niedziela, 29 września 2013

Czekanie nie musi być nudne

Tak, w ostatnią sobotę byłam w Warszawie, niestety, nie była to wycieczka dla przyjemności ale podróż tam i z powrotem z 2-godzinną przerwą na załatwienie sprawy. Tego dnia akurat pogoda nie zachęcała do spaceru, więc łatwiej się pogodziłam z faktem, że nie będzie chodzenia po mieście.

W samochodzie spędziłam łącznie 7 godzin, co zainspirowało mnie do napisania tego tekstu. Krótkiego tekstu o tym, co można począć ze sobą w czasie podróży, czekania w kolejce do lekarza czy na autobus. Albo w trakcie oglądania filmu. 

Nikt nie lubi siedzieć i czekać. To takie irytujące poczucie zmarnowanego czasu, a przecież, zamiast skupiać się na nieprzyjemnych aspektach sytuacji możemy to oczekiwanie potraktować właśnie jako czasowy bonus! Co więc możemy zrobić? 

Na przykład to:
  1. Wykorzystać czas oczekiwania na pracę koncepcyjną. Ja na przykład planuję sobie przyszłość, tę bliższą i dalszą. Wymyślam nowe tematy na posty, rozkręcam w myślach akcję mojej powieści, zastanawiam się o czym mogłabym napisać artykuł, rozliczam swoje wydatki. Albo po prostu menu na kilka dni układam. A że w torebce zawsze noszę notes na szybkie zapiski, to swoje pomysły od razu utrwalam na papierze i kawał dobrej planistycznej roboty mam wykonany.
  2. Ponieważ telefon zwykle każdy nosi przy sobie, więc możemy zadzwonić do mamy lub przyjaciółki, żeby zapytać co słychać. 
  3. Możemy poczytać sobie coś w obcym języku, którego się uczymy (noszę krótkie teksty w torebce właśnie w tym celu).
  4. Oczywiście książkę możemy sobie poczytać - w czasie sobotniej podróży właśnie jedną przeczytałam.
  5. Możemy też starać się medytować lub poćwiczyć świadome oddychanie. Dla mnie to dobre rozwiązanie, bo w domu, choćbym nie wiem jak się starała, na medytację czasu nie potrafię znaleźć. Ta pożyteczna czynność zawsze jest spychane na dalszy plan.
  6. Czekanie to także znakomita okazja do treningu chociażby mięśni Kegla. Jeśli jesteśmy w miejscu, w którym nikt nas nie obserwuje, to idealna jest gimnastyka twarzy (kino po zaciemnieniu :))
  7. W domu, w przerwie na reklamę robimy maseczki, a potem oglądając program jednocześnie relaksujemy się z maseczką na twarzy lub dłoniach. A-ha, jeszcze jedno, ja na przykład nie posiadam w domu wanny, więc oglądając swój ulubiony serial, jednocześnie moczę stopy w odprężającej i pachnącej kąpieli z dodatkiem soli.
Prawda, że czekanie nie wydaje się wcale takie straszne? A tak na marginesie, w naszej cywilizacji czas jest wartością - mówimy, że czas to pieniądz, więc wszyscy spieszymy się zestresowani, mijamy się, pozdrawiając się w locie. Takie postępowanie może i przynosi korzyści, ale jednocześnie sprzyja kształtowaniu postawy indywidualizmu. Tymczasem, na przykład w tradycjonalnej Afryce życie upływa w rytmie słońca. Afrykańczyk, żeby określić czas spogląda na słońce, a nie na zegarek. Nie spieszy się, żeby wykonać to, co ma do zrobienia, ale za to pozdrawia każdego, kogo spotka po drodze, pyta się o jego rodzinę, a może nawet wdać się w dłuższą rozmowę. Tradycyjny Afrykańczyk szanuje czas i cieszy się nim, wzbogaca go  o gościnność i uczynność.


Tak więc czas może mieć różne oblicza, nie oceniam tutaj, które z nich jest  lepsze, a które gorsze, za to polecam na co dzień starą ale jarą zasadę złotego środka - myślę, że powinna być idealna na codzienne bolączki.

Dobrze, że nie musieliśmy stać w korkach. Koleżanka ostrzegała, że w W-wie 9 km pokonuje się w godzinę...

czwartek, 26 września 2013

Lenistwo - to się opłaca!

Więcej, szybciej, jeszcze tylko trochę, dam radę jeszcze dzisiaj uprasować te ubrania, posprzątać łazienkę, poodkurzać itd. Też czasami zadajecie sobie pytania: "czy naprawdę służy mi ten pośpiech?", "co się stanie jeśli zwolnię trochę swoje ruchy?".  

Dzisiaj każdy oszczędza czas, którego ciągle brakuje. Przyznaję szczerze - przynajmniej raz dziennie uświadamiam sobie, że właśnie jestem zaganiana i myślę, że nie mam czasu a jeszcze tyle czynności przede mną. A przecież zarówno w pracy, jak i w domu mamy mnóstwo udogodnień, które teoretycznie powinny nam ten czas oszczędzać. Nawet boję się myśleć jak mógł wyglądać rozkład dnia pracującej kobiety, która w biurze nie miała choćby komputera, a w domu pralki, zmywarki, mikrofali czy laptopa. My mamy to wszystko, tylko czasu coraz mniej i szybkie tempo zaczyna coraz bardziej męczyć, a pośpiech zawsze rodzi stres. 

Tymczasem nie znajdujemy czasu na odpoczynek czy chwilę przerwy w codziennym biegu. Nawet na urlopie ilość atrakcji turystycznych powoduje, że w pośpiechu miotamy się od jednej do drugiej, żeby zobaczyć jak najwięcej. Wierzę, że są tacy wśród nas, do których powyższy opis nie pasuje, jednak dla wielu szybkie tempo to normalny sposób na życie. Mówi się nawet, że lepiej wieść życie intensywne i krótkie niż długie nudne i byle jakie. Dopiero, kiedy w wyniku życia w nieustannym stresie zaczynamy odczuwać dolegliwości zdrowotne, nasze priorytety zaczynają się zmieniać.

W wyniku przewlekłego stresu i zmęczenia dopadają nas w końcu problemy z żołądkiem, bóle głowy, spadek energii, bezsenność. Nasza skóra i włosy gorzej wyglądają, a my sami ogólnie wyglądamy po prostu starzej!

Książkę autorstwa dr Inge Hoffman "Żyjesz leniwie - żyjesz dłużej" kupiłam na wyprzedaży za dosłownie 5 zł, ale było to dobrze zainwestowane 5 zł, gdyż po jej przeczytaniu udało mi się pozbyć wyrzutów sumienia, że zamiast szorować do błysku kuchenkę czy wycierać kurze - ja ucinam sobie drzemkę lub idę na spokojny spacer.

źródło: najbardziej.com

Ta książka to pochwała tzw. "biologicznego lenistwa" - nie mylić z totalnym nieróbstwem! Według autorki bycie leniwym biologicznie oznacza dawanie swemu ciału i duszy tego, czego potrzeba do optymalnego funkcjonowania. Należy oszczędzać energię, by cieszyć się życiem, gdyż każde stworzenie, w tym człowiek dysponuje od urodzenia określoną energią. Ludzie i zwierzęta ruszający się bardziej intensywnie, zużywają swoje życiowe zapasy energii szybciej niż ci, którzy zachowują spokój i życiową równowagę. Tym można wytłumaczyć ogromne różnice w długości życia np. myszy (średnio 4 lata) i żółwia (do 250 lat). 

I. Hoffman podaje oczywiście więcej ciekawych przykładów na potwierdzenie tej teorii, w jednym z nich wskazuje na zakonnice, które wiodąc spokojne, wręcz bezstresowe w klasztornym zaciszu, podobno wg badań jakiegoś koncernu kosmetycznego (brak nazwy) mają najlepszą cerę i dożywają późnej starości.

W swoich wywodach wspomina też o tym, że kobiety żyją o 10% dłużej niż mężczyźni, a podobno nie wynika to wcale ze zdrowszego trybu życia, jaki te prowadzą lecz z samej istoty kobiecości zapisanej w chromosomie X. "Organizm kobiety dzięki hormonowi zwanemu estrogenem w nieprzewidzianych, nagłych sytuacjach pracuje ekonomiczniej niż organizm mężczyzny. Estrogen m.in. wzmaga regenerację zniszczonych naczyń, zwiększa ukrwienie tkanek, obniża wydzielanie hormonów stresu. Dzięki działaniu estrogenu naczynia krwionośne 50-letniej kobiety odpowiadają naczyniom krwionośnym 35-letniego mężczyzny." 

Stąd "biologiczne drogowskazy" dla kobiet to:
  •  utrzymywanie wysokiego poziomu estrogenu jak najdłużej,
  • wyrównywanie niedoboru hormonów, po konsultacji z lekarzem,
  • niezbyt częste picie alkoholu,
  • zero papierosów,
  • regularne uprawianie sportu,
  • wysypianie się.

To tylko wybrane ciekawostki z książki "Żyjesz leniwie - żyjesz dłużej", przyznaję, że są to dla mnie nowe teorie i ciekawa jestem, czy ktoś się z nimi wcześniej spotkał. Poza tym autorka zamieszcza w swojej pracy szereg "biologicznych drogowskazów" dotyczących pracy, snu, drzemki, odżywiania i ruchu. Całość bardzo przypomina mi filozofię slow life, ale nazwa ta w tekście nie pada.

Polecam gorąco książkę i zwolnienie tempa - dla urody i długiego, pełnego satysfakcji życia, nawet do 120 lat (to podobno nasz maksymalny, biologiczny wiek). Warto? - Warto!


poniedziałek, 23 września 2013

Moja broń na jesienne ochłodzenie

Mam z moim M. taką niepisaną umowę: przynajmniej raz w miesiącu chodzimy do restauracji, żebym i ja mogła cieszyć się posiłkiem, którego sama nie musiałam upichcić. Zazwyczaj jest to rzeczywiście raz w miesiącu :) W takiej sytuacji bardzo często korzystamy z ofert zamieszonych na Grupeo.pl dzięki czemu zawsze trochę oszczędzamy. W sobotę zafundowaliśmy sobie właśnie taką kolację, a że akurat była to ostatnia sobota lata i w dodatku bardzo ciepła, postanowiliśmy posiedzieć w ogródku piwnym, kto wie - może to już ostatni raz w tym roku (?). Po tym wyjściu stwierdziłam, że moja Bydgoszcz chyba powoli zaczyna zapadać w jesienny letarg. W restauracji, o godzinie  18-stej byliśmy jedynymi gośćmi, na Starym Rynku ogródki również świeciły pustkami a nieliczni goście pochowali się do wnętrza pubów przed wieczornym chłodem.

Jesienne (?) pustki...

Tak, tego wieczora wyraźnie poczułam nadchodzącą jesień. Nie będę udawała, że przepadam za tą porą roku, zresztą jak większość znanych mi osób, ale skoro nie mam drugiego domu np. w Australii, to nie pozostaje mi nic innego jak  po prostu przystosować się z uśmiechem na ustach. Na początku uśmiech może być udawany ale w końcu mózg podobno daje się tym udawanym uśmiechem oszukać i robimy się cali szczęśliwi.

Najbardziej nie cierpię w jesieni:
  1. Zimna i deszczu.
  2. Ponurych krajobrazów.
  3. Ciemnych wieczorów, kiedy zmuszam się do wyjścia gdziekolwiek, bo po zmroku nie lubię niczego załatwiać poza domem.
I nie wspominam o tym, żeby sobie ponarzekać ale dlatego, żeby "rozpoznać wroga", bo wróg rozpoznany może zostać łatwo pokonany.

Odnośnie punktu pierwszego - moja broń to IMBIR. Stosuję go od dwóch tygodni i jest mi wyraźnie cieplej niż kiedykolwiek o tej porze roku - ciągle jeszcze paraduję po domu i w pracy w bluzkach z krótkim rękawem i czuję się komfortowo. A przecież jestem typem zmarzlucha i nawet latem potrafię trząść się z zimna  siedząc w fotelu, często już jesienią zaczynam spać w skarpetach, a zdarza się też, że muszę do łóżka zabrać termofor. Stąd poprawa mojej ciepłoty ciała jest dla mnie wyraźnie odczuwalna. 

 Produkty uznawane za rozgrzewające działają ale ich działanie jest raczej krótkotrwałe. Imbir powoduje, że odczuwam ciepło w takim samym stopniu przez cały dzień i wyraźnie dodaje energii. Jego świetne rozgrzewające działanie odkryłam zupełnie przez przypadek, szukając czegoś na odświeżenie oddechu. Teraz jestem mega-szczęśliwa bo wreszcie jesienią nie marznę!
Ja swój imbir zjadam dość odważnie w postaci surowej - taki plasterek jak na zdjęciu (wielkości 2 zł), przeżuwam i połykam 2 razy dziennie. Imbir przed zjedzeniem należy zmiażdżyć, działa wtedy podobno lepiej, chociaż z drugiej strony zęby także go miażdżą. Imbir można przedawkować, a wtedy grożą nam skurcze żołądka i zahamowanie jego pracy. Niestety, nigdzie nie spotkałam się z określeniem bezpiecznej dawki imbiru w surowej postaci. Po dwóch tygodniach jedzenia imbiru na surowo nie mam żadnych negatywnych objawów ze strony mojego organizmu.

Przyprawa ta ma ostry, nieco cytrynowy zapach i korzenny, palący smak. Osoby, które nie znoszą ekstremalnych doznań smakowych niech lepiej sięgną po imbir serwowany w innej postaci. Nie zaleca się jego spożywania kobietom w ciąży oraz osobom chorującym na kamicę żółciową. Nie wolno imbiru stosować przed operacją, gdyż zmniejsza krzepliwość krwi. Jest to naturalny substytut aspiryny i leków przeciwzapalnych oraz posiada ogromną ilość innych właściwości (cała litania), których wyliczanie sobie odpuszczę gdyż nie dotyczą tematu.

Jeśli imbir surowy nie przypadł Wam do gustu lub po prostu nie możecie go spożywać, to mamy do wyboru inne produkty zawierających ten składnik lub po prostu zakupienie go w postaci suplementu diety. Dobry jest też imbir sproszkowany - dawka bezpieczna to jedna czwarta łyżeczki dziennie (chociaż spotkałam się też z określeniem dawki 1 łyżeczka dziennie). W sklepach możemy znaleźć imbir w zalewie np. Blue Dragon (używany do sushi, a po zjedzeniu sushi też czujemy ciepło) lub imbir kandyzowany. Sami możemy przyrządzić w domu herbatę imbirową lub lemoniadę imbirową. 


LEMONIADA IMBIROWA
  • 1,5 l wody
  • starty korzeń imbiru - ok. 60 g
  • sok z 1 cytryny i 1 limonki lub pomarańczy
  • miód do smaku lub cukier (5 łyżek - strraszne!)
  • lód (opcjonalnie :))
Imbir ścieramy na tarce, nie musimy go obierać. Cytrusy dokładnie szorujemy, wyciskamy z nich sok, z cytryny ścieramy też skórę. Mieszamy starty imbir, sok, skórkę z cytryny i cukier, zalewamy szklanką wody i odstawiamy na 15 min. przelewamy przez sito do dzbanka i uzupełniamy wodą. Dodajemy lód (jesienią możemy sobie odpuścić). Smacznego!

O moich pozostałych sposobach walki z jesiennymi realiami napiszę innym razem, bo mój post zamienia się powoli w epopeję... 





piątek, 20 września 2013

Ludzie - wirusy


źródło: arturhirth.pl
Niektórzy ludzie przypominają mi wirusy, potrafią wywołać epidemię... narzekania. Otwiera taki buzię i zaraz wylewa się z niej ocean złych wiadomości i obaw. Każdy powód do narzekania wydaje się dobry: koniecznie pogoda, zdrowie (zawsze coś dolega!), brak pieniędzy, problemy rodzinne, zawodowe czy wreszcie KRAJOWE. Właściwie to już nie jest narzekanie, to już jest ględzenie. Tym ględzeniem często nawzajem się zarażamy, tak samo jak katarem, a kiedy mamy katar, to wiadomo - czujemy się źle. 

Zadaję sobie pytanie, czy to jest normalne zjawisko, a ja wymagam zbyt wiele od mojego otoczenia? Czy może jednak mam trochę racji? Może świat nie musi jawić się w czarnych barwach, wystarczy otworzyć się na jego piękno i dostrzegać także to co dobre... 

Powiedzmy STOP nakręcaniu spirali złych emocji, gdyż im więcej narzekamy, tym więcej rośnie w nas frustracji, stresu i agresji. Możemy to zrobić na przykład poprzez:

  • nie podtrzymywanie rozmów polegających na narzekaniu, krytykowaniu i plotce,
  • podnoszenie na duchu koleżanek, które przyszły wypłakać się w nasz rękaw, w umiejętny sposób - wyciszenie złych emocji, skierowanie uwagi na pozytywne aspekty sprawy,
  • odcinanie się od złych wiadomości, które niczego dobrego nie wnoszą do naszego życia i nic dla nas nie oznaczają - wyłączmy telewizor w odpowiednim  momencie, wybierajmy właściwe artykuły w prasie,
  • wprowadzenie do swojego życia wieczornego rytuału dziękowania za np. 10  (?) pozytywnych wydarzeń minionego dnia - prawdopodobnie, jeśli podejdziemy do tej czynności z pełnym zaangażowaniem, to w ciągu dnia automatycznie będziemy rozglądali się za tym, co dobre,
    i wreszcie....
  • podjęcie wyzwania by w ciągu 21 magicznych dni nie narzekać (krytykować, plotkować), jeśli damy radę to gwarantuję polepszenia samopoczucia, spadku nerwowości i ogólnej poprawy jakości życia. Takie wyzwanie podjęłam 20 kwietnia br. udało mi się po kilku podejściach i moje życie drgnęło z miejsca.  Czasami przyplącze się jakiś szajs lecz powszechnie wiadomo, że ziemia to nie do końca mlekiem i miodem płynąca kraina, więc staram się nie histeryzować. Ale nie zamierzam snuć o tym opowieści. Sami  spróbujcie i cieszcie się efektami. 
A-ha, starajmy się też, aby nie narzekać w myślach, a myśli o narzekaniu zastąpmy wdzięcznością (powód do nie zawsze się znajdzie! ), jest taki bardzo popularny cytat przypisywany Frankowi Outlow: 
"Uważaj na swoje myśli, stają się słowami.
Uważaj na swoje słowa, stają się czynami.
Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami.
Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem.
Uważaj na swój charakter, on staje się twoim losem."

Może to i oklepane, ale jakże prawdziwe - myślę...


Na zakończenie ciekawostka wygrzebana w archiwalnym wydaniu tygodnika Przegląd (wydanie 10/2002): narzekanie po prostu zaśmieca umysł, bo człowiek ma ograniczoną pojemność pamięci operacyjnej.
Zatem - cieszmy się życiem każdego dnia, zamiast spędzać i tak szybko upływający czas na marudzeniu.

wtorek, 17 września 2013

Czy zakupy powinny być przyjemne?

W ostatnią niedzielę wybrałam się na Jarmark Kujawsko-Pomorski w Myślęcinku. Tym razem zabrałam ze sobą koleżankę, bo z mężami na zakupy się nie chodzi i podejrzewam, że co najmniej połowa kobiet podpisałaby się pod tym stwierdzeniem. Moim celem było znalezienie takich produktów, których w sklepach nie znajdziemy. Częściowo mi się udało, bo wyhaczyłam:

  1. Nalewkę śmietanówkę - smak draży śmietankowych z dość mocną nutką spirytusu, ale nie za mocną, taką w sam raz. Jest smaczna i trochę szkoda, że ponownie nie będę mogła jej kupić, bo wytwórcy po etykietce nie chce mi się śledzić.
  2. Kiełbasę z królika i kiełbasę z gęsi - prezent dla małżonka ale się poczęstowałam i stwierdzam, że szału nie ma.
  3. Mydło pokrzywowe, naturalne, ręcznie robione - na opakowaniu brak szczegółowego składu. W zasadzie wszystkie szampony, których używałam powodowały swędzenie więc spróbuję umyć głowę tym mydełkiem. Podobno ma działanie przeciwzapalne i bakteriobójcze, pomaga przy łojotoku i łupieżu a także przy nadmiernej potliwości stóp. Sprawdzimy. Kostka 140 g kosztowała 15 zł, raczej nie najtańsze to mydło i mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Moje  niedzielne zakupy. Widoku kiełbasy postanowiłam Wam oszczędzić :)


Bardzo lubię robić takie zakupy, które z powodzeniem mogę nazwać łowami. Bo jaką frajdę stanowi wejście do sklepu z listą w ręce? Wiadomo, nie zawsze mam w portfelu  zbyt dużo pieniędzy ale czasami się zdarza, że mogę sobie na taką przyjemność pozwolić. Wtedy przemierzam ulubione sklepy w poszukiwaniu ciekawych ubrań, artykułów spożywczych, biżuterii, książek. Cechą wspólną rzeczy na które zwrócę podczas takich zakupów uwagę jest to, że potrafią mnie zadziwić, zachwycić, zaciekawić - czyli wzbudzają moje emocje. Osobiście uważam, że jest to bardzo ożywcze doświadczenie i warto je sobie od czasu do czasu zafundować, oczywiście bez wyrzutów sumienia. Jeśli wiecie, że wyrzuty dopadną Was na pewno, to lepiej wcale nie zaczynać i znaleźć sobie koniecznie w zamian inną przyjemność, bo czymże jest nasze życie bez przyjemności?


Też fajne, ale nie chciałam przepuścić za dużo pieniędzy, bo wtedy odezwałyby się wyrzuty sumienia...

sobota, 14 września 2013

Czas z Sensem

   Ostatnio pogoda sprzyja miłośnikom czytania. Kiedy dzień jest długi, ciepły i słoneczny, chętnie spędzam czas poza domem, teraz bez wyrzeczeń mogę oddać się innym przyjemnościom a u mnie czytanie zajmuje pierwsze miejsce na liście ulubionych czynności.
     Tak jak dla wielu z Was, książka czy czasopismo w formie papierowej stanowi dla mnie źródło przyjemnych doznań. Co prawda, czasami czytam różne wydawnicwa na tablecie, ale to nie o samo... Nic nie zastąpi dotyku przewracanych kartek, ich szelestu, zapachu druku, możliwości zaznaczania ulubionych fragmenów czy robienia odręcznych notatek na wybranych stronach. Może to zahacza o manię ale tak już mam i to od dzieciństwa.
    We wrześniu odkryłam miesięcznik SENS. Przewijają się w nim tematy,  które odpowiadają moim zainteresowaniom. Mogę tam znaleźć gotowe recepty na to: jak opanować stres, jak ufać sobie i żyć w zgodzie z sobą, jak nie dać się przeciwnościom losu. Nie jestem wierna dłużej żadnemu czasopismu, co najwyżej, do niektórych wracam po miesiącach. Wiąże sie to z faktem, że po kupieniu kilku numerów wybranego tytułu zaczynam odczuwać znużenie, a to ilością reklam czy artykułów sponsorowanych, to znów odczuwam jałowość prezentowanych tematów. Ale kiedy rezygnuję z jednego zaraz potem ciągnie mnie do saloniku prasowego, żeby wyszperać dla siebie coś nowego.
    Wrześniowy numer Sensu wydaje się ciekawy ale nie będę tu zamieszczała jego streszczenia. Zainteresowanym tematyką rozwoju osobistego bardzo polecam. Dodam jeszcze tylko, że w dziale na temat "rób swoje, warto być sobą" znalazłam ciekawe i nowe dla mnie podejście do oportunizmu. Otóż często, kiedy pracuję z trudnymi dla mnie ludźmi, praktykuję taką postawę. Udaję zgodną partnerkę czy oddaną pracownicę z wyrachowania, dla świętego spokoju, żeby nie słuchać przedłużającego sie ględzenia, bo to mi się bardziej opłaca. Czy też, żeby uniknąć niewygodnych sytuacji, bo nie znoszę starć i konfliktów. A w duchu myślę sobie: Ja i tak wiem swoje a najważniejsze, że wyciągam z sytuacji maksimum korzyści
    "Efektem takiego postępowania może być czy jest życie w schizofrenicznym rozdwojeniu, zdysansowaniu się od innych i od siebie samej, swoich prawdziwych uczuć, potrzeb i pragnień. A w takim wypadku nie ma miejsca na rozwój i spełnienie w życiu zawodowym i prywatnym" (powtarzam za autorką teksu). Ba, skutkiem trwania w postawie oportunisty mogą być bóle żołądka, alergie czy migreny. Może pojawić się prędzej czy później brak poczucia sensu a to już graniczy z depresją. No i proszę, a ja myślałam, że ten sport jest bezpieczny i że jestem bardzo sprytna postępując w ten sposób. 
     Na końcu autorka proponuje zadania rozwojowe takie jak: pielęgnowanie potrzeby bliskości, więzi, życia zgodnego z własnym systemem wartości. 
A podobno warto też obejrzeć film "Jedz, módl się i kochaj" (książkę czytałam - wciągająca i dająca do myślenia). 
       I to by było tyle na dzisiaj. Pozdrawiam ciepło i mam nadzieję, że takie rozterki są dla Was tylko teorią. :-)


środa, 11 września 2013

Dlaczego nie zostałam wróżką

    Kiedyś poszłam do wróżki, chciałam otrzymać natychmiastową odpowiedź na wszystkie nurtujące mnie pytania. Muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Moja wróżka była profesjonalistką, nie znałyśmy się a ona czytała ze mnie jak z otwartej księgi. Odpowiedziała na wszystkie moje pytania i jeszcze dorzuciła garść szczegółów o które wcale nie pytałam. Później okazało się, że jej przepowiednia sprawdziła się całkowicie, na szczęście była pozytywna. 

    Wróżka powiedziała też, że ja również potrafię wróżyć. Prawie natychmiast kupiłam talię kart Tarota i podręczniki z rozkładami kart oraz ich interpretacją, ukończyłam też kurs Tarota.  Przez siedem lat  karty były moją pasją i poświęcałam im czas codziennie. Koleżanki bez przerwy prosiły mnie o stawianie kart, a ja widziałam się w przyszłości jako wróżka. Wróżenie jednak wychodziło mi najlepiej, gdy nie myślałam o tym, czego nauczyłam się z książek.

  Równoległe z nauką tarota interesowałam się rozwojem duchowym, szczególnie wciągnęło mnie prawo przyciągania i w związku z tym ciągle starałam się myśleć pozytywnie oraz dbać o zachowanie czystości umysłu. Pewnego dnia jednak, zdecydowanym ruchem schowałam karty do najgłębszej szuflady, z zamiarem by nigdy już do nich nie wrócić. Bo skoro to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie i tworzymy je każdego dnia poprzez nasze myśli, które przekształcają się w słowa i działanie, to po co nam wróżka? Przecież nietrudno wywnioskować, że to zbierzemy co posialiśmy. Sama jestem odpowiedzialna za wszystko co mi się przytrafia i wspaniale się czuję z tą myślą. Nawet w podręczniku do nauki Tarota możemy znaleźć wzmiankę o tym, że każdy może swoją przepowiednię odwrócić poprzez właściwe postępowanie, gdyż wróżenie to nic innego jak wchodzenie w energię drugiej osoby i jej odczyt. 

    Nie uważam tych siedmiu lat spędzonych z Tarotem za zmarnowany czas. To trochę tak jakby brunetka mówiła: przefarbowałam włosy na blond, teraz wracam do swojego koloru ale nie żałuję swojej poprzedniej decyzji, bo teraz wiem jak wyglądam jako blondynka ;-) I było to naprawdę ciekawe doświadczenie. 

źródło: tarotschool.com




niedziela, 8 września 2013

Codzienny relaks dla każdego

Źródło: drdietright.com
Ponieważ w tym tygodniu zaliczyłam pojawienie się w pracy po urlopie i już jestem ponownie zmęczona - myślę tylko o tym jak znów poczuć się spokojnie i beztrosko. Moja praca jest raczej stresująca, ciągle jest coś do zrobienia na wczoraj a błędów lepiej nie popełniać, bo potem długo patrzą na ciebie z wyrzutem. Toteż dla mnie ważna jest umiejętność oddzielenia pracy zawodowej od pozostałej części dnia, w przeciwnym wypadku grozi mi zwyczajny obłęd.

Przede wszystkim zaraz po wyjściu z pracy przestaję myśleć o tym co robiłam przez ostatnie osiem godzin i zajmuję swój umysł planowaniem popołudnia.
Oczywiście staram się, żeby w domu też nie przesadzić z obowiązkami, w przeciwnym wypadku wpadnę z deszczu pod rynnę, tak więc w kalendarzu na popołudnie planuję maksymalnie trzy zadania do wykonania.

Kiedy tylko przekraczam próg domu, to w pierwszej kolejności robię sobie półgodzinny relax, wtedy albo piję herbatkę i przeglądam czasopisma albo ucinam sobie drzemkę. Staram się nie myśleć o niczym, żeby mój zaganiany umysł mógł się uspokoić. Kiedyś próbowałam medytować ale nie umiem nauczyć domowników, żeby mi nie przeszkadzali.

Wieczorem, po wykonaniu zaplanowanych czynności, zawsze zostawiam sobie chociażby godzinę na swoje przyjemności. Wiem, że dla większości z Was taka godzina dla siebie i jeszcze wcześniej wspomniany półgodzinny odpoczynek wyda się rozpustą, ale mam to szczęście, że pracuję do 15:30. Za to rano jestem poszkodowana, tym bardziej, że do skowronków się nie zaliczam.

Za mną słoneczny i ciepły weekend, miło go spędziłam. Jutro zaczynamy od nowa tę nierówną walkę, która może jeszcze długo potrwać, dlatego warto jest dbać o siebie i umiejętnie się regenerować. Pracę możemy stracić prędzej czy później a wtedy zostaniemy sami ze swoim życiem i od naszej wcześniejszej postawy będzie zależało, jak szybko uda nam się odnaleźć w nowej rzeczywistości.




czwartek, 5 września 2013

Powrót z wakacji

Urlop się skończył definitywnie i nieodwołalnie. Po prostu płakać mi się chce, że to już koniec błogiej beztroski. W tym roku zafundowaliśmy sobie objazdówkę, którą od początku do końca sami sobie zorganizowaliśmy. W ciągu trzech tygodni cztery razy zmienialiśmy miejsce pobytu, było to bardzo ciekawe ale i wyczerpujące. Szczerze, to nawet nie bardzo miałam ochotę, żeby dbać o siebie jak zwykle i w ciągu tych trzech tygodni ani razu nie zrobiłam sobie makijażu - nawet rzęs nie malowałam, tylko traktowałam je odżywką (L'Biotica - nawet niezła, rzęsy faktycznie stały się bardziej widoczne). Tak samo z lenistwa odpuściłam sobie pilingi i maseczki. 
A wczoraj, już w domu, stanęłam przed lustrem i spojrzałam na swoje ciało krytycznym  wzrokiem: wszędzie SAHARA! Włosy niczym garść siana, sterczą jak chcą. Cała skóra pokryta łuszczącym się naskórkiem, stopy szkoda gadać. Nawet paznokcie sprawiają wrażenie przesuszonych. Nigdy więcej aż takiego powrotu do natury. Najwyraźniej zapomniałam, że nie mam już 18 lat. Teraz przez najbliższe wieczory będę ku rozpaczy reszty rodziny dłużej okupować łazienkę, wcierając w siebie różne specyfiki. Mam parę wypróbowanych kosmetyków, w przyzwoitej cenie, które powinny zadziałać. Na włosy - odżywcza maseczka z marokański olejkiem arganowym (Avon), na twarz - maseczka Planet Spa - african shea butter (Avon), olejek Nigella z kroplą gliceryny, hydrolat z kwiatów róży damasceńskiej (Helfy), na ciało - może być to samo, ale z uwagi na cenę olejku wolę jednak stosować balsam odbudowujący do skóry bardzo suchej - shea butter (Yves Rocher). No i na paznokcie - olejek rycynowy. Mam nadzieję, że wkrótce doprowadzę się do porządku, choć mistrzynią w dziedzinie kosmetyki nie jestem. Jeżeli macie swoje sprawdzone sposoby na nawilżenie wyżej wymienionych "elementów" to podzielcie się nimi ze mną (ofiarą własnego lenistwa)  - przydadzą się na pewno. 
A tu podczas upalnych wieczorów odpoczywałam z puszką schłodzonego cytrynowego Radlera, kiedy przez cztery dni buszowaliśmy po Karkonoszach:

poniedziałek, 2 września 2013

Nareszcie się zdecydowałam!

Uwielbiam czytać blogi. To bardzo ciekawe i inspirujące zajęcie. Ile pomysłów wprowadziłam w swoje życie dzięki lekturze Waszych blogów... Od dłuższego czasu   bardzo chciałam pisać własnego bloga, tak może bardziej dla siebie, żeby uporządkować swoje życie, a jeśli przy okazji zdobyłabym czytelników, to oczywiście, sama radość! Nie wiem co tak naprawdę mnie zatrzymywało - chyba najbardziej obsługa bloggera, czego będę uczyła się na "żywym organizmie" i od razu proszę         o wyrozumiałość bo asem blogosfery nie jestem... 
Dzisiaj, tytułem wstępu, krótko opowiem o czym  zamierzam pisać. A więc, jako że ostatnio udało mi się wyjść z paskudnej depresji i za żadne skarby świata nie chciałabym znaleźć się z powrotem w tym przygnębiającym stanie, na blogu postaram się zebrać wszystko co mnie cieszy, bawi, inspiruje i daje energię do działania i w ogóle do życia. Szkoda życia na smutki i żale. Obojętnie ile mamy lat bierzemy tego byka za rogi i zwyciężamy. Ja właśnie biorę i życzę sobie zwycięstwa    a także Wam wszystkim.     
Bo każdy szczęśliwy i spełniony człowiek wnosi nieoceniony wkład do Wszechświata.