chwasty mogą pełnić funkcje pożyteczne: mają właściwości lecznicze, ochraniają glebę przed erozją, zatrzymują w niej cenne składniki.  No i niewątpliwie zdobią!
Zreflektowałam się jednak, myślę nawet, że na szczęście. Przecież życie to nieustanne ścieranie się przeciwieństw, poprzez ich występowanie możemy wyraźnie widzieć i rozróżniać cechy otaczającego nas świata. Nie mogę i nie chcę wykluczać tej części mojej osobowości, która ma do siebie to, że jest uczulona na każdy przejaw chęci ograniczenia mojej wolności przez panie/panów dobra rada, uzurpujących sobie prawo do zmieniania innych ludzi na swój obraz i podobieństwo - bo oni z pewnością mają rację (wrrr!).

Wolność to brak przymusu, możliwość swobodnego dokonywania wyborów, kierowanie się wyłącznie swoją wolą w każdej sytuacji. Uwielbiam ją czuć i wilkiem patrzę na każdego, kto zmusza mnie do działania niezgodnego z moimi potrzebami. Wyjątek stanowi praca zawodowa, kiedy podpisuję umowę z moim pracodawcą i otrzymuję zapłatę za wykonywanie zadań służbowych.



Dlatego cieszę się, że potrafię odczuwać wkurzenie w sytuacjach, w których zagraża mi utrata mojego naturalnego prawa do wolności i poczucia własnej wartości. Że mój instynkt podpowiada mi: uciekaj, walcz o siebie, krzycz, kiedy ci źle. Niekiedy zbyt łatwo dostosowujemy się do pragnień partnera czy rządów zaborczej matki. Chcemy się podobać, być uległymi i może nawet ugrać coś w zamian. Gdybyśmy tylko dobrze znały same siebie i umiały zadbać o swoje granice... Wraz z postępem procesu samopoznania coraz bardziej przywiązujemy się do poczucia wolności, a kiedy już jej zasmakujemy, to żadna siła nam jej nie odbierze!

A teraz krótko, o tym co u mnie ostatnio. Weekend, zapowiadany jako ciepły i słoneczny, u mnie był był szary, mglisty i wilgotny, chociaż ciepły. Korzystając z dość przyjemnych temperatur każdego dnia spędzałam trochę czasu na dworze jeżdżąc rowerem i spacerując. Dopiero dzisiaj słońce rozświeciło się na dobre i nie mogłam sobie odmówić tradycyjnych żółtoliściastych zdjęć. Te słoneczne zrobiłam wracając dzisiaj w południe z przerwy na obiad.


Szara sobota


Złocisty poniedziałek - naprawdę miałam ochotę na wagary!


Dlaczego niektórzy ludzie tak nie cierpią spadających liści, że od razu muszą je sprzątać?

Może następnym razem zdobędę się na odwagę i też się pokażę... A tymczasem korzystajmy ze słoneczka, póki przyjemnie świeci popołudniami, bo już niedługo jesienna zmiana czasu i będziemy do pracy wychodzić o zmroku i o zmroku wracać do domu.

piątek, 11 października 2013

Kropla drąży skałę

Część moich zbiorów złotych myśli

Od zawsze miałam manię kupowania kalendarzy i książek typu "myśli na każdy dzień". Spasowałam dopiero wtedy, kiedy zauważyłam, że każda kolejna, kupiona przeze mnie książka w zasadzie powiela już myśli zawarte w poprzednich - jednym słowem odkryłam po swojemu, że wszystko już było. Nie mniej jednak, kiedy wybieram kalendarz na kolejny rok, to taki, który codziennie  dałby mi od rana pozytywne nastawienie do życia. W tym roku jest to Kalendarz 2013 Beaty Pawlikowskiej. Jest prawie idealny - prawie, bo Beata nie umieściła w nim imienin, co trochę utrudnia mi życie...

Kiedy rano sprawdzam, co miłego mnie czeka danego dnia, to od razu wpada mi w oko np. 10 października: "Ćwiczę wyobraźnię. Kto powiedział, że migdały muszą być niebieskie? Dzisiaj marzę o pomarańczowych migdałach i o złocistej rybie, która spełnia moje marzenia". I to jest właśnie ta kropla, która dzień po dniu przesącza się przez moje myśli, zmieniając je niepostrzeżenie na jasne i radosne. Jeśli będziemy codziennie, przez miesiąc, dwa miesiące, rok zaczynali dzień od pozytywnej myśli, to nawet się nie spostrzeżemy, kiedy nasze ciało zacznie żywo reagować w zetknięciu z myślą zatrutą złością, nienawiścią czy strachem. 

Jakiś czas temu, kiedy oberwałam od życia kolejnego, bolesnego kopniaka, zadałam sobie pytanie nasączone niezrozumieniem i pretensjami do całego świata: dlaczego mnie to spotyka, przecież przeczytałam tyle mądrych książek i wiem już wszystko?! Znam zasady - więc dlaczego? Teraz myślę, a nawet ośmielę się powiedzieć, że już znam odpowiedź. Nie o to chodzi, żeby coś przeczytać i rzucić w kąt. Chodzi o codzienne, nieustające wpuszczanie do swojego umysłu dobrych treści, pilnowanie każdego słowa, które powstaje w głowie i nie pozwalanie sobie na brak kontroli. Bo pomimo, że wszyscy doskonale znamy teorię pozytywnego myślenia, to rezygnując z systematycznej pracy nad sobą, łatwo wpadamy w kolejną pułapkę -  przez działanie zgodne z naszymi nawykami. Wystarczy jedno większe zmartwienie, i znów zaczynamy się wściekać i narzekać na bezsensowne i trudne życie - zapominając, że także ta chwila słabości ma moc kreowania i wpływa na kształt naszych kolejnych dni. 

fotoz.pl


"Kropla drąży skałę nie siłą, lecz często padając" - Owidiusz.
Każda myśl, jest przysłowiową kroplą drążącą skałę naszego umysłu. 
Tak więc, dawkujmy codziennie pozytywne zapiski ludzi, którzy odnieśli sukces, aż staną się naszym sposobem myślenia.
Powodzenia!


wtorek, 8 października 2013

Piękna twarz


doktor.pl
Jeśli się mylę, to mnie poprawcie: prawie każdy chce mieć piękną twarz. Wyjątkiem są ludzie, których głowę zaprzątają poważne problemy, np. zdrowotne, wtedy dbanie o urodę z konieczności może zejść na dalszy plan.

A piękno niejedno ma imię, dlatego zdecydowana większość z nas, przy odrobinie poświęcenia, może nim promieniować. Da się zauważyć, że nieraz dziewczyna o idealnych rysach twarzy zrobi mniejsze wrażenie na otoczeniu niż sympatyczna pieguska o roześmianych oczach. Dla mnie oznacza to, że każdy ma swoją szansę na piękną twarz.

Na blogach kosmetycznych znajdziemy mnóstwo propozycji dobrych, naturalnych kosmetyków, które zadbają o naszą cerę, upiększą ją i dodatkowo skorygują owal twarzy. Ale łatwo możemy się przekonać, że kosmetyki to nie wszystko. Jest coś więcej, za co nic nie zapłacimy, a jest równie skuteczne.
Jest to po pierwsze - dbanie o mięśnie twarzy.

Kiedy regularnie wykonujemy ulubione ćwiczenia, nasza twarz wyraźnie młodnieje, bo dobrze wyćwiczone mięśnie zapobiegają obwisaniu policzków, tworzeniu drugiej brody. Zmniejszają się też worki pod oczami i opadające powieki. Usta stają się bardziej wyraziste i wypukłe.

Moje ulubione ćwiczenia na mięśnie twarzy to:
  • wymawianie z przesadną dokładnością liter a o e u i jakby były jednym wyrazem,
  • wydymanie policzków, można przepuszczać powietrze z jednego policzka do drugiego,
  • robienie ustami "ryjka" - to przyzwyczaiłam się ćwiczyć w wolnych chwilach, kiedy nikt mnie nie obserwuję, naprawdę poprawia wygląd ust.

Prawda, że "ryjek"? 
  • ułożenie palców wskazujących pod brwiami (wręcz podniesienie brwi palcami) i jednoczesne zamykanie oczu, staramy się domknąć powieki do końca i wytrzymać 3-5 sekund, dobrze robi na opadające powieki i ogólnie na mięśnie oczu,
  • naprzemienne, energiczne zamykanie oczu (wręcz zaciskanie) i ich szerokie otwieranie, zalecany czas ćwiczenia to 30 sekund, wzmacniając mięśnie oczu również wpływa na poprawę stanu opadającej powieki.
Ponieważ opadające powieki to też mój problem, mogę stwierdzić, że dwa powyższe ćwiczenia, wykonywane systematycznie, skutecznie "otwierają" oczy. Jednak bez codziennej pracy nie oczekujcie efektów, natomiast przy regularnych ćwiczeniach, już po dwóch tygodniach da się zauważyć poprawę wyglądu naszej twarzy. Zaprezentowałam tu jedynie ćwiczenia, które lubię i wykonuję z widocznym skutkiem. Większy wachlarz ćwiczeń zainteresowani mogą odnaleźć chociażby w książkach np. "20 ćwiczeń zapobiegania zmarszczkom i starzeniu się twarzy" Benity Cantieni, można ją kupić np. na allegro (w księgarniach nie znalazłam) czy "Sekret młodości facefitness" Patrycji Kondrackiej - do zamówienia na www.facefitness.pl (37 zł +4 zł przesyłka).

Oprócz gimnastyki twarzy, inną ważną przysługą, jaką możemy sobie wyświadczyć jest spoglądanie na swoje odbicie w lustrze z miłością i akceptacją. Postarajmy się o szczere uczucia, a nasza buzia z dnia na dzień wyda nam się ładniejsza. Dla wzmocnienia emocji warto też powiedzieć przy tym kilka miłych słów pod swoim adresem. Nie wiem na jakiej zasadzie to działa, ale działa! Może często powtarzane myśli sprawiają, że po pewnym czasie uwierzymy w to, że jesteśmy takie ładne i udane, a wiara, jak wiadomo, góry przenosi...


Zachęcam też, do przyjrzenia się emocjom, jakie w sobie nosimy. One zawsze w większym lub mniejszym stopniu malują się na naszej twarzy. Nawet mistrzowski makijaż nie zamaskuje poczucia beznadziejności czy złości, z kolei miłość, radość i spokój rozjaśnią i upiększą buzię nawet "szarej myszki". 
To wszystko jest zupełnie za darmo - dla nas, znajdźmy tylko kilka chwil każdego dnia, choćby podczas wieczornego pobytu w łazience i spróbujmy. 



sobota, 5 października 2013

Los kobiety

Po przeczytaniu książki "Dziesięcioletnia rozwódka" autorką której jest jednocześnie jej bohaterka Nadżud Ali, odżyły we mnie refleksje na temat naszego losu - losu kobiety. 
Przyglądając się swojemu życiu, czy życiu innych znanych mi kobiet, mogę powiedzieć, że w zasadzie jest dobrze. W większości, jeśli mamy ku temu warunki finansowe, możemy żyć tak jak chcemy. Zdobywamy wykształcenie, pełnimy odpowiedzialne funkcje, decydujemy o swoim losie, sposobie ubierania itd. Czasami zdarzają się sytuację, że na przykład, na gruncie zawodowym jesteśmy gorzej traktowane niż mężczyźni, ale generalnie zbyt wiele powodów do narzekań nie ma. 
Jednak, kiedy od czasu do czasu sięgnę po taką lekturę, jak dziś przeze mnie prezentowana, uświadamiam sobie, że jest wiele miejsc na ziemi, w których niewiele się zmieniło od wieków w temacie równouprawnienia kobiet. Jednym z takich jest Jemen.
www.globtroter.pl
Bohaterka książki - Nadżud Ali została wydana w wieku 10 lat za mąż (prawdopodobnie 10 lat - rodzice Nadżud nie posiadali aktu urodzenia), za trzykrotnie starszego od niej mężczyznę. Powodem tak wczesnego zamążpójścia było ubóstwo rodziny dziewczynki. Zapłata małżeńska wynegocjowana między mężczyznami z obu rodzin, w tym wypadku wynosiła 150 000 riali (około 900 zł). Ojciec dziewczynki wymógł na przyszłym zięciu obietnicę, że ten rozpocznie współżycie płciowe z żoną po upływie roku od pojawienia się pierwszej miesiączki. W praktyce stało się jednak inaczej, Nadżud była wykorzystywana seksualnie od dnia zamieszkania z poślubionym mężczyzną, była również bita.
Na szczęście wola przetrwania była w dziewczynce na tyle silna, że pewnego ranka wychodząc po chleb, tak naprawdę pojechała prosto do sądu i nie odpuściła, aż została wysłuchana przez sędziego.
Dziewczynka miała szczęście, trafiła na ludzi, którzy chcieli jej pomóc i zaangażowali się w sprawę na tyle skutecznie, że rozwód został orzeczony. Jej przypadek został nagłośniony na cały świat i dodał odwagi innym młodym mężatkom, które zaczęły podejmować walkę w celu wyzwolenia się z narzuconych im więzów małżeńskich.
10 listopada 2008 r. Nadżud Ali - najmłodsza rozwódka świata otrzymała nagrodę Kobiety Roku przyznawaną przez amerykańską edycję magazynu "Glamour" (wcześniejsze laureatki to Nicole Kidman, Condoleezza Rice, Hillary Clinton).

Piyal Ahikary/PAP/EPA

W ciągu ostatnich lat w Jemenie doszło do kilku nagłośnionych przypadków ślubów dzieci. Oprócz wyżej wspomnianego, dwa lata później doszło do śmierci dwunastoletniej dziewczynki z powodu wykrwawienia po nocy poślubnej. Na początku września br. znów mogliśmy przeczytać o kolejnej śmierci z tego samego powodu, tym razem dziewczynka miała osiem lat - jednak lokalne władze, znalazłszy się pod presją, odnalazły rodzinę dziecka i zorganizowały konferencję prasową, podczas której ojciec zaprzeczył całemu zdarzeniu. Na potwierdzenie swoich słów przedstawił obecną na konferencji dziewczynkę jako swoją córkę - badania lekarskie potwierdziły, że jest dziewicą. Również w tym roku na You Tube mogliśmy oglądać film, w którym jedenastoletnia Nada Al-Ahdal zarzucała swoim rodzicom, że chcą ją wydać za mąż w zamian za pokaźną kwotę.
Działania aktywistów z organizacji praw człowieka oraz niektórych polityków usiłujących ustawowo określić 18 rok życia jako dolną granicę wieku zamążpójścia spotykają się ze zdecydowanym protestem religijnych przywódców islamskich i konserwatywnych posłów argumentujących, że ustawa zawierająca takie zapisy naruszałaby prawo islamskie, które nie określa minimalnego wieku dla dziewczynek.
Tradycja wydawania za mąż małych dziewczynek jest szczególnie kultywowana na prowincji, gdzie mówi się: "Jeśli poślubisz dziewięciolatkę, masz zagwarantowane szczęśliwe małżeństwo". Być może ma ona swoje źródło w historii o poślubieniu 9-letniej Aiszy przez proroka Mahometa.

 www.rp.pl
Często czytam książki w których prezentowane są "historie pisane przez życie" i zastanawiam się, czy nadejdzie kiedyś dzień w którym kobiety nie będą musiały przechodzić przez te wszystkie poniewierki w imię tradycji, religii czy honoru rodziny. Spotkałam się z opinią, że często dla nich samych ich losy nie wydają się takie znów dramatyczne, gdyż wychowały się i wiodą życie w takiej a nie innej kulturze. Cóż, to tak jak powiedzenie, że zwierzęta urodzone w niewoli nie cierpią, bo nie znają wolności...
Nie wiem jakie są Wasze odczucia, ale ja po takich lekturach zawsze stwierdzam, że w porównaniu z ich życiem, moje to życie to raj na ziemi.

środa, 2 października 2013

Rzecz o babskiej przyjaźni

Krąży wiele dowcipów o przyjaźni między kobietami. Najkrótszy jaki znam brzmi: "Co oznacza przyjaźń między kobietami? - spisek przeciwko trzeciej."

W rzeczywistości jednak nie jest aż tak źle. Sama mam przyjaciółki i nie wyobrażam sobie bez nich życia, bo wiem jak takie życie wygląda. Kilka lat temu przeprowadziłam się spod Warszawy do Bydgoszczy i powoli, z różnych przyczyn moje kontakty z dziewczynami bardzo osłabły, a w nowym miejscu nie szybko trafiłam na bratnią duszę. Był to dla mnie dość ponury okres w życiu i dobrze, że mam go już za sobą.

Myślę, że znalezienie przyjaciółki podlega podobnym prawom jak znalezienie swojej miłości - po prostu nic na siłę, musi pojawić się to uczucie szczególnej więzi, zaufania, sympatii. Taką osobę jesteśmy w stanie zaakceptować w 100 procentach i ją zrozumieć. W skrócie: musimy nadawać na takich samych falach i to się czuje.

Bo też nasza  kobieca przyjaźń, jeśli już się pojawi, jest zupełnie inna niż męska, czy też damsko-męska. Dla nas bardzo często najważniejsza jest możliwość wygadania się, a poprzez to, poukładania sobie w głowie, uporządkowania uczuć. Mówi się, że kto ma przyjaciół nie potrzebuje psychologa. Dla nas kobiet najważniejsze jest dzielenie się swoimi przeżyciami i potrzeba bycia wysłuchaną i zrozumianą. Wybaczcie, jeśli się mylę, ale uważam, że żaden najukochańszy i najwspanialszy mąż nie zastąpi prawdziwej psiapsiółki i już!

Przyjaźń - podobnie jak miłość - nie jest dana raz na zawsze. Musimy o nią dbać, poświęcając jej czas i uwagę. Powinnyśmy też starać się być cierpliwymi i wyrozumiałymi. Oczywiście wszystko w rozsądnych granicach, bez nich nasze piękne uczucie w pewnym momencie może zacząć przypominać bluszcz, czego bym nie zdzierżyła, bo zawsze muszę mieć dla siebie trochę osobistej przestrzeni:
  • mieć własne zdanie,
  • żyć swoim życiem,
  • być odrobinę tajemniczą, samodzielną,
to podstawa udanej i satysfakcjonującej przyjaźni.


Wczoraj, w ramach babskiego popołudnia, wybrałam się ze swoją psiapsiółą na zakupy, głównie były to łowy w SH, dla mnie nadzwyczaj udane. Oto co udało mi się wyszukać:

Na "żywo" bluzka wygląda jakby była pokryta czarną koronką. To mnie właśnie zachwyciło.

Lubię takie żakieciki, noszę pod nimi proste bluzki z długimi rękawami w różnych kolorach. Pasuje idealnie do dżinsów.

Spódnica Monsoon.


A tutaj to już zaszalałam! Chyba dość odważna kolorystyka, ale tak bardzo przepadam za żywymi kolorami, że sama nie wiem, kiedy kupiłam ten żakiet. 

Wszystkie ubrania kosztowały mnie łącznie 64 zł, mogę sobie wyobrazić co za tę kwotę kupiłabym w "normalnym" sklepie. Moja radość jest tym większa, że wszystkie kupione przeze mnie rzeczy nie mają śladów użytkowania.

Na zakończenie miłego popołudnia wstąpiłyśmy do Zetki na piwa świata - wybrałam niemieckie grejpfrutowe - pychotka, lubię takie niby-piwa.

I czego chcieć więcej: wygadałam się za wszystkie czasy, zrobiłam satysfakcjonujące zakupy i jednocześnie coś dla zdrowia i kondycji (sama nie wiem ile kilometrów tego popołudnia przeszłyśmy, ale jeszcze dzisiaj rano bolały mnie nogi).

Odpowiedzcie sobie szczerze, który mężczyzna dotrzymałby kroku w takiej sytuacji ?